3/01/2022

#147 Anna Górna - Kraina złotych kłamstw

#147 Anna Górna - Kraina złotych kłamstw

 Internetowe „ochy” i „achy” nad książkami nie robią na mnie żadnego wrażenia. Kiedy słyszę, że coś jest „najlepszym debiutem ostatnich lat”, to zwykle uśmiecham się z politowaniem i sięgam po cokolwiek innego. Jestem czytelnikiem wymagającym, lubiącym myśleć podczas lektury, odnajdującym luki fabularne i nieścisłości. Na internetowych polecajkach przejechałam się już tyle razy, że obecnie w nie najzwyczajniej w świecie nie wierzę. Powodów może nie będę wymieniać, bo to nie czas i miejsce, ale niewiele brakowało, żebym tej książki nie przeczytała. I byłaby to wielka strata!



Anna Górna - Kraina złotych kłamstw


Piotr Sauer to były gliniarz, który prosto z polskiej policji trafił do szwajcarskiej korporacji, gdzie siedząc za biurkiem klepie - bezsensowne według niego - prezentacje w power poincie. Nie była to jego decyzja, kierowało nim jednak dobro jego rodziny. Mężczyzna jest nieszczęśliwy, nie spełnia się zawodowo, a każdy kolejny dzień w biurze traktuje jak karę.


W pewnym momencie wszystko się jednak zmienia. Jego przyjaciel, Adam, dyrektor zarządzający w dobrze prosperującej firmie PR-owej, prosi go o pomoc. Zaginęła jego wspólniczka, Isabelle, a mężczyzna wierzy, że to właśnie Piotr będzie w stanie ją znaleźć.


Z niespodziewaną pomocą jednej z praktykantek z firmy, w której pracuje, Piotr zaczyna przyglądać się sprawie zaginięcia kobiety. Okazuje się, że była ona partnerką byłego angielskiego aktora, którego poprzednia partnerka… również zaginęła.


Czy cała ta sprawa może być tak prosta, jak się wydaje, a jej rozwiązanie tak oczywiste?







Najlepszy debiut ostatnich lat?


Górna w swoim debiucie postawiła na bardzo rozbudowane wątki, mnogość postaci i dość powolny rozwój akcji. Nie jest to jednak wadą tej historii, a jej zaletą. „Kraina złotych kłamstw” to nie jest książka dla osób lubiących „mięso”, czyli szybką akcję i jeszcze szybsze, najlepiej szokujące, zakończenie.


O nie! Anna Górna zdaje się delektować przeciąganiem tej historii, dając czytelnikowi możliwość poznania jej bohaterów i ich przeszłości. Jest to opowieść z wielkiego „O”. Taka mająca swój początek, środek i zakończenie. Wszystko wyważone i w odpowiednich proporcjach. Nic tu nie jest zrobione po łebkach, a autorka z wyczuciem dawkuje informacje niezbędne zarówno do rozwiązania sprawy teraźniejszej, jak i tej z przeszłości. Tu i ówdzie zarzuci także haczyk na czytelniczą ciekawość i nawet informacje o przeszłości głównych bohaterów nie są podane na tacy w jednym miejscu, a są raczej subtelnie wplatane w wydarzenia związane z główną intrygą. 


Bohaterowie „Krainy złotych kłamstw” są ludźmi z krwi i kości. Mają swoje zalety, ale także wady. Nikt tu nie jest nieomylny, nie ma osób nie popełniających błędów. Nie zawsze słuchają intuicji, nie zawsze też zachowują się logicznie. Mają swoje rozterki i problemy, nie żyją wyłącznie jednym tematem. Co bardzo ważne: nie ma tu też żadnego śledczego-geniusza, co w tego typu powieściach jest dość częstym zjawiskiem. Jednym słowem - są prawdziwymi ludźmi, a nie wydmuszkami stworzonymi do popychania fabuły do przodu. 


Nawet najciekawsza fabuła nic jednak nie znaczy, jeśli autor nie ma daru opowiadania. Weźmy takiego Stephena Kinga za przykład - nie każda jego opowieść mnie faktycznie interesuje, ale nawet jego najgorsze książki czytam z zapartym tchem, bo facet jest po prostu niesamowitym bajarzem i ma dar do opowiadania w taki sposób, że to się po prostu chce czytać. Nawet jeśli opisywane wydarzenia zupełnie nas nie przekonują. U Górnej, choć broń boże nie porównuję jej do Kinga, jest podobnie. „Kraina złotych kłamstw”, choć fabularnie naprawdę bardzo intrygująca, nie czytałaby się tak dobrze, gdyby była inaczej napisana. Górna potrafi w budowanie klimatu, jest świetna w opisywaniu miejsc, a jej bohaterom nie można odmówić wiarygodności psychologicznej. Wszystko tu gra tak, jak powinno. Choć głównym motywem jest tu wątek kryminalny, autorka nie zapomniała o warstwie obyczajowej, która jest tutaj naprawdę bardzo rozbudowana. I bynajmniej nie jest to wadą tej powieści. Dzięki temu zabiegowi czytelnik może naprawdę dobrze poznać bohaterów, a co za tym idzie - przywiązać się do nich. Nie jest to może kluczowa kwestia w przypadku powieści kryminalnych, osobiście jednak lubię wiedzieć, jakie są motywacje bohaterów, co nimi kieruje i jakie mają demony w swoich głowach.


Największą zaletą tej powieści jest jednak to, że… nie jest ona polska. Choć autorka jest Polką, główny bohater i jego rodzina są z Polski, to sama powieść z powodzeniem mogłaby mieć na grzbiecie zagraniczne nazwisko i nikt by się nie zorientował. Nie dość, że akcja dzieje się tu w Szwajcarii, to cały klimat jest bardzo „niepolski”. Nie ma tu smutnej, szarej rzeczywistości, która zazwyczaj występuje w polskich kryminałach. Główny bohater, choć zmaga się z problemami rodzinnymi, piętrzącymi się kłamstwami, pod którymi ukrywa swoje zaangażowanie w sprawę zaginięcia Isabelle, choć ma „wspólniczkę”, z którą sprawę rozwiązuje, jest człowiekiem samotnym i zagubionym, nie wiedzącym, co począć z własnym życiem. Nie doświadczymy tu jednak depresyjnych opisów, Górna nie serwuje nam również informacji o stanie psychicznym jej bohatera wprost. „Kraina złotych kłamstw” to powieść na poziomie światowym, wykraczająca daleko ponad to, co serwuje nam większość naszych rodzimych autorów. Konstatuję to z przykrością, ale niestety naprawdę dobre kryminały zdają się być gatunkiem wymierającym, wypieranym przez te absurdalne, niedopracowane, napisane grafomańskim językiem i stylem, a także wypełnione obrzydliwymi opisami, byle tylko zaszokować, a tym szokiem przykryć to, jak bardzo niedopracowaną książkę czytelnik trzyma w rękach. Górna całe szczęście poszła inną drogą i chwała jej za to, bo pozwala to mieć nadzieję, że polski kryminał może jednak dostarczyć jeszcze wymagającemu czytelnikowi coś ciekawego.


Nie powiem, że był to najlepszy debiut, jaki w życiu czytałam, bo nie byłoby to prawdą. Jest to jednak na pewno bardzo udany start i rzecz naprawdę warta przeczytania. A mówię to ostatnimi czasy coraz rzadziej.


Tytuł: Kraina złotych kłamstw

Autor: Anna Górna

Wydawnictwo: Czwarta Strona Kryminału

Data wydania: 26 stycznia 2022



1/31/2022

#146 Ellery Lloyd - Influencerka

#146 Ellery Lloyd - Influencerka

 O mediach społecznościowych napisano już chyba wszystko. O ich dobrych stronach. I o tych złych. O sztuczności, udawaniu, reżyserowanych scenkach. I o ogromnych pieniądzach, jakie przychodzą wraz ze wzrostem popularności. A mimo to wszyscy wciąż w tym tkwimy. W czasach pandemii tym bardziej. „Influencerka” jest zatem oczywistym wyborem lektury dla kogoś, kto tapla się na co dzień w instagramowej rzeczywistości. Bo, teoretycznie, dotyka tego, do czego wszyscy mamy dzisiaj dostęp. Z jednej strony niby to znamy, a z drugiej nie do końca. Nie każdy miał bowiem do czynienia z ogromną rozpoznawalnością, setkami darmowych giftów i… hejterami. Czytelnika do tej ksiażki przyciągnie zatem ciekawość.



Influencerka - Ellery Lloyd


Emmy Jackson ma na Instagramie milion obserwujących. Zbudowała swoją popularność na - jak sama mówi - „szczerości w byciu mamą”. Jest ona bowiem influencerką parentingową i zebrała społeczność składającą się z innych mam, które potrzebują zobaczyć, że nie tylko one sobie ze wszystkim nie radzą.


Ta masa obserwatorów nie ma jednak bladego pojęcia, że mało która anegdota opowiadana przez Emmy jest stuprocentowo prawdziwa. Nie wiedzą o tym, że wszystko, co Emmy publikuje, jest przez nią skrupulatnie zaplanowane. Kobiety traktują ją jak guru parentingu i ślepo słuchają wszystkiego, co kobieta ma do powiedzenia.


I właśnie to może doprowadzić Emmy do zguby. 


Jest bowiem ktoś, kto uważnie śledzi każdy jej ruch. Ktoś, komu Emmy wyrządziła krzywdę. I ten ktoś chce, żeby instagramowa Najnajmama zapłaciła za to najwyższą karę.



Zapowiadało się dobrze...


Za pseudonimem Ellery Lloyd kryje się dwójka autorów - Collette Lyons i Paul Vlitos. Sądzę, że miało to niemały wpływ na formę powieści, która w głównej mierze skupia się na dwóch perspektywach - Emmy oraz jej męża, Dana. I to jest zdecydowanie najciekawsza część tej książki, bowiem autorom udało się skonstruować opowieści wzajemnie się uzupełniające, a jednocześnie… wzajemnie sobie przeczące. O ile jednak Dan jest postacią z głębią psychologiczną, który przechodzi jakąkolwiek przemianę, o tyle Emmy jest postacią dość jednowymiarową i… płytką. 


_


the pretty art

_


Wątek kryminalny, który rzekomo miał wprowadzać do fabuły napięcie, jest najbardziej żenującą częścią tej książki. Autorzy wprowadzili trzecią narrację pierwszoosobową (drukowaną na dodatek kursywą, żebyśmy my, czytelnicy, przypadkiem nie przegapili tego, że czytamy narrację książkowego „złola”), która jest skonstruowana tak łopatologicznie, że inteligentny czytelnik może się poczuć traktowany jak idiota. Ja w każdym razie tak właśnie się poczułam. Nie dość, że ta osoba zwraca się w swoich wywodach bezpośrednio do głównych bohaterów, roztaczając w głowie żałosne wizje wymierzenia sprawiedliwości i kary za własną krzywdę, to na dodatek w pewnym momencie następuje długi wykład nie tyle o powodach własnego postępowania, ile o tym, jak zamierza ową sprawiedliwość osiągnąć. Krok po kroku. Jak dla debila.


Poziom żenady rośnie z rozdziału na rozdział, a raczej wraz z kolejnymi rozdziałami, w których śledzimy myśli (?) tej osoby. Bo o ile jeszcze warstwa obyczajowa jest tutaj naprawdę interesująca i z rosnącym zaciekawieniem śledzi się losy popularnej instagramerki „od zaplecza”, zagląda do jej życia rodzinnego, zauważa napięcie pomiędzy małżonkami, o tyle wątek, który miał najbardziej zachęcać do lektury tej powieści, najbardziej ją pogrążył. 


Powody osoby odpowiedzialnej za „całe zło” w życiu Emmy z jednej strony mogą być zrozumiałe, drugiej jednak - są totalnie absurdalne. Chciałabym napisać więcej, ale nie pozwala mi żelazna zasada nie umieszczania w recenzjach spoilerów. Niemniej podkreślę, że ja kompletnie tego wątku nie kupiłam, a książkę doczytałam do końca wyłącznie dlatego, że autorzy zrobili kawał dobrej roboty w przedstawieniu działań w social mediach od drugiej strony. I choć wszystko to opisane jest w sposób nieco banalny i boleśnie prosty, to czyta się to dość przyjemnie. 


Dla mnie jest to thriller klasy B. Tanie sztuczki pisarskie, stopniowanie napięcia na poziomie szkoły  średniej, a antagonista pozbawiony wiarygodności. Niemniej jestem przekonana, że fanom BA Paris czy JP Delaney „Influencerka” może się spodobać.


Otwarte zakończenie sugeruje możliwość kolejnej części.

Ja dziękuję, postoję.


Tytuł: Influencerka

Autor: Ellery Lloyd

Wydawnictwo: Marginesy

Data wydania: 12 stycznia 2022

1/18/2022

#145 John Grisham - Czas zapłaty

#145 John Grisham  - Czas zapłaty

 Jeśli nie czytaliście „Czasu zabijania” Johna Grishama, czyli pierwszej powieści autora, w której pojawia się Jake Brigance, to musicie koniecznie zrobić dwie rzeczy. Pierwszą z nich jest natychmiastowe zaprzestanie lektury niniejszej recenzji po pierwszym akapicie. A drugą - sięgnięcie po książkę. Albo nawet lepiej: obejrzenie filmu. To jedna z tych nielicznych sytuacji, w których to film robi lepszą robotę niż literacki pierwowzór. Serio: nie czytajcie tej recenzji dalej, jeśli chodzi Wam po głowie zapoznanie się z „czasowym” cyklem Grishama.


la reine margot


Nie mogę sobie odmówić porównywania tych dwóch powieści. Bo tak - „Czas zabijania” zarówno oglądałam, jak i czytałam. Film zrobił na mnie nieporównywalnie większe wrażenie, dlatego podczas lektury drugiego tomu, którym jest „Czas zapłaty”, Jake Brigance miał dla mnie twarz Matthew McConaughey’a, a i znaczna większość pozostałych bohaterów miała już w mojej głowie odpowiedni wygląd. I właśnie między innymi z tego powodu jestem tą lekturą nieco rozczarowana. Ale do tego jeszcze wrócimy.


Najpierw parę słów o fabule. 


Akcja dzieje się w latach 80. ubiegłego wieku w Missisipi. Minęło już kilka lat od głośnego procesu Carla Lee Hailey’a - czarnoskórego mężczyzny, który dokonał samosądu na dwóch białych, którzy zgwałcili, torturowali i próbowali zabić jego dziesięcioletnią córkę. Jake Brigance wygrał tę sprawę, a Hailey został uniewinniony.


Zdawać by się mogło, że tak spektakularne zwycięstwo otworzy mu drzwi do wielkiej prawniczej kariery. Tymczasem kilka lat później Brigance ledwie wiąże koniec z końcem. Nie stać go nawet na odbudowanie domu, który został spalony przez Ku Klux Klan podczas procesu Hailey’a.

Niespodziewanie do jego rąk trafia list człowieka, którego Jake Brigance nigdy nawet nie spotkał, a który w owym liście wyznacza go jako adwokata, który ma zająć się sprawą sądowego zatwierdzenia testamentu dołączonego do listu. List dociera do Brigance’a dzień po tym jak jego autor popełnia samobójstwo.


I choć samobójca zadbał o wszystkie prawne szczegóły, zatwierdzenie testamentu wcale nie będzie takie proste. Chodzi bowiem o olbrzymie pieniądze, które… zostały zapisane czarnoskórej gosposi. A takie rzeczy na Południu są przecież nie do pomyślenia!


Jake staje zatem przed zadaniem udowodnienia przed sądem i ławą przysięgłych, że autor testamentu był w pełni sił umysłowych i doskonale wiedział, co robi. Po drugiej stronie barykady znajdzie się wielu przeciwników. Chętnych do sięgnięcia po fortunę jest bowiem wielu…



Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wciśnięcie do tej fabuły Jake’a Brigance’a było ze strony autora zwyczajnym chwytem marketingowym. Bo choć schemat powieści jest taki sam, jak w przypadku „Czasu zabijania”, to niestety ani nie jest tak interesująca, ani nie niesie ze sobą takiego ładunku emocjonalnego. Nie wspominając o tym, że jest miejscami zwyczajnie nudna, a finałowi brak elementu zaskoczenia.


W „Czasie zabijania” Grisham postawił przed czytelnikiem nie lada dylemat moralny. Na jednej szali mieliśmy ojca, któremu bestialsko zgwałcono dziecko, a na drugiej morderstwo. I choć każdy empatyczny człowiek będzie stawał po stronie ojca, to jednak będzie miał świadomość tego, że opowiada się za mordercą. Nie „domniemanym mordercą”, a za człowiekiem, o którym się wie, że zabił z zimną krwią. Grisham dodatkowo podsyca ogień dokładając do fabuły bardzo rozbudowaną społeczną otoczkę: głęboko zakorzeniony w Missisipi rasizm, napady, bomby, pobicia, podpalenia i wszystko, czego dopuszczał się KKK. To wszystko zebrane do kupy zbudowało naprawdę świetny thriller. 


Tymczasem „Czas zapłaty” jest trochę odcinaniem kuponów od tamtego sukcesu. Nie uświadczymy tu żadnych sensacji, a jedyny sensacyjny wątek jest przewidywalny do bólu. To, co Grisham tu serwuje, zasługuje raczej na miano prawniczej powieści obyczajowej. Dużo jest tu bowiem o ciężkim życiu czarnoskórych na południu Stanów i o tym, z jakimi bolączkami codzienności się zmagają. Mało tu za to emocji. No bo jasne, że czytelnik chce, żeby gosposia dostała pieniądze - w końcu zostały jej świadomie zapisane przez ich właściciela, a dzisiaj większości czytelników jest już zupełnie obojętne, jaki gosposia ma kolor skóry. Zresztą Grisham stosunkowo mały nacisk kładzie na problemy rasizmu. Niby się to pojawia, ale w zupełnie innym wymiarze niż w „Czasie zabijania”.


Być może wynika to z faktu, że „Czas zabijania” Grisham wydał w 1992 roku, tymczasem „Czas zapłaty” pojawił się ponad dwadzieścia lat później, kiedy rasizm w Stanach choć nadal występuje, to jednak przejawia się zupełnie inaczej. Odnoszę wrażenie, że Grisham chciał grać na tych samych skrzypcach, co wcześniej, tylko trochę zapomniał, jak się tego instrumentu używa. 


Nie jest to bynajmniej zła książka (gdyby taka była, to bym jej nie skończyła), jednak nie sprostała moim oczekiwaniom. Ani to kryminał, ani to sensacja, ani to thriller. Spodziewałam się po prostu czegoś zupełnie innego. I choć Jake Brigance nadal ma twarz młodego Matthew McConaughey’a, to brakuje mu jego ikry i pasji. 


Szkoda, że Grisham tak potraktował swojego młodego, zdolnego prawnika. Mógł on mieć naprawdę świetlaną przyszłość.


Tytuł: Czas zapłaty

Autor: John Grisham

Wydawnictwo: Albatros

Data wydania: 1.04.2014


Książkę w nowej odsłonie graficznej można kupić tutaj


9/28/2021

#144 Anna Chaber - Zaproś mnie na pumpkin latte

#144 Anna Chaber - Zaproś mnie na pumpkin latte

 Jestem wymagającym czytelnikiem. Nie zadowalam się byle historyjką, czepiam się absolutnie wszystkiego, do czego przyczepić się można i potrafię napisać recenzję bardzo nieprzychylną. Nie ma u mnie czegoś takiego jak „taryfa ulgowa”. Nawet w przypadku debiutów. A z takim przecież przy „Zaproś mnie na pumpkin latte” mamy do czynienia. 


la reine margot

Anna Chaber - Zaproś mnie na pumpkin latte


Paula pracuje w korporacji, gdzie sumiennie wykonuje swoje obowiązki i czeka na upragniony awans. Grzecznie siedzi na swoim krześle i obserwuje, jak wszyscy wokół awansują, a ona jest przez szefostwo pomijana, mimo że ona jest od nich lepsza. Nie umie się jednak postawić szefowi i walczyć o swoje, a na dodatek spada na nią organizacja jesiennego eventu. Tymczasem dziewczyna nie znosi jesieni i wszystkiego, co z nią związane, ponieważ kojarzy jej się to z pewnym wydarzeniem z przeszłości…


Greg jest baristą. Z zamiłowania, nie z przymusu. Nikt nie wie o kawie więcej niż on. Marzy o własnej kawiarni, w której nie będzie korporacyjnych wymogów wciskania klientom niepotrzebnych dodatków. Nie ma jednak wystarczających funduszy na rozpoczęcie własnego biznesu. Organizowany przez firmę konkurs na najlepszego baristę w kraju i główna wygrana mogłyby mu jednak w tym pomóc.


Kontakty tych dwojga nie wykraczają poza złożenie przez dziewczynę zamówienia przy ladzie. Do czasu…


_



_


Idealnie jesienny klimat


Podchodziłam do tej książki trochę jak pies do jeża, z obawą, że otrzymam infantylny, słodkopierdzący romansik, a autorka utarła mi nosa. Okazało się bowiem, że jest to dość przyjemna lektura, której oddałam dwa wieczory i nie był to czas stracony. Polubiłam się z bohaterami, wciągnęła mnie opisana przez Chaber historia i wprowadziła mnie w iście jesienny nastrój - łącznie z ochotą na kubek pumpkin spice latte.


Ale…


Powieść ma zaledwie 320 stron i to jest jej pierwsza wada. Choć bohaterowie są sympatyczni, to warstwa psychologiczna nieco tu kuleje. Sekret Pauli jest opisany bardzo „ekspozycyjnie”, autorka nam o nim mówi, a nie pokazuje. A właściwie to momentami pokazuje, ale już waląc  czytelnika po oczach odrobinę przerysowanymi sytuacjami. Nie chcę zdradzać szczegółów, ponieważ jest to powieść, którą mimo wszystko polecam i wolę, żebyście sprawdzili ją samodzielnie, ale myślę, że wiele osób może - świadomie lub nie - to odczuć  podczas lektury.


W komediach romantycznych mamy zawsze powielony ten sam schemat i chyba nikogo nie zaszokuję, jak powiem, że tutaj jest tak samo: poznanie, zakochanie, kryzys i zakończenie. Osobiście bardzo lubię, kiedy powieść skonstruowana jest w taki sposób, że najpierw się do bohaterów przywiązuję, a później podczas tego nieuchronnego kryzysu kibicuję im i wręcz odczuwam lekki  dreszczyk niepokoju, czy aby na pewno wszystko się dobrze skończy. I choć schemat znam i wiem, że tak będzie, to lubię ten moment w książce, kiedy jeszcze wszystko się może wydarzyć. I to lekkie napięcie przez kilkadziesiąt stron. Tutaj niestety został on bardzo zminimalizowany, przez co zakończenie wydało mi się nieco pospieszone. Czułam niedosyt. W gruncie rzeczy to komplement dla autorki, że nie chciałam dobrnąć jak najszybciej do końca tej książki. Rozbudowania momentu kryzysowego jednak mi tu zabrakło…


To są właściwie największe moje zarzuty wobec tej powieści, bo poza tym przyczepić się mogę jedynie do tego, że  momentami zdania - ich konstrukcja, język, użyte sformułowania - są zbyt „okrągłe”. Wyczuwałam podczas lektury taką… szkolną poprawność. Szczególnie zauważalne było to w niektórych dialogach.


Niemniej „Zaproś mnie na pumpkin latte” uważam za powieść przyjemną, idealnie wprowadzającą w jesienny klimat. To pozycja doskonała na wczesnojesienny wieczór spędzony pod kocem, z kubkiem ulubionej herbaty w ręce. Przy czym podkreślić należy, że ta książka wręcz pachnie kawą. Kawa wylewa się tu bowiem z każdej strony gęstym, ciemnym, aromatycznym strumieniem. To udało się Annie Chaber najbardziej: sprawić, że podczas lektury czytelnik non stop ma ochotę na wielki kubek pysznej kawy. A najlepiej, żeby to była pumpkin spice latte z modyfikacjami, o których mowa w książce… 


Jestem pozytywnie zaskoczona, jak dobrze mi się tę książkę czytało i mam nadzieję, że i Wy po nią sięgniecie. A ja będę czekać na kolejną historię spod pióra Anny Chaber. „Zaproś mnie na pumpkin latte” to idealna propozycja dla każdej jesieniary i miłośniczki lekkich, bezpretensjonalnych powieści obyczajowych.


Gdybym miała określić tę powieść jednym słowem, użyłabym tego:


Urocza.


Po prostu. I niech to Wam powie wszystko, co wiedzieć o niej musicie.


Tytuł: Zaproś mnie na pumpkin latte

Autor: Anna Chaber

Wydawnictwo: Czwarta Strona

Data wydania: 15 września 2021


Książkę możecie nabyć tutaj, a ja za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu:




9/24/2021

#143 Ruth Ware - Pod kluczem

#143 Ruth Ware - Pod kluczem

 Czasem tak bywa, że w moje ręce wpada książka, co do której nie mam absolutnie żadnych oczekiwań. Dzieje się tak bardzo rzadko, ale mimo wszystko takie przypadki się zdarzają. I tak właśnie było z „Pod kluczem” Ruth Ware. Książkę poleciły mi dziewczyny z wydawnictwa Czwarta Strona Kryminału i postanowiłam im zaufać. Niemniej ponieważ do poleceń podchodzę jak pies do jeża, usiadłam do tej powieści z absolutnie czystą głową. I po prostu zaczęłam czytać.




Ruth Ware - Pod kluczem


Rowan jest opiekunką do dzieci. Praca w żłobku, w którym szefostwo nie do końca jej odpowiada, nie przynosi jej jednak satysfakcji. Pewnego dnia trafia na ogłoszenie marzeń. Opieka nad czwórką dzieci, zagwarantowane lokum oraz wyżywienie plus bardzo wysoka pensja. Dziewczyna zgłasza się, pracę otrzymuje i przenosi się do starej wiktoriańskiej rezydencji usytuowanej w klimatycznej Szkocji. 


Na miejscu okazuje się jednak, że dom, choć stary, to tylko częściowo, a na dodatek właściciele, i jednocześnie nowi pracodawcy Rowan, upodobali sobie nowe technologie i cały dom jest podpięty pod aplikację, bez której nie da się nawet zrobić kawy z ekspresu. Dzieci również nie są do końca takie, jak Rowan sobie wyobrażała.


Z posady w ostatnim roku zrezygnowały aż cztery nianie. Rowan bardzo szybko przekonuje się, co było tego powodem…






Historia z dreszczykiem


Muszę przyznać, że choć szczerze nie znoszę narracji pierwszoplanowej, bo mało który autor faktycznie potrafi się nią posługiwać, to nie wyobrażam sobie, by można było tę powieść napisać inaczej. Oczywiście trzeba tu również podkreślić, że znakomitą pracę wykonała tłumaczka, Anna Tomczyk, bo nie każdy tłumacz potrafi oddać klimat pierwowzoru. Tutaj wszystko zagrało tak, jak powinno.


Przede wszystkim fabularnie mamy tu podwaliny pod jeden z najsłynniejszych horrorowych motywów, czyli nawiedzony dom. Wiemy jednak, że trzymamy w rękach thriller, a nie horror, zatem podczas lektury zachodzimy w głowę, kto stoi za wszystkimi wydarzeniami, które spotykają główną bohaterkę i jak finalnie cała sprawa się zakończy. Największym plusem jest tu jednak klimat, jaki stworzyła Ware, który choć nie wywołuje może gęsiej skórki, to jednak przy czytaniu w środku nocy, jak to było w moim przypadku, wycieczce do łazienki towarzyszył pewien dyskomfort… I to chyba największy komplement, jaki mogę tutaj napisać, ponieważ jako osoba wychowana na książkach Stephena Kinga, która czasy strachu przy lekturze ma już dawno za sobą, naprawdę czułam napięcie podczas tej lektury. A to się zdarza naprawdę wyjątkowo rzadko.


Nie do końca jestem przekonana co do zakończenia, nie kupuję go w pełni i mam pewne wątpliwości, ale nie mogę oczywiście nic powiedzieć, żeby Wam nie zepsuć lektury. 


Najważniejsze jest jednak to, że spędziłam z tą książką dwa wieczory, czytało się to świetnie i nie pozostaje mi nic innego, jak tylko powiedzieć, że po „Pod kluczem” naprawdę warto sięgnąć.


Tytuł: Pod kluczem

Autor: Ruth Ware

Wydawnictwo: Czwarta Strona Kryminału

Data wydania: 2 lipca 2020


Książkę można zamówić tutaj.


A ja za swój egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu:




9/20/2021

Najlepsze seriale na jesienne wieczory - lista

Najlepsze seriale na jesienne wieczory - lista

 Nadchodzą długie, zimne, ciemne jesienne popołudnia. A to oznacza siedzenie w domu pod kocykiem, popijanie herbaty z miodem i cytryną i… oglądanie seriali! Osobiście bardzo to lubię, a lista obejrzanych przeze mnie seriali jest już niesamowicie długa. Są jednak takie, do których bardzo lubię wracać. Niektóre szczerze uwielbiam, a inne są po prostu moim guilty pleasure. Przedstawiam Wam listę moich ulubionych tasiemców.


la reine margot

Gilmore Girls (Kochane kłopoty)


Niezmiennie, od wielu lat, mój numer jeden. Ciepły, zabawny, inteligentny, z cudownymi bohaterami, świetnym scenariuszem, absolutnie doskonałymi dialogami i rewelacyjnie dobranymi aktorami. Sezonów jest siedem, a całość widziałam już osiem razy, co chyba o czymś świadczy, prawda? 


Odpalam w listopadzie, bo skutecznie poprawia humor w ten okropny, szary i zimny miesiąc.


Dostępny na Netflixie.


Ogromnie polecam!



How I met your mother (Jak poznałem waszą matkę)


Stawiam go na równi z Gilmorkami. Choć generalnie za sitcomami nie przepadam, tak ten ma wszystko, czego mi potrzeba. Ciekawą koncepcję, świetnych aktorów (Neal Patrick Harris jest absolutnym mistrzem!), odpowiadający mi humor zrównoważony odpowiednią dawką wzruszeń i jest od pierwszego do ostatniego odcinka po prostu… kompletny.


Dostępny na Netflixie.



Desperate Housewives (Gotowe na wszystko)


Określam go „serialem o wariatkach”. Serio, główne bohaterki tego serialu są zdrowo pokręcone. Odpowiednia doza humoru, absurdu i naprawdę intrygującego scenariusza sprawia, że w ten serial nie da się nie wciągnąć.


Niestety obecnie w Polsce nie jest dostępny na żadnej platformie streamingowej, ale jak ktoś chce, to tutaj można kupić pierwszy sezon.





Breaking Bad 


Trzymająca w napięciu historia pewnego nauczyciela, który po otrzymaniu diagnozy chce zarobić „parę groszy”, które będzie mógł zostawić rodzinie, jeśli umrze… i zaczyna produkować metaamfetaminę. Warto obejrzeć całość. To świetne studium ludzkiej psychiki.


Dostępny na Netflixie.



Sons of Anarchy (Synowie Anarchii)


Historia pewnego gangu motocyklowego i cokolwiek bym o tym serialu nie napisała, to nie odda uczuć, jakie mi towarzyszyły przy oglądaniu. A uwierzcie, że nawet określenie binge-watching nie obrazuje tempa, w jakim pochłaniałam wszystkie odcinki. 


To jest serial, w którym prawdziwie „dobrych” bohaterów nie ma prawie wcale, a człowiek i tak siedzi i kibicuje tym „złolom”. Ba! Za niektórymi nawet płacze…


Jeśli to Was nie przekonuje, to może przekona Was to:


Charlie Hunnam. 


I tyle w temacie. ;)


Dostępny na Netflixie.



The Good Wife (Żona idealna)


Seriali o prawnikach nie brakuje, ale tylko ten jeden podbił moje serce. Julianna Margulies jest w roli tytułowej żony po prostu rewelacyjna. I choć scenariusz opiera się na schemacie procedurala, to zmiana zachodząca w głównej bohaterce na poziomie psychologicznym jest najlepszą częścią tego siedmiosezonowca. Warto obejrzeć do ostatniego odcinka.


Niedostępny w streamingu. Można kupić tutaj - niestety bez polskiej wersji językowej.



Gossip Girl (Plotkara)


Moje serialowe guilty pleasure. Głupie to to jest okrutnie (choć widziałam głupsze rzeczy…), ale ja ewidentnie lubię się katować oglądaniem wydumanych problemów bogatych nowojorskich nastolatków. ;) Piękni ludzie, piękne ubrania, piękny Nowy Jork. 


Serial idealny na bezmyślne leżenie na kanapie - nie wymaga specjalnej uwagi, a przyjemnie się patrzy.


Obecnie nie jest dostępny w streamingu. Ponoć ma się pojawić przy okazji premiery nowej wersji Gossip Girl na HBO Go 26 października. A jakby ktoś chciał mieć na własność wszystkie sezony, to można go nabyć tutaj (świetna cena!).





Grey’s Anatomy (Chirurdzy)


Och, cóż to był za serial! Mówię „był”, choć wciąż jest kręcony (we wrześniu startuje emisja 18 sezonu), ale osobiście uważam, że warto oglądać do 10, może 11 sezonu. Dalej odchodzi nam coraz więcej pierwotnych bohaterów i robi się po prostu nijako…


Natomiast pierwsze sezony… Rewelacja! Absolutnie kocham, a szczególnym uwielbieniem darzę Cristinę, w którą wciela się znakomita Sandra Oh. 


Dobry scenariusz, świetne dialogi, gigantyczna dawka wzruszeń doprawiona szczyptą humoru.


Niedostępny w polskim streamingu. Do kupienia tutaj.



Mam nadzieję, że znajdziecie wśród tych tytułów choć jeden, który umili Wam dłużące się jesienne wieczory.




9/15/2021

#142 Laura Barnett - Największe przeboje

#142 Laura Barnett  - Największe przeboje

Kocham książki przepełnione muzyką. Kocham książki o muzykach, nawet (a może w szczególności) tych, którzy nigdy nie istnieli. Uważam, że nie ma piękniejszej formy sztuki ani bardziej niesamowitego talentu od tego, który posiadają muzycy. Dlatego kiedy tylko widzę powieść fabularną, w której główny trzon fabularny opiera się na czyimś muzycznym talencie, od razu wiem, że muszę tę książkę przeczytać. I czasem zdarzy mi się trafić na coś tak dobrego jak „Największe przeboje”.




Laura Barnett - Największe przeboje


Jeden dzień i całe życie. Tak w skrócie można podsumować tę powieść. Jeden dzień, podczas którego Cass Wheeler wspomina całe swoje życie. A było to życie doprawdy niezwykłe… Z jednej strony. Z drugiej… pod pewnymi aspektami dokładnie takie samo jak życie tysięcy innych ludzi na świecie. Cass Wheeler boryka się z tymi samymi problemami, które mogą dotknąć każdą osobę, a sława i pieniądze wcale ich nie rozwiązują.


Historia tej utalentowanej wokalistki, choć pod wieloma względami tak różna od tego, z czym czytelnik może mieć na co dzień do czynienia, jest jednocześnie opowieścią o tym samym, co gryzie nas na co dzień. I dlatego o Cass Wheeler czyta się tak, jakby była ona gwiazdą z prawdziwego świata, a nie postacią fikcyjną. 


„Największe przeboje” nie wyłamują się ze schematu, w jakim zazwyczaj pisane są powieści o muzykach. Pod wieloma względami jest ich kalką. A mimo to jest to historia oryginalna, ciekawa i wciągająca. A przede wszystkim dająca do myślenia. Świetnie napisana, z bardzo dobrze wykreowanymi bohaterami i ciekawie poprowadzona fabularnie.


_



_


Literatura fabularna ma to do siebie (a raczej: powinna mieć), że każdy czytelnik wyciągnie z niej zupełnie co innego. Każdy inaczej ją zinterpretuje, przemielając ją przez własne schematy poznawcze, doświadczenie, poziom wrażliwości czy nawet inteligencji. Dlatego powieści, które zmuszają do refleksji cenię sobie najbardziej. Te książki, które pochłaniają człowieka nie tylko w trakcie lektury, ale też w przerwach między rozdziałami czy zmuszają do zastanowienia się nad czymś, kiedy książka już wybrzmiała, a ostatnia kropka dobitnie ją zamknęła. 


Dla mnie „Największe przeboje” nie są opowieścią o muzyce (choć jest ona obecna na każdej stronie), nie o sławie i jej rozwoju, a nawet nie o spełnianiu marzeń. Dla mnie jest to przede wszystkim powieść o przemijaniu. O tym jak czas nieubłaganie biegnie przed siebie, nie zważając na nasze problemy, pragnienia, radości i smutki. Budzimy się po prostu któregoś dnia, spoglądamy w lustro i zadajemy sobie pytanie: kiedy to wszystko minęło? 


„Największe przeboje” to powieść dla wrażliwców. Dla tych, którzy pod warstwą fabularną wyczytają coś więcej. A tutaj między wierszami jest co czytać.


Tytuł: Największe przeboje

Autor: Laura Barnett

Wydawnictwo: Czarna owca

Data wydania: 18 lipca 2018


Książkę można kupić tutaj.

Copyright © 2016 la reine margot , Blogger