5/06/2021

O tym, jak sprawić, by Polacy czytali jeszcze mniej, czyli o jednolitej cenie książki

O tym, jak sprawić, by Polacy czytali jeszcze mniej, czyli o jednolitej cenie książki

Książkę ze zdjęcia kupiłam sobie sama. Nie jest to żaden wyczyn, dlaczego więc o tym mówię? 


la reine margot



Mam ten przywilej, że nie muszę wszystkich książek kupować sama. Współpracuję z wydawnictwami i otrzymuję wiele nowości. Często jeszcze przed premierą. Bynajmniej nie oznacza to, że sama książek nie kupuję. Chciałabym! Mój portfel byłby mi wdzięczny. 


Wydaję rocznie górę pieniędzy na książki. Ale jest to góra ograniczona i do Everestu jej daleko. Szukam zatem zawsze najlepszej oferty. 


Czy kupowałabym tyle książek, gdyby były w cenie okładkowej? Wątpię. Kupowałabym wyłącznie te, które czytałabym od razu. Czyli robiłabym zakupy pojedynczo, a biorąc pod uwagę, ile w roku czytam vs. ile kupuję, to szala zawsze jest przechylona na tę drugą stronę. 

Kupuję więcej niż czytam. Bo mogę sobie pozwolić. Bo chcę jakąś książkę mieć już, natychmiast. Bo podoba mi się okładka. Bo chcę coś przeczytać, ale „kiedyś”, więc niech sobie leży na półce. Bo tak. 


Projekt ustawy zakłada, że przez pierwszych 12 miesięcy od wypuszczenia książki na rynek nie będzie można nabyć jej w obniżonej cenie (maksymalny rabat to 5%). 


I cały czas się zastanawiam, jakim cudem ktokolwiek ma na tym cokolwiek zyskać. Tym bardziej, że ustawa nie porusza w ogóle kwestii umów wydawców z dystrybutorami, a nie ma się co oszukiwać, ale to tutaj wydawcy topią najwiecej pieniędzy. 


I tak dystrybutor nadal będzie procentowo chciał tyle samo, a na końcu czytelnik ma zapłacić za jedną książkę te 40 czy 45 zł z okładki. 


I stracą na tym wszyscy. 


Czytelnik kupi mniej i raczej postawi na coś, co już zna, bo wyższa cena zmusi go do obejrzenia każdej złotówki dwa razy. 


Może nie chcieć zaryzykować i kupić wychwalanego na IG debiutu, bo wszyscy wiemy, jak z wychwalaniem jest, a przy debiucie zawsze jest większe ryzyko, że jednak lektura może rozczarować. 


Kupi jedną książkę, a nie dwie, albo dwie, a nie cztery, czyli będą straty dla księgarni, wydawcy i autora. Dla księgarni, bo zostanie z książkami, których nikt nie kupi, a co za tym idzie - w przyszłości zmieni ilość i sposób zamawiania asortymentu. Straci na tym wydawca, któremu będą schodzić tylko pewniaki. A w końcu straci na tym autor, którego ktoś mógł dorzucić do koszyka z chęci sprawdzenia jego twórczości przy okazji kupowania czegoś innego, ale tego nie zrobił, bo mu nie starczyło pieniędzy. 


I wcale nie chodzi o to, że czytelnicy żałują pieniędzy na książki, tylko o to, że nasz budżet nie jest z gumy. 


Wracając do meritum - moim zdaniem na tej ustawie skorzystać mogą wyłącznie duzi gracze. Empik dalej będzie największy, nie miejmy złudzeń. Skorzystają wydawcy, którzy mają mocne nazwiska w ofercie. Czyli finalnie skorzystają ci autorzy, którzy już i tak są popularni. 


A kto straci? 

Przede wszystkim czytelnik. Raz, że kupi mniej, bo - jak już wspomniałam - budżet nie jest z gumy. A dwa, że będzie poznawać mniej nowych autorów, bo będzie mieć de facto mniejsze możliwości dokonania zakupu książek pisarzy mniej znanych. Bo nie będzie mógł sobie na nie pozwolić, a może mieć też finalnie problem ze znalezieniem ich książek, bo księgarnie mogą nie chcieć ich kupować, skoro im się nie będą sprzedawać. Czyli znów: straci również wydawca. 


Kółko się zamyka. 


Nie rozumiem tego pomysłu. 

Nie rozumiem, kto ma na tym cokolwiek zyskać. Sięganie do portfela czytelników jest strzałem w stopę. Bo czytelnik raz czy drugi „zaszaleje” i dorzuci do koszyka kolejną książkę. Ale nie będzie tego robił w taki sposób, jak dzieje się to obecnie. W konsekwencji będzie poznawał mniej nowych autorów, a także zastanowi się dwa razy nad tym, czy kupić jedną nowość czy dwie starsze książki. Matematyka jest w tym wypadku dość prosta. 


A skoro spadnie zainteresowanie nowościami, to kto je będzie chciał kupować w pierwszym roku? A kto będzie o nich pamiętał po roku? Czy będzie je w ogóle można znaleźć? A może nakłady będą tak niskie, że po jednym „wrzucie” do księgarń już ich nie będzie? Co się stanie z mniej popularnymi autorami? Czy będą w ogóle wydawani? A może zostanie nam na regale jedynie wybór między Tokarczyk, Mrozem a Lipińską? 


To są ważne pytania, na które pomysłodawcy nie potrafią odpowiedzieć. Szefowa Polskiej Izby Książki w obronie projektu tej ustawy podnosi argumenty w stylu: „bo gdzieś tam za granicą to działa”. Może i działa, droga Pani, ale my nie jesteśmy za granicą, jesteśmy w Polsce. I zarabiamy też po polsku. Podniesienie cen książek do tych okładkowych jest próbą zrobienia z czytania rozrywki ekskluzywnej. 


I owszem, są darmowe rozwiązania, jak biblioteki. 

Których też nie będzie stać na zakup tylu nowości, co do tej pory. Ich budżet także z gumy nie jest. 


Argumentów przeciwko temu pomysłowi nie brakuje. Jeśli i Wy jesteście mu przeciwni, zachęcam do podpisania petycji: 


https://www.petycjeonline.com/protestczytelnikow 


4/01/2021

Wyczytujemy zaległości, czyli o akcji #mójstoshańby

Wyczytujemy zaległości, czyli o akcji #mójstoshańby

Wśród miłośników książek niewiele jest osób, które mogłyby powiedzieć, że od razu czytają wszystkie przyniesione do domu książki i nic im na regałach nie zalega. Większość z nas cierpi jednak na przypadłość kupowania „na zapas”, co skutkuje posiadaniem co najmniej kilku, a w niektórych przypadkach nawet kilkuset książek, które czekają na swój moment. Ponieważ ja jestem przypadkiem beznadziejnym i kupuję lub otrzymuję masę książek, moja lista ciągle się powiększa.

la reine margot


Dlatego półtora roku temu wpadłam na pomysł stworzenia na Instagramie akcji, którą prowadzę pod hasztageiem #mójstoshańby. Akcja ma na celu zmniejszanie owych stosów o co najmniej sześć pozycji w kwartale. Założenie jest takie, aby na początku każdego kwartału wybrać sześć konkretnych pozycji, które czekają na swoją kolej co najmniej pół roku. A później po prostu je przeczytać i podzielić się swoim sukcesem z innymi uczestnikami akcji za pomocą udostępnionej na stories specjalnej planszy, którą udostępniam na swoim profilu @lareinemargotpl.


Tytułów nie zmieniamy w trakcie trwania całej edycji (czyli trzech miesięcy) i faktycznie czytamy te książki, które wybraliśmy na początku. W końcu chodzi o to, by nie rezygnować z poznania jakiejś historii, bo „jest tyle nowości”. Starsze wydania wcale nie muszą być gorsze od tych nowych, a nawet można trafić na coś, co zwali nas z nóg i okaże się jedną z najlepszych książek, jakie się przeczytało przez cały rok.


Zdaję sobie sprawę z tego, że wiele osób ma problem z odłożeniem książki, która ich nie wciągnęła i czują wewnętrzny przymus do skończenia danej lektury. Ja jednak wychodzę z założenia, że życie jest za krótkie na kiepskie książki i jeśli mi jakaś nie podchodzi, to bez żalu ją odkładam. Tym samym można taką pozycję wykreślić z listy stosu hańby. W końcu zrobiliśmy do niej podejście, nie spodobała nam się i tym samym książka nie znajduje się już na stosie „do przeczytania”. Tak czy inaczej: stos się zmniejszył, a o to w całej akcji chodzi!


Nie ma też sensu mieć wyrzutów sumienia, jeśli się akcji nie ukończyło z wynikiem 6/6. Każda pojedyncza pozycja, która spada ze stosu, a tym samym go zmniejsza, to już sukces! 


Oczywiście kluczowa jest tutaj uczciwość - zarówno wobec siebie, jak i wobec innych uczestników akcji. Bo można sobie udostępnić przygotowaną przeze mnie planszę i zaznaczyć, że przeczytało się wszystkie książki. Tylko jaki w tym cel? 


W tym kwartale postanowiłam nagrodzić jedną osobę, która będzie aktywnie brać udział w akcji. Do tej osoby pofrunie wybrana przez nią zakładka z mojego sklepu theprettyart.com - od razu uprzedzę jednak, że będzie to nagroda za aktywność, a nie za udostępnienie planszy z odhaczonymi wszystkimi pozycjami. :)


la reine margot



W pierwszym kwartale tego roku nie przeczytałam ani jednej książki ze stosu. Ani jednej! Czy jest mi z tego powodu źle? Może trochę, ale bardziej dlatego, że w tym kwartale w ogóle bardzo mało czytałam. A to nie było czasu, a to znowu nie było ochoty. I to też jest ok! Czytanie to nie wyścig, a akcja #mójstoshańby to zabawa, która ma Was skłonić do tego, żebyście czytali starsze książki. One wcale nie są od tych nowych gorsze. :)


Ponieważ dziś mamy pierwszy dzień nowego kwartału, na Instagramie ruszyła nowa, siódma już edycja akcji. Przyłączycie się?

3/24/2021

#134 Agnieszka Bednarska - Piętno Katriny

#134 Agnieszka Bednarska - Piętno Katriny

Po lekturze poprzedniej powieści Agnieszki Bednarskiej bardzo byłam ciekawa kolejnej książki autorki. "Zanim się obudzę" bardzo mi się podobała i choć można by się przyczepić do tego i owego, to finalnie była to naprawdę przyzwoita historia. Nie zawiesiłam autorce poprzeczki zbyt wysoko, wobec jej nowej książki miałam bowiem bardzo niewygórowane oczekiwania: chciałam wciągającej fabuły, która zapewni mi kilka godzin rozrywki. Czy to się udało?

la reine margot


„Piętno Katriny” to powieść, której fabuła osadzona jest w małym miasteczku w Luizjanie, w którym wspomnienie tragicznego w skutkach huraganu jest wciąż żywe. W tę scenerię i życie miejscowości, w której zachowaniami ludzi steruje pogoda, wrzucone zostają dwa wątki. Pierwszy z nich, moim zdaniem mniej interesujący, dotyczy Amy, dziewczyny o polsko-amerykańskim obywatelstwie, która ucieka przed konsekwencjami swoich działań, choć tak naprawdę można odnieść wrażenie, że - kolokwialnie mówiąc - strzela focha na swoją rodzinę i postanawia nie informować ich o miejscu swojego pobytu. 

Drugi wątek natomiast... żeby nie zdradzić za dużo, powiem tylko tyle: dobrze funkcjonujący socjopata próbuje sobie ułożyć życie według własnego planu. A w planie tym na pierwszym miejscu znajduje się ślepa miłość jego żony, która przeżywa osobistą tragedię, podczas gdy nasz socjopata powoli traci cierpliwość. Czekanie, aż kobieta znowu będzie patrzeć na niego jak sroka w gnat zaczyna mu doskwierać. Plany planami, a życie życiem: okazuje się bowiem, że miejsce, w którym chciał ze swoją rodziną prowadzić idylliczną egzystencję, nie było jednak najlepszym wyborem. Jako psychiatra ma tam jednak ręce pełne roboty: okazuje się bowiem, że prawie każdy jego pacjent widzi swoich bliskich... zmarłych podczas huraganu. 


Powieść tę czyta się naprawdę dobrze, choć nie ukrywam, że ma swoje wady - w tym nieco infantylne zachowania jednej z bohaterek. Ciekawie poprowadzony jest wątek „wysokofunkcjonującego socjopaty” i uważam, że jest to najlepsza część „Piętna Katriny” i to właśnie ona utrzymuje uwagę czytelnika przy tej historii. Na uwagę zasługuje również wplątana w fabułę prawdziwa historia pewnego krematorium - o czym jednak więcej pisać nie będę, bo wiadomo, spoilery. 


Agnieszka Bednarska lubi sięgać po tematy związane z życiem pozacielesnym. Z góry należy więc oswoić się z myślą, że nie dostaniemy tu zwyczajnej obyczajówki i należy oderwać stopy od ziemi i pozwolić autorce działać na naszą wyobraźnię. Jeśli jednak jesteście fanami „Szóstego zmysłu” czy powieści spod pióra Stephena Kinga, to „Piętno Katriny” zasługuje na Waszą uwagę. Nie jest idealnie, kilka rzeczy można by tu zmienić, wielu domyślamy się zanim wpadną na to bohaterowie, ale i tak jest to lektura, która spełnia swoje zadanie nie tylko jako rozrywka, ale też zostawia czytelnika z refleksją. 


Tytuł: Piętno Katriny

Autor: Agnieszka Bednarska

Wydawnictwo: Media Rodzina

Data wydania: 10 marca 2021


Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu:



1/14/2021

#133 Maja Lunde "Ostatni"

#133 Maja Lunde "Ostatni"

Nie miałam wcześniej do czynienia z powieściami Mai Lunde, dlatego do lektury „Ostatniego” podeszłam bez jakichkolwiek oczekiwań. Skusił mnie opis, a szczególnie zdanie z tylnej okładki mówiące o ludzkim dążeniu do samozagłady. Zanim przystąpiłam do lektury, a także w jej trakcie, cały czas się jednak zastanawiałam... co z tym mogą mieć wspólnego dzikie konie? 

la reine margot



„Ostatni” podzielony jest na trzy historie osadzone w trzech różnych płaszczyznach czasowych. Cofamy się zatem do lat osiemdziesiątych XIX wieku i wraz z zoologiem Michaiłem wyruszamy w emocjonującą wyprawę z Rosji do Mongolii. 


W to samo miejsce wyruszamy z Niemką Karin ponad 100 lat później. 


Następnie wybieramy się w przyszłość, do roku 2064 roku, gdzie obserwujemy zmagania właścicielki farmy, która nie chce jej opuścić, mimo że świat jest w ruinie, coraz trudniej o wykarmienie zwierząt, nie wspominając o sobie samej i jej nastoletniej córce. 


Wszystkie trzy opowieści łączy motyw koni Przewalskiego, koni dziko żyjących, które zostały złapane i rozwiezione po ogrodach zoologicznych i prywatnych „kolekcjach” bogatych ludzi. 


la reine margot



Muszę przyznać, że przeczytałam „Ostatniego” pod koniec ubiegłego roku i do tej pory zastanawiam się, jaki związek mają owe konie z ludzką samozagładą. Bo że Lunde pokazała, że gatunek prawie wyginął, a później został odbudowany z ludzką pomocą, to się zgodzę - i zrobiła to nie skąpiąc czytelnikowi szczegółów dotyczących zachowań tych zwierząt. 


Każda jednak z trzech opowiedzianych przez autorkę historii, choć wokół koni krąży, tak naprawdę jest opowieścią o ludzkiej naturze, miłości i przywiązaniu. I choć rok 1882 i 1992 bardzo skupiają się na wątku o koniach, tak historia z przeszłości ledwie temat muska. Tym samym kompletnie też do pozostałych nie pasuje. Dostajemy tu szczegółowy opis życia na farmie po (tego można się jedynie domyślić) katastrofie klimatycznej, ale ciężko się w tę opowieść wczuć. Wyczuwam tu trochę „Drogi” McCarthy’ego - mamy świat PO, tylko brakuje informacji jak i dlaczego... 


Mimo tego, że fabularnie podobała mi się jedynie opowieść z 1882 roku, która zahacza o wątek homoseksualny, tak trudny przecież w tamtych czasach, to muszę przyznać, że całość czytało mi się bardzo dobrze. Lunde niewątpliwie ma talent, a ja z przyjemnością sięgnę po pozostałe książki z tetralogii o zmianach klimatycznych. 


Żałuję jedynie, że w „Ostatnim” fabularnie jednak czegoś zabrakło. Nie otrzymałam także odpowiedzi na pytanie, które postawiłam w pierwszym akapicie - jaki jest związek między końmi Przewalskiego a ludzką zagładą? Nie mam pojęcia. Albo zwyczajnie tej powieści nie zrozumiałam. 


Bywa i tak. 



Tytuł: Ostatni

Autor: Maja Lunde

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 13 stycznia 2021



Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu:




11/03/2020

#132 Jessie Burton - Wyznanie

#132 Jessie Burton - Wyznanie

 Są takie książki, po których oczekujemy fajerwerków. Że po przeczytaniu opisu z okładki czujemy, że ta lektura nas usatysfakcjonuje. Że świerzbią nas palce, byle jak najszybciej książkę obmacać, otworzyć i niecierpliwie przewracać kartki. I niestety czasem zdarza się, że te niecierpliwe ruchy spowalniają, a czytanie każdej kolejnej strony zamiast nas ekscytować, to nas nuży… Miałam co do „Wyznania” ogromne nadzieje. 

la reine margot


Jessie Burton - Wyznanie


Rose rozpaczliwie chce poznać prawdę o matce, która opuściła ją, kiedy ta była małym dzieckiem. Ojciec wie niewiele, ale naprowadza ją na trop osoby, która może udzielić Rose więcej informacji. Rose pod fałszywym pretekstem nawiązuje więc kontakt z Constance Holden, pisarką,  która wiele lat temu osiągnęła ogromny sukces i… zniknęła z publicznego życia. Rose wierzy, że  Connie pomoże jej zrozumieć, co stało się z jej matką, jednak nie ma odwagi zapytać pisarki wprost. Mijają tygodnie, a Rose coraz bardziej przywiązuje się do Connie, nie czyni jednak żadnych postępów w rozwikłaniu sprawy zniknięcia matki. Czy kiedykolwiek uda jej się dowiedzieć, czy jej matka żyje? I dlaczego odeszła?


„Wyznanie” pod kątem fabularnym mogę porównać do „Siedmiu mężów Evelyn Hugo” Taylor Jenkins Raid, odnajduję w nim odrobinę „Powietrza, którym oddychasz” Frances de Pontes Peebles, a momentami podczas lektury przychodziły mi na myśl skojarzenia ze świetnymi „Niksami” Nathana Hilla. Niestety porównania te trafne są wyłącznie pod względem podobieństw fabularnych, ponieważ Burton zabrakło tego „czegoś”, co sprawiłoby, że jej powieść czytałabym z takim samym zainteresowaniem jak wyżej wymienione. 


„Wyzwanie” pozbawione jest zarzuconego na czytelnika haczyka, nie ma tu przynęty, dzięki której po prostu chciałoby się tę powieść czytać. Nie mogę powiedzieć, że jest to zła powieść, bo Burton ratuje fakt zręcznego przeplatania wątków współczesnych z retrospekcjami z lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku i fakt, że porusza wiele ważnych społecznie tematów. Nade wszystko jest to jednak opowieść o dojrzewaniu, choć właściwie bardziej trafnym określeniem byłaby tutaj po prostu „niedojrzałość”. Bo to właśnie nią obdarzyła ona swoje dwie główne bohaterki. W moim mniemaniu dając im atrybutów owej niedojrzałości aż nadto…


Chęć rozwiązania tajemnicy zniknięcia matki Rose schodzi zatem na drugi plan, a czytelnik chce wiedzieć, czy którakolwiek z kobiet pójdzie w końcu po rozum do głowy. Osobiście nie uważam tego za wystarczający powód do dobrnięcia do końca tej historii i przyznać muszę, że przez większość stron ta powieść mnie po prostu nudziła.


Szkoda, bo gdyby miała w sobie nieco więcej klimatu, gdyby styl autorki był bardziej angażujący, to mogłaby być powieść roku.


Niestety do tego tytułu jest jej daleko.


Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu:




9/06/2020

#131 Rebbeca Serle - Pięć lat z życia Dannie Kohan

#131 Rebbeca Serle - Pięć lat z życia Dannie Kohan

Lubię od czasu do czasu sięgnąć po coś lżejszego, a już szczególnie w okresie wakacyjnym, kiedy ochota na czytanie przychodzi rzadziej i ustępuje chęci wyjścia z domu i korzystania z pięknej pogody. Wtedy właśnie najlepiej chwycić za coś przyjemnego, niewymagającego, co ma być po prostu czystą rozrywką. I na to właśnie nastawiałam się przed lekturą „Pięciu lat z życia Dannie Kohan”.

la reine margot


Rebecca Serle - Pięć lat z życia Dannie Kohan


Dannie jest bardzo zorganizowaną osobą. Ma wszystko poukładane i zaplanowane. Pewnego grudniowego dnia, po odbyciu rozmowy kwalifikacyjnej w wymarzonej kancelarii prawnej, Dannie idzie na kolację ze swoim chłopakiem. Kiedy ten się jej oświadcza, kolejny element ułożonego życia kobiety wpada na właściwe miejsce. Wszystko w życiu Dannie zaczyna układać się tak, jak sobie zaplanowała.


Kiedy wraca do domu i kładzie się spać… budzi się pięć lat później. W innym mieszkaniu, z innym pierścionkiem na palcu i z… innym narzeczonym. Godzinę później budzi się z powrotem w dobrze sobie znanym świecie, jednak dziwny sen, którego doświadczyła nie opuszcza jej myśli. A już zwłaszcza kiedy poznaje mężczyznę, który jej się przyśnił.


Lekki zawód


Zarówno tytuł, jak i opis powieści, są mylące. Ani nie otrzymujemy tu pięciu lat z życia naszej bohaterki, ani romansu. Jeśli się uprzeć, to można by powiedzieć, że mamy tu piękną opowieść o przyjaźni.


Ale trzeba by się naprawdę uprzeć, bo bohaterowie są odrysowani od kartonu, a cała akcja pozbawiona emocji. Niby te ostatnie powinny się pojawić pod wpływem wydarzeń, które serwuje nam autorka, ale niestety nic takiego się nie dzieje. I to właśnie dlatego, że wszystkie postaci są tutaj nijakie i ciężko się do którejkolwiek z nich przywiązać. Zakończenie niby powinno być wzruszające, a w moim przypadku spotkało się jedynie ze wzruszeniem ramion.


Choć wciągnęłam tę powieść właściwie na jednym tchu, nie wiem, ile dobrego mogę o niej powiedzieć… Mam bardzo mieszane uczucia. Przede wszystkim dlatego, że opis sugeruje zupełnie inną fabułę niż rzeczywiście otrzymujemy. Ponadto tydzień po przeczytaniu tej książki naprawdę niewiele z niej pamiętam. A to już  na pewno niezbyt dobrze o niej świadczy…


Jeśli jednak szukacie czegoś, co po prostu da Wam zajęcie na kilka godzin, to jest to pozycja do rozważenia.


Tytuł: Pięć lat z życia Dannie Kohan

Autor: Rebecca Serle

Wydawnictwo: Czwarta Strona

Data wydania: 12 sierpnia 2020


Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu:




9/02/2020

#130 Robert Ziębiński - Lockdown

#130 Robert Ziębiński - Lockdown

Kiedy spojrzałam na tytuł tej książki, pierwszą moją myślą było: „Oho, no to się zaczęło!”. Nie mam bowiem złudzeń co do tego, że tegoroczna sytuacja, pandemia i lockdown będą tematem, który autorzy będą albo ignorować umieszczając akcję swoich nowych książek przed albo po pandemii, albo będą go eksploatować. Co gorsze? Trudno jednoznacznie określić, ale właśnie dlatego zdecydowałam się na lekturę nowej powieści Roberta Ziębińskiego. 


la reine margot

Robert Ziębiński - Lockdown


Córka miliarderki, Olgi, zostaje porwana, a kobieta otrzymuje żądanie okupu: ma zapłacić dziesięć milionów złotych. Nic to dla niej, drobne właściwie, problem jednak polega na tym, że wybucha epidemia i następuje lockdown, a rząd zabrania bankom wypłacania klientom większych kwot. Kobieta zostaje przyparta do muru przez okoliczności i musi szukać pieniędzy w innym miejscu.


A takie pieniądze w czasie zamknięcia można zdobyć jedynie od gangsterów.



CO TU SIĘ...?! 


Osobiście zupełnie nie interesowała mnie kwestia tego, czy głównej bohaterce uda się odzyskać córkę. I prolog wprowadzający do tej części fabuły też nie zrobił na mnie wrażenia, bo takich zagrań przeczytałam już zbyt wiele. 


Rysy psychologiczne postaci właściwie tu nie istnieją, ponieważ ich charaktery możemy raczej wyczytać z opisów w narracji, niż wyczuć z ich faktycznego zachowania. Dialogi są oszczędne w treści, choć nie w ilości, a zachowaniom bohaterów brakuje emocji - robią oni jedynie to, do czego zmusił ich autor. Nie mają swojego głosu, są nieco sztywni i... kompletnie niewiarygodni.


Nie należy również zapominać o tytułowym lockdownie, który stanowi kluczowy aspekt świata, w jakim bohaterowie się znajdują. Niestety autor miał tu kilka logicznych potknięć, a zamknięcie i wszystkie towarzyszące mu okoliczności wykorzystywał tylko tam, gdzie było to niezbędne dla podniesienia napięcia, a kiedy mogłoby przeszkadzać bohaterom w ich działaniach… zdawał się zapominać o wykreowanej przez siebie rzeczywistości. 


Fabuła nie jest zatem pozbawiona nieścisłości, a także - na nieszczęście czytelnika - najtańszych zagrywek gatunkowych wziętych prosto z kryminałów i sensacji kategorii B, ale to wszystko blednie przy tempie narzuconym przez Ziębińskiego. Akcja leci tu bowiem na łeb, na szyję i wierzę, że większość czytelników może nie złapać tchu na zastanowienie się nad realizmem pewnych rozwiązań, a przede wszystkim nad logiką niektórych wydarzeń. Autor narobił w Warszawie bałaganu, pozostawił jednak dla swoich bohaterów furtki, a nawet metaforyczne autostrady bez bramek, byle popchnąć sprawy do przodu. I można mu to wybaczyć, bo stworzony przez niego klimat i napięcie, w jakim trzyma czytelnika, sprawiają, że „Lockdown” czyta się najzwyczajniej w świecie na jednym tchu.


Mogłabym wymieniać wadę za wadą, ale prawda jest taka, że ja się przy tej książce najzwyczajniej w świecie dobrze bawiłam. Tak po prostu. Wzięłam ją do ręki i ani się obejrzałam, a byłam w połowie. I na dodatek autentycznie nie poszłam spać, tylko siedziałam i zapamiętale przewracałam kartki. 


Czy może być lepsza rekomendacja thrillera sensacyjnego niż klasyczne: „jeszcze jeden rozdział”, po którym czyta się jeszcze jeden i jeszcze? Nie sądzę. 


Tytuł: Lockdown

Autor: Robert Ziębiński

Wydawnictwo: Kobiece

Data wydania: 2 września 2020


Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu:




Copyright © 2016 la reine margot , Blogger