7/03/2020

#123 Taylor Jenkins Reid - Daisy Jones & The Six

#123 Taylor Jenkins Reid - Daisy Jones & The Six
Czekałam na tę książkę od momentu, w którym przeczytałam ostatnią stronę „Siedmiu mężów Evelyn Hugo”. A było to w czerwcu ubiegłego roku. Niemal trzynaście miesięcy - dla każdego czytelnika to ogrom czasu na zawieszenie autorowi poprzeczki na bardzo wysokim poziomie. Od kiedy jednak poznałam datę premiery, zaczęłam obawiać się, czy aby jednak nie mam zbyt wygórowanych oczekiwań i czy lektura mnie nie rozczaruje. Wczoraj książka w końcu trafiła w moje ręce i po rozpoczęciu lektury zdałam sobie sprawę, że jej konstrukcja jest dość nietypowa i zaczęłam lekko kręcić nosem. Jednak fakt, że już dzisiaj pojawia się recenzja, dobitnie świadczy o tym, że wszystkie moje obawy zostały rozwiane już po kilku stronach. 

lareinemargotpl

Taylor Jenkins Reid - Daisy Jones & The Six


„Daisy Jones & The Six” to opowieść o powstaniu zespołu The Six, do którego dołączyła po jakimś czasie wokalistka Daisy Jones. Jest to historia miłości do muzyki, ale też narkotyków i niekończących się imprez. W końcu, jest to opowieść o drodze na szczyt, widoku, jaki się z niego rozpościera, a także o wszystkim tym, co może sprawić, że widok, choć piękny, nie zastępuje prawdziwego życia i nie rozwiązuje problemów. To losy ludzi, którzy stworzyli coś niesamowitego i osiągnęli niebywały sukces. I musieli za to zapłacić.

Kraina rock’n’rollem płynąca


Już przy „Siedmiu mężach Evelyn Hugo” (recenzja tutaj) mówiłam, że gdyby każda prawdziwa biografia była pisana tak dobrze, to nie w ogóle nie sięgałabym po inne gatunki literackie. Przy „Daisy Jones & The Six” autorka przeszła jednak samą siebie. Nie można pominąć tutaj faktu, że zarówno Reid, jak i jej redaktor i wydawca wykazali się nie lada odwagą i pewnością siebie publikując powieść fabularną w formule wywiadu z członkami zespołu i ich bliskimi. I choć pomysł wydaje się nieco absurdalny i można pomyśleć, że skoro nie mówimy tu o realnych postaciach, prawdziwych sławach, to zabraknie nam tego dreszczyku emocji, który towarzyszy każdemu człowiekowi, który zagląda za kulisy. 

Na przekór temu Reid stworzyła nie tylko naprawdę wciągającą i fascynującą historię, ale sprawiła też, że podczas lektury człowiek całym sobą pragnie usłyszeć muzykę tworzoną przez Daisy Jones & The Six. Jakim wspaniałym przeżyciem byłoby czytanie tej powieści przy akompaniamencie rytmu perkusji, emocjonujących zawodzeń gitary i elektryzujących głosów Daisy Jones i Billego Dunne’a! Ponieważ jednak mamy do czynienia z fikcją, jeśli tylko jesteśmy wystarczająco wrażliwi muzycznie, możemy sobie te wszystkie dźwięki wyobrazić.

Daisy Jones & The Six mogliby istnieć naprawdę. Gdyby mi nie powiedziano, a tylko dano tę książkę do przeczytania, zarzekałabym się, że taki zespół musiał istnieć. I szukałabym ich nagrań w internecie. 

Choć forma, jaką autorka wybrała do przekazania nam tej historii, w teorii nie pozwala na silne oddziaływanie na wyobraźnię czytelnika, przysięgam, że Reid udało się sprawić, że ja tę muzykę słyszałam. 

Głośno i wyraźnie. 

Tytuł: Daisy Jones & The Six
Autor: Taylor Jenkins Reid
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Data wydania: 15 lipca 2020

Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu:


7/01/2020

#122 Ilaria Tuti - Śpiąca nimfa

#122 Ilaria Tuti - Śpiąca nimfa
Rok temu czytałam debiutancką powieść Ilarii Tuti, „Kwiaty nad piekłem”. Nie szalałam z zachwytu, ale naprawdę bardzo podobał mi się zarówno styl autorki, pomysł na fabułę, jak i kreacja głównych bohaterów. Dlatego cieszyłam się bardzo, kiedy w moje ręce wpadła kolejna część, bo choć z kryminałami jest mi ostatnio bardzo nie po drodze, Tuti dodałam do listy wyjątków. 

lareinemargotpl

Ilaria Tuti - Śpiąca nimfa


W „Śpiącej nimfie” wraz ze znanymi nam z poprzedniej części bohaterami, Teresą Battaglią i Massimo Marinim, podążamy tropem obrazu, który został w całości namalowany ludzką krwią. Autor dzieła jest schorowanym starcem, który z wyboru od wielu lat nie wypowiedział ani jednego słowa, dlatego Teresa i Massimo muszą szukać innych śladów, które mogłyby im pomóc w rozwiązaniu zagadki, która ma swoje źródło w wydarzeniach z czasów II Wojny Światowej. Nie ułatwiają im tego prywatne problemy, z którymi się borykają. 

Szału nie ma...


Opisuję fabułę bardzo oszczędnie, żeby nie napisać nic, co mogłoby zepsuć lekturę komuś, kto z tą serią jeszcze nie miał do czynienia. Nie ułatwia mi to zadania napisania opinii na temat tej powieści, ponieważ wątek obyczajowy dotyczący osoby Teresy Battagli jest tutaj najciekawszą częścią i przyznam szczerze, że gdyby nie on, to chyba bym przez tę powieść nie przebrnęła…

O ile główna oś fabularna, czyli historia obrazu, a więc tytułowej „Śpiącej nimfy”, na początku bardzo mnie zaintrygowała, o tyle im głębiej w tę opowieść wchodziłam, tym bardziej traciłam zainteresowanie. Całość jest bardzo spójna i, mówiąc kolokwialnie, trzyma się kupy, ale gdzieś w połowie powieści zaczęła się robić zbyt zagmatwana i śledzenie naszych policjantów, jak jeżdżą w tę i z powrotem zwyczajnie mnie nużyło. Nie chcę nikogo zniechęcać, problem bowiem może być we mnie, bo od jakiegoś czasu kryminały mi kompletnie nie leżą…

Jest jedna rzecz, która mi w tej powieści naprawdę bardzo nie podeszła. Jest ona bowiem napisana strasznie poetyckim językiem. Wszelkie opisy natury, pogody czy uczuć zdawały mi się wręcz przepoetyzowane. Nie wiem, na ile jest to winą tłumaczenia, a na ile samej autorki, ale kiedy czytałam zdania w stylu: „głęboki jak otchłanie ludzkiej duszy”, to po prostu przewracałam oczami. A tego typu kwiatków jest w tej książce tyle, że oczy się o nie non stop potykają.

Wspomnę również, że w żadnej książce nie widziałam tyle razy słowa „wszakże”, co tutaj. I tak, naprawdę mi to przeszkadzało.

Całość oceniam jako przyzwoity kryminał, ale niestety bez szału i z przykrością stwierdzam, że za dwa, może trzy tygodnie, nie będę już pamiętała, o czym była ta książka. A szkoda, bo liczyłam, że przełamie moją obecną niechęć do gatunku.

Tytuł: Śpiąca nimfa
Autor: Ilaria Tuti
Wydawnictwo: Sonia Draga
Data wydania: 10 czerwca 2020


Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu:


6/18/2020

#121 Nathan Hill - Niksy

#121 Nathan Hill - Niksy
Są takie książki, które muszą swoje odczekać. Odstać na regale, zebrać trochę kurzu, stracić zapach świeżego druku. I gdyby książka miała uczucia, to mogłaby nawet stracić nadzieję, że ktoś ją w końcu weźmie do rąk, położy na opatulonych kocem kolanach i będzie pieścił opuszkami palców jej strony i zachłannie spijał wydrukowane na nich litery. „Niksy” tę nadzieję pewnie straciły już dawno. Aż tu nagle, zupełnie niespodziewanie, bez zapowiedzi, zostały zdjęte z półki i przeczytane od deski do deski. Nie za jednym posiedzeniem, w końcu mają grubo ponad osiemset stron, ale ktoś się nimi zajmował przez kilka dni, przedłużając ich przyjemność z bycia w centrum zainteresowania. Ktoś delektował się nimi i zachwycał, po czym gładząc ich okładkę odstawił je z powrotem na ich miejsce. Tym razem jednak nie było smutno wracać pomiędzy inne książki. Bo zarówno „Niksy”, jak i czytelnik, są w pełni usatysfakcjonowani obcowaniem ze sobą przez tych kilka dni.

lareinemargotpl

Nathan Hill - Niksy


Samuel jest dorosłym mężczyzną, który nigdy nie przebolał, że matka opuściła go, kiedy miał jedenaście lat. Wszystko, co od tamtej pory zrobił w swoim życiu, było - bardziej lub mniej świadomie - podporządkowane marzeniu o tym, by pokazać jej, że wcale nie była dla niego ważna i świetnie poradził sobie bez niej.

Prawda jest jednak taka, że Samuela można by określić mianem nieudacznika, który wcale ze swojego życia nie jest zadowolony. 

Pewnego dnia splot okoliczności sprowadza jego matkę z powrotem do jego życia. Samuel zaczyna grzebać w jej przeszłości, a dawne wydarzenia rzucają światło na powody jej odejścia. Wcale jednak nie jest powiedziane, że Samuel je zrozumie.

Poza przeszłością jego matki, otrzymujemy również wgląd w dzieciństwo samego Samuela sprzed jej odejścia. W dzieciństwo i wydarzenia, które będą miały swoje konsekwencje w dorosłym życiu mężczyzny.

Literatura wyższych lotów


Od pierwszej strony wiedziałam, że trzymam w rękach książkę wyjątkową. Objętość nieco mnie przerażała, jednak z tak grubymi powieściami, które okazują się być naprawdę dobre, jest jak z przyzwoitym serialem - człowiek przywiązuje się do bohaterów znacznie bardziej, niż w przypadku powieści o połowę chudszej.

Nathan Hill napisał powieść, której najmocniejszą stroną jest warstwa psychologiczna. Tym, co najbardziej u Hilla uderza i co można wyczytać między wierszami, jest straszny fakt tego, jak bardzo wzorce z dzieciństwa (lub ich brak) i proces pierwszych socjalizacji wpływają na całe nasze życie: na poglądy i przekonania, a finalnie - na nasze zachowania. Jak bardzo nasze życie determinuje to, co przytrafia nam się w dzieciństwie i na czym - siłą rzeczy wynikającą z wieku i braku dojrzałości - nie za bardzo jesteśmy w stanie się uczyć. Nie wspominając o niezwykle potrzebnym przepracowaniu traum, które jako dzieci odbieramy zupełnie inaczej, bo ich nie rozumiemy. 

lareinemargotpl

Mistrz długich zdań 


Uwielbiam długie zdania. Jeśli są prawidłowo złożone i zachowują sens, a do tego nie składają się z niepotrzebnych słów, tylko faktycznie niosą treść, a ta z kolei zabarwiona jest odpowiednią dawką emocji, jest to miód na moje czytelnicze serce i prawdziwa uczta dla umysłu. Kiedy więc na kartach tej powieści napotkałam zdanie zajmujące, ni mniej ni więcej, a SZESNAŚCIE STRON, zdanie, które miało charakter zarówno informacyjny, jak i emocjonalny, nie miałam wyjścia i musiałam uznać Nathana Hilla za mistrza. Niewielu jest bowiem pisarzy, u których byłabym w stanie to zaakceptować. W „Królu” Twardocha trafiłam kiedyś na zdanie długości mniej więcej trzech czwartych strony i nie mogłam przez nie przebrnąć. U Hilla tymczasem nie dość, że wręcz chłonęłam czytane słowa, to również z każdą przewracaną kartką odczuwałam emocje, które autor w tym jednym, niesamowicie długim zdaniu zawarł. Brak kropki odnotowałam już na pierwszej stronie, na drugiej zaczęłam wątpić, czy owej kropki jednak nie przegapiłam, a po trzeciej już musiałam przekartkować cały rozdział, żeby się upewnić w swoich podejrzeniach.

Szesnaście stron. Mistrzostwo. 

I tu nie mogę nie pogratulować tłumaczowi, Jerzemu Kozłowskiemu, bo przekład jest po prostu znakomity!

Nie obyło się bez minusów


Jedyny zarzut, jaki mogę wobec tej powieści wystosować, jedyna rzecz, która naprawdę mi przeszkadzała, to sporadycznie powtarzający się oddzielny zapis „nie” z przymiotnikami. Oczywiście przy 850 stronach można by powiedzieć, że to drobiazg, że kilka razy pojawił się taki błąd, jednak mnie takie kwestie bardzo irytują. Literówki jestem w stanie wybaczyć - zdarza się, wiem z doświadczenia, że czytając tekst kilkukrotnie, nawet przez kilka osób, czasem po prostu nie da się czegoś nie przegapić. Takie błędy są jednak dla mnie bardzo rażące, zwłaszcza że zwykle swoją pewność poddaję w wątpliwość i albo muszę sprawę zweryfikować ze słownikiem, albo dane słowo zwyczajnie sobie gdzieś zapisać, żeby je sprawdzić ze swoją automatyczną pamięcią, albo - co najgorsze - próbuję błąd zignorować, co nigdy się nie udaje, a w rezultacie potrafię się wyłączyć podczas czytania kilku kolejnych zdań i zamiast rejestrować ich sens, toczę w myślach debatę o tym, czy faktycznie był to błąd, czy może jednak się pomyliłam... 

Pomijając jednak tę kwestię, „Niksy” to powieść, o której mogę powiedzieć, że naprawdę żałuję, że ją skończyłam i że zazdroszczę wszystkim, którzy mają ją jeszcze przed sobą.


Tytuł: Niksy
Autor: Nathan Hill
Wydawnictwo: Znak
Data wydania: 11 września 2017


Książka pochodzi z domowej biblioteczki.

6/05/2020

#120 Olivia Beirne - Lista, która zmieniła moje życie

#120 Olivia Beirne - Lista, która zmieniła moje życie
Jako miłośnik kryminałów potrzebuję od czasu do czasu sięgnąć po coś innego. Prawdę mówiąc, już od jakiegoś czasu nudzą mnie kryminały, ale to temat na inny czas. W każdym razie zwykłam robić sobie przerwy między morderstwami i śledztwami, i zazwyczaj wtedy sięgam po literaturę lekką i przyjemną. Niestety często kończy się to rozczarowaniem, ponieważ coraz trudniej trafić na lekko napisaną sympatyczną historię, która nie będzie jednocześnie… głupia. I tutaj z ratunkiem przychodzi nowa seria Wydawnictwa Albatros, Mała czarna. Znajdziemy w niej pozytywne historie, którym nie brak humoru. Najnowsza z nich, „Lista, która zmieniła moje życie” trafiła niedawno w moje ręce.



Olivia Beirne - Lista, która zmieniła moje życie


Georgia jest rysownikiem, której projekty nie widzą światła dziennego. Zamiast pokazać je swojej szefowej i rozwijać swoją pasję na zawodowym gruncie, dziewczyna wykonuje pracę asystentki, co wiąże się z wykonywaniem absurdalnych poleceń szefowej.

Kiedy siostra Georgii nagle dowiaduje się, że choruje na stwardnienie rozsiane, dziewczyna dostaje od niej listę zadań do wykonania. Zadań, których ona sama nie będzie już w stanie zrobić.

W ten sposób Georgia wkracza na drogę, która całkowicie zmieni jej życie.

Sympatyczna komedia romantyczna


Przyznam, że uwielbiam komedie romantyczne. „Masz wiadomość”, „Jak stracić chłopaka w 10 dni” czy „Love Actually”, to tylko kilka z dość pokaźnej listy moich ulubionych. Oczywiście mowa tutaj o filmach, bo aż do ubiegłego roku, kiedy to w moje ręce trafiła powieść „Współlokatorzy”, nie sądziłam, że mogę polubić również taką literaturę. Okazało się jednak, że warto się czasem oderwać od „poważnych” lektur i po prostu przeczytać coś dla rozrywki. I w ten sposób, kiedy tylko dowiedziałam się o premierze „Listy, która zmieniła moje życie”, niecierpliwie czekałam, aż trafi ona w moje ręce. Liczyłam, że podobnie jak przy wspomnianych „Współlokatorach”, po prostu przepadnę na kilka godzin. 

I tak się stało. „Lista, która zmieniła moje życie” to książka „na raz”. Jak się zacznie, tak czyta się od deski do deski. Jest miło, jest przyjemnie, miejscami naprawdę zabawnie. Oczywiście przewidywalnie, ale to jest standard wpisany w schemat gatunku, więc nie traktowałabym tego jako wadę. 

W moim odczuciu komedia romantyczna ma jedno zadanie: bawić. Pozwolić czytelnikowi oderwać się od rzeczywistości, wciągnąć i może nawet wzruszyć. I to zadanie jak najbardziej można tutaj odhaczyć. Spędziłam kilka godzin z tą książką i naprawdę bardzo dobrze się bawiłam. 

Poprzeczkę jednak podniosłam Olivii Beirne zbyt wysoko. Oczekiwałam oryginalności „Współlokatorów” i tego mi niestety tutaj zabrakło. Ogólny zarys fabuły przypomina mi zresztą czytany całkiem niedawno „Pokój wspaniałości” autorstwa Juliena Sandrela. 

To, co ostatecznie wpływa na moją pozytywną ocenę „Listy (...)”, to humor. Zdarzyły się bowiem momenty, w których chichrałam się podczas lektury na głos, a wcale nie jest łatwo do tego doprowadzić.

Bardzo polecam każdemu, kto ma ochotę na szybki i niezobowiązujący skok w bok od swoich ulubionych gatunków literackich. 

Tytuł: Lista, która zmieniła moje życie
Autor: Olivia Beirne
Wydawnictwo: Albatros
Data wydania: 20 maja 2020


Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu:


6/01/2020

#119 Frances de Pontes Peebles - Powietrze, którym oddychasz

#119 Frances de Pontes Peebles - Powietrze, którym oddychasz
Są takie książki, w których można się zakochać od pierwszego zdania. Może być to zdanie zupełnie niepozorne, w którym właściwie ciężko szukać czegoś nadzwyczajnego. Ale czytelnik po prostu wie, czuje całym sobą, że to będzie dobra lektura. I tak właśnie było w moim przypadku - kiedy tylko otworzyłam „Powietrze, którym oddychasz”, a mój wzrok padł na pierwsze słowa, wiedziałam, że ta powieść mnie całkowicie pochłonie.


Frances de Pontes Peebles - Powietrze, którym oddychasz


Z okładki tej powieści możemy się dowiedzieć, że jest to opowieść o przyjaźni. I owszem, zgodzę się, jednak jest to przyjaźń jakże odmienna od tego, co się człowiekowi z przyjaźnią kojarzy. Mamy tu dwie bardzo wyraziste bohaterki, które więcej różni niż łączy. Dores, zwana Jegą, jest jedynie kuchenną pomocą, a jej być albo nie być zależy nie tylko od staranności wykonywanych obowiązków, lecz także od widzimisię państwa domu. Za najmniejsze przewinienie można bowiem dostać nie tylko lanie, ale także można zostać wyrzuconym na bruk - i nikt by nawet nie zapłakał. Dziewczyna ma całe pokłady kompleksów wynikających z pochodzenia i jest wychowywana w sposób umacniający w niej poczucie bycia nikim.

Jej całkowitym przeciwieństwem jest córka właścicieli majątku, Graça. Rozkapryszona i przyzwyczajona do tego, że dostaje wszystko, czego pragnie, z racji braku innych rówieśników zaprzyjaźnia się właśnie z Dores.

Tym, co najmocniej łączy dziewczynki i okazuje się być marzeniem ich życia, jest muzyka i marzenia o związanej z nią karierze. I to właśnie muzyka splata ich drogi na całe życie. 

Zachwycająca!


Frances de Pontes Peebles napisała powieść, z której pomiędzy dźwiękami samby wybrzmiewają kompleksy, zazdrość, przywiązanie, impulsywność i pragnienie sławy. Nie da się jednoznacznie, z niezachwianą pewnością określić, kto tu jest zły, a kto dobry. Choć czytelnik kibicuje Dores, głównie z racji współczucia, jakie odczuwa wobec jej losów, miejscami nie może nie stanąć po stronie Graçy, która choć ma swoje liczne wady, nie jest całkowicie pozbawiona rozumu, a intencje, którymi kieruje się Dores, również nie zawsze są dobre.

Warstwa psychologiczna jest najmocniejszą stroną tej powieści. Nic tu nie jest po prostu czarno-białe. Wręcz przeciwnie - autorka zaserwowała nam historię tak barwną, jak brazylijski karnawał. Trzeba również oddać jej sprawiedliwość w kwestii opisów muzyki, którą podczas lektury można wręcz usłyszeć w wyobraźni. Powieść osadzona jest w trudnym historycznie okresie nacjonalistycznych rządów prezydenta Getúlio Vargasa oraz wciąż otwarcie panującego rasizmu w Stanach Zjednoczonych, czego autorka nie przemilczała, a zgrabnie wplotła w swoją opowieść.

„Powietrze, którym oddychasz” to przejmująca historia o tym, jak daleko można odejść od swojej przeszłości jednocześnie cały czas niosąc ją w sobie. To obraz chwytającego za serce przywiązania, które jest tak silne, że nawet trawiąca wnętrzności zazdrość nie jest w stanie go zerwać. 

Wreszcie, jest to powieść o pogoni za marzeniem i o wspinaczce na szczyt sławy - cytując za Jackiem Kaczmarskim: „po śladach cudzej krwi”...

Frances de Pontes Peebles stworzyła powieść, która przypadnie do gustu każdemu miłośnikowi literatury obyczajowej wysokich lotów. 

I która na długo zostanie w pamięci.

Tytuł: Powietrze, którym oddychasz
Autor: Frances de Pontes Pebles
Wydawnictwo: Literackie
Data wydania: 20 maja 2020

Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu:


5/28/2020

#118 Konrad Grześlak - Miasto iluzji. Pistolety

#118 Konrad Grześlak - Miasto iluzji. Pistolety
Nie miałam w planach tej lektury. Przyznaję od razu, że zabrałam się za tę książkę wyłącznie dlatego, że Wydawnictwo przysłało mi ją w ramach niespodzianki, a ponieważ jest to współpraca, którą sobie cenię, postanowiłam, że dam tej powieści szansę. W trakcie czytania okazało się, że była to słuszna decyzja, choć mam też kilka zastrzeżeń.
lareinemargotpl


Konrad Grześlak - Miasto iluzji. Pistolety


Marcin Bielawski jest zwykłym urzędnikiem, którego rodzina wkrótce się powiększy. Pewnego dnia spotyka podstarzałego aktora, który przypomina mu o scenariuszu, który Marcin pisał na studiach z kolegą, Arturem i prosi go, by go skończył. Żeby to zrobić, Marcin musi przeprowadzić małe śledztwo, ponieważ… Artur został pobity ze skutkiem śmiertelnym osiem lat wcześniej, a scenariusz opierał się na jego prawdziwym życiu.

W międzyczasie ktoś informuje dziennikarza, Andrzeja Rylewskiego, o scenariuszu, sprawie Artura i Marcinie. Mężczyzna nawiązuje z urzędnikiem kontakt i szybko okazuje się, że sprawa jest bardziej skomplikowana, niż się początkowo wydawało.

Mężczyźni nie ufają sobie wzajemnie, ale starają się wspólnie odkryć, co działo się przed śmiercią Artura. 

Mogło być gorzej


Na początku wyjaśnię może dlaczego mnie ta powieść nie zainteresowała. Tytuł jest świetny, ale podtytuł już mnie nieco odrzucił i sugerował mi coś zupełnie innego, niż finalnie znalazłam w książce. Ale najgorszą kwestią były blurby na okładce. Zarówno ten na froncie, jak i ten z tyłu pod opisem. Absolutnie nie chcę nikogo obrażać, a obu autorów znam osobiście i bardzo szanuję. Jednak treść tych konkretnych zapowiedzi brzmi dla mnie tak, jakby Panowie napisali je na siłę. A to z kolei sugeruje, że książka jest po prostu słaba. Oczywiście jest to wyłącznie moje subiektywne odczucie, ale właśnie to sprawiło, że nie miałam na „Miasto iluzji” kompletnie ochoty… 

Finalnie jednak muszę przyznać, że Grześlak mnie bardzo pozytywnie zaskoczył. Choć początkowo, głównie ze względu na moje nastawienie, historia mnie nie porwała, to poprawny styl autora sprawił, że czytałam dalej… I mniej więcej w połowie byłam już tak wciągnięta w akcję, że nie mogłam się oderwać. To, co się Grześlakowi najlepiej w „Mieście iluzji” udało, to trzymanie czytelnika w napięciu. I za to zdecydowanie należą mu się brawa.

Nie obyło się jednak bez wad. I niestety trochę ich jest. 

Zacznę od wady głównej - wątków pobocznych, niezwiązanych bezpośrednio ze sprawą kryminalną. Konkretnie mowa tutaj o życiu osobistym głównego bohatera, Marcina. Jego żona jest w siódmym miesiącu ciąży, na głowę zwala im się matka Marcina, która miesza w ich życiu rodzinnym. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że ten wątek jest wciskany znienacka pomiędzy inne sceny, po czym pod koniec książki kompletnie znika… 

Tak, jak zresztą znika sam bohater. I tutaj mamy wadę drugą. Mniej więcej do połowy książki czytelnik może być przekonany, że głównym bohaterem tej powieści jest Marcin. Tymczasem dalej jego miejsce zajmuje dziennikarz Andrzej i to on finalnie odgrywa największą rolę w zakończeniu. A co się z naszym bohaterem stało? Cóż, tego nie wiadomo…

No i właśnie. Trzeci i największy mój zarzut wobec tej historii jest taki, że nie otrzymujemy tutaj rozwiązania głównej zagadki. I o ile rozumiem „prawo serii”, to jednak śledztwo prowadzone przez bohatera powinno mieć jakiś finał. Może on być zaskakujący i nie dający pełnego obrazu sytuacji, ale tutaj wątek sprawy, nad którą pracuje Marcin po prostu się urywa. W związku z czym po lekturze pierwszą moją myślą było: „przeczytałam 400 stron i nie wiem, po co”… 

Fakt, że jestem ciekawa, co będzie dalej. Fakt, że ogólnie rzecz biorąc, „Miasto iluzji” to dobra książka. Ale jesienią, kiedy pojawi się druga część, nie będę już pamiętała, co było w poprzedniej. Nie chcę tutaj obrażać autora i jego pracy, bo uważam, że to bardzo dobry i oryginalny (o co ciężko w tym gatunku) debiut, ale w międzyczasie zdążę przeczytać kilkadziesiąt innych książek. Ogólny zarys fabuły być może utkwi w odmętach mojej pamięci, ale - będę szczera - bardzo w to wątpię. 

Gdybym mogła od razu przeczytać kolejny tom, z pewnością bym to zrobiła. Czy będę chciała to zrobić za kilka miesięcy? Naprawdę nie wiem. Za to chętnie przeczytałabym powieść „stand alone” autorstwa Grześlaka.

Kiedy już wymieniłam wszystkie swoje zarzuty wobec „Miasta iluzji”, pragnę jednak jeszcze raz podkreślić, że to naprawdę przyzwoity kryminał. Tu i ówdzie można by go trochę doszlifować, ale czyta się Grześlaka bardzo przyjemnie. 

Zatem Panie i Panowie, kolejny „kryminalista” wkroczył na polską scenę literacką. Nie zrobił tego z przytupem, ale myślę, że są jeszcze na to szanse. 

Tytuł: Miasto iluzji. Pistolety
Autor: Konrad Grześlak
Wydawnictwo: Sonia Draga
Data wydania: 15 kwietnia 2020

Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu:


5/25/2020

#117 Dean Koontz - Oczy ciemności

#117 Dean Koontz - Oczy ciemności
Ostatni raz z twórczością Deana Koontza miałam do czynienia kilkanaście lat temu. Nie pamiętam już tytułu książki, którą czytałam jako ostatnią, ale pamiętam, że mi się podobała. Postanowiłam zatem zweryfikować swoje ówczesne gusta i kiedy dowiedziałam się o wznowieniu przez Wydawnictwo Albatros „Oczu ciemności”, sięgnęłam po nią bez większego zastanowienia.


lareinemargotpl

Dean Koontz - Oczy ciemności


Tina Evans szykuje się do premiery swojego życia. Kobieta ciężko pracowała, aby przygotowana przez nią rewia, która ma się odbywać w jednym z hoteli w Las Vegas, osiągnęła sukces. Nie było to łatwe zadanie, gdyż Tina rok wcześniej straciła syna, który zginął w wypadku podczas wycieczki. Jej małżeństwo się rozpadło, a praca była jedyną rzeczą, która sprawiała jej jakąkolwiek radość.

Premiera rewii okazała się spektakularnym sukcesem, a podczas owego wieczoru Tina poznała przystojnego prawnika, Elliota. Wydawać by się mogło, że Tina znów ma szansę na szczęście. Jednocześnie jednak zaczynają się dziać rzeczy, których nie da się w żaden sposób wytłumaczyć. Pewne jest tylko jedno: ktoś chce, żeby kobieta uwierzyła, że jej syn nie zginął.

A ktoś inny chce, żeby nigdy nie poznała prawdy.

Wybitnie zła książka


Gdyby to była jedyna książka Koontza, jaką było mi dane przeczytać, nigdy więcej nie sięgnęłabym po twórczość tego pisarza. „Oczy ciemności” są bowiem historią tak płytką, banalną i absolutnie niewiarygodną, że ciężko mi nawet znaleźć na to odpowiednie słowa… Dlatego, choć zwykle tego nie robię, pozwolę sobie posłużyć się przykładami.

Przykład pierwszy: prawnik Elliot Stryker ma za sobą karierę w wywiadzie wojskowym. Można by zatem sądzić, że człowiek ten powinien cechować się nieprzeciętną inteligencją, przenikliwością i odwagą. Jedna z książkowych postaci mówi nawet o nim, że był najbystrzejszym agentem, z jakim tamtemu przyszło współpracować. Tymczasem Stryker, którego poznaje czytelnik, jest średnio rozgarniętym przeciętniakiem, który popełnia szkolne błędy na każdym kroku… Na dodatek z jego ust padają teksty w stylu: „sam mam stracha, jak tylko pomyślę o tych strasznych typach”… Twardziel z wywiadu jak się patrzy!

Przykład drugi: powieść utrzymana jest w klimatach niskobudżetowego filmu sensacyjnego klasy B. Szybka akcja, jeszcze szybsze relacje (para głównych bohaterów po kilku dniach znajomości co chwilę powtarza sobie: „znam cię bardzo dobrze”…), brak jakiejkolwiek głębi psychologicznej i solidnych fundamentów położonych pod motywacje bohaterów, ekspresowe wyjaśnienie całej sprawy i… kurtyna. 

A skoro już przy filmach klasy B jesteśmy, to nie można nie wspomnieć o okropnych dialogach. A te są tak słabe, że nawet nie będę tu umieszczać przykładu, bo nie dam rady nawet na nie ponownie spojrzeć…

Przejdźmy zatem do przykładu trzeciego. „Oczy ciemności” są powieścią multigatunkową. Znajdziemy tu (przynajmniej z założenia): sensację, thriller, sci-fi, horror, a także romans. I niestety nie jest to mieszanka wybuchowa, określiłabym ją raczej jako niewypał. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że autor wybrał najgorsze możliwe rozwiązania ze wszystkich tych gatunków i wcisnął je w jedną książkę. I tym sposobem pomiędzy strzelaninami, wybuchami i wątkami nadnaturalnymi, mamy poetyckie wstawki w stylu: „Jest tak, jakby… jakby sama noc na nas patrzyła…(…)”. Domyślam się, że miało to wywołać w czytelniku jakieś emocje. Udało się: poczułam niesmak.

Staram się pisać swoje recenzje bez zdradzania zbyt wielu szczegółów fabuły, dlatego na powyższych przykładach poprzestanę. Moim zdaniem jest to wybitnie zła książka i jeśli ktoś ma chęć po nią sięgnąć, to najlepiej, żeby całkowicie wyłączył przy niej myślenie. W innym wypadku będzie się potykać o absurdy fabularne i sztywne dialogi. Całe szczęście Koontz w posłowiu trochę się rehabilituje przyznając, że dostrzega wady tej powieści, co pozwala mi wierzyć, że jednak te czytane i chwalone przeze mnie naście lat temu, nie były aż tak słabe…

Ale powieść „Oczy ciemności” właśnie taka jest.

Po prostu słaba.

Tytuł: Oczy ciemności
Autor: Dean Koontz
Wydawnictwo: Albatros
Data wydania: 14 września 2009 (pierwsze polskie wydanie), 6 maja 2020 (wznowienie)


Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu: 


Copyright © 2016 la reine margot , Blogger