9/23/2019

[Głośno myślę...] Kiedy bookstagram wejdzie za mocno, czyli o blogerach książkowych

[Głośno myślę...] Kiedy bookstagram wejdzie za mocno, czyli o blogerach książkowych
W poprzedniej odsłonie pisałam o minusach współpracy z wydawnictwami (tekst znajdziecie tu), zatem - dla zachowania równowagi i sprawiedliwości - przyszedł czas, aby się przyjrzeć drugiej stronie medalu. Blogerzy książkowi dzielą się bowiem na dwie grupy: tych rzetelnych i szczerych oraz… na całą resztę. Tak w każdym razie wynika z moich obserwacji.


Biorę je wszystkie!

Chciwość to jeden z siedmiu grzechów głównych, a blogerzy książkowi tę chciwość praktykują na każdym kroku. I o ile zrozumiałe jest, że jak zaczynają do człowieka spływać pierwsze propozycje współprac, to rzuca się na każdą jak szczerbaty na suchary, o tyle w późniejszym czasie powinna następować selekcja. Niestety moje obserwacje wskazują, że jest mnóstwo osób, które biorą wszystko, jak leci: od obyczajówki po kryminał, przez poradniki i reportaże, do literatury młodzieżowej, a nawet i dla dzieci. W tym ostatnim nie byłoby nic dziwnego, gdyby ów bloger dziecko posiadał…

Zapytacie: co w tym złego? Przecież można mieć szerokie zainteresowania!

A i owszem, można, a nawet się chwali, tyle tylko, że otrzymywanie pięciu nowych książek dziennie automatycznie równa się temu, że większość z nich nie zostanie przeczytana. 
Tak, wiem, że czasem, a nawet pokuszę się o tezę, że w większości przypadków, wystarczy książkę pokazać na Instagramie, żeby wzbudzić nią zainteresowanie - wcale nie trzeba pisać jej recenzji. W czym więc problem?

W zwyczajnym i starym jak świat oszustwie. A konkretniej: w wysypie recenzji zwanych przeze mnie „gównorecenzjami”, które z rzetelnością nie mają nic wspólnego, bo zostały napisane… bez czytania książki. To widać, serio. Teksty pełne ogólnych sformułowań, opis fabuły zerżnięty z okładki, brak wyraźnie zarysowanej własnej opinii albo - co jeszcze gorsze - opinia brzmiąca: „fajnie się czytało, polecam!”…

Tego typu „recenzji” jest całe mnóstwo, nawet duże i znane konta bookstagramowe mają na swoich kontach takie teksty, co jest tym bardziej przerażające i - moim zdaniem - obrzydliwe, że w większości książki, o których pisze się w takich recenzjach nie mają opinii neutralnej, a pozytywną… Czyli: „widać, że nie przeczytałem/am, ale i tak Wam polecę, przecież nie napiszę źle, bo… nie czytałem/am”…

A najzabawniej jest wtedy, kiedy czytamy taką opinię, która została napisana przez osobę, która daną książkę objęła patronatem. I wzięła za to pieniądze.

…i wszystkie chwalę!

Nie znam ani jednej osoby, która w ciągu ostatniego roku nie trafiła na choć jedną lekturę, która nie przypadła jej do gustu. Tymczasem w blogowym światku książkowym zdaje się, że większość blogerów czyta same dobre książki… Szczerze zazdroszczę! Ja nawet przy solidnej selekcji, jakiej dokonuję podczas zamawiania egzemplarzy recenzenckich, przynajmniej raz na jakiś czas trafiam na zgniłe jajo. A po opisie fabuły naprawdę sądziłam, że skorupka jest nienaruszona i że środek będzie cacy…

Okazuje się jednak, że naprawdę da się czytać wyłącznie książki „genialne”, „rewelacyjne”, „majstersztyki”, a każda jest lepsza, niż poprzednia.

Dlaczego? Ano dlatego, że zdaje się, że żyjemy w czasach, kiedy książka jest przedmiotem niebywale kosztownym, dlatego trzeba się kurczowo trzymać współpracy recenzenckiej i pisać same dobre opinie, bo nie daj Boże wydawnictwo obrazi się za szczerość (patrz: felieton o wydawcach) i zostanie się bez książek! No przecież nie można sobie na to pozwolić, bo nie stać nas na ich kupowanie…

Oczywiście jest też możliwość, że ktoś jest po prostu mało wymagający i faktycznie wszystko mu się podoba, ale niestety wiarygodność blogerów jest coraz bardziej bliska zeru, a ja osobiście ufam tylko kilku osobom, bo wiem, że są szczere w swoich poleceniach.

Wydawnictwo takie złe!

Nikt nie lubi ludzi, którzy narzekają. A ja nie lubię ludzi, którzy narzekają, bo dostali coś za darmo, ale poczta/kurier to zmaltretował i jest jazda na całego, jakie to wydawnictwa są be i fuj, że nie stać ich na lepsze zapakowanie książki i że w ogóle (uwaga, autentyk!) „ja nie będę robić zdjęć książce, która ma zagięty róg, bo mi to popsuje wygląd feedu na Instagramie!”.

Oczywiście nie jest fajne, kiedy książka dociera w kiepskim stanie. Ale jeszcze gorsza jest publiczna niesprawiedliwa chłosta. Można udostępnić stories i napisać, że poczta czy kurier zawaliły, co faktycznie jest nie do przyjęcia i nie powinno tak wyglądać, ale zwalanie winy na wydawnictwo i publiczne ogłaszanie, że są beznadziejni i że w ogóle jak tak można jest moim zdaniem bardzo nie na miejscu. W firmach są różne ustalenia, różne budżety i osoby odpowiedzialne za wysyłkę mogą nie mieć żadnego wpływu na to, że jedyną dostępną dla nich opcją pakowania jest koperta bąbelkowa, która - jak wszyscy wiemy - rzadko kiedy przeżywa w całości starcie z bezwzględną machiną Poczty Polskiej, gdzie paczki traktuje się gorzej niż worki z ziemniakami…

Nie zapominajmy również o tych, którzy narzekają, że dostali książkę z pieczątką w środku albo z autografem autora (a owszem, tacy również się zdarzają…), bo przecież książki nie można później sprzedać… Ach, złe te wydawnictwa, oj, złe!

…a autor jeszcze gorszy!

Wyobraźcie sobie, że można być do tego stopnia bezczelnym, małostkowym i mściwym, żeby napisać do autora z pretensjami, że wydawnictwo nie zaproponowało blogerowi patronatu i że w ogóle „dlaczego, przecież ja jestem taki zajebisty?!”, a później - w ramach zadośćuczynienia za krzywdę, jakiej ów bloger z tego tytułu doznał - nie zrecenzować książki WCALE? I wiecie, to wina tego biednego autora, że wydawca „źle” wybrał patronów. Pomijam już kwestię tego, że ów bloger wcale jakimś specjalnym fanem wcześniejszych książek autora nie był, a objęcie książki jego patronatem kończy się jedynie na zorganizowaniu jednego czy dwóch rozdań…

Blogerzy potrafią również żebrać u pisarzy o ich książki, bo „ja bym bardzo chciał/a przeczytać, proszę mi wysłać!”, czego nawet komentować nie będę, bo jest to dla mnie zwyczajnie żenujące.

Wielu, a w mojej opinii zbyt wielu, blogerów książkowych strasznie zadziera nosa. Wydaje się, że skoro mają więcej niż 10k obserwujących na Instagramie, to oni są już KIMŚ i to kimś ważniejszym od pisarza. Tak jakby napisanie opinii o książce było wyczynem znacznie bardziej wymagającym niż napisanie książki…

Dajcie, dajcie jeszcze!

Czyli wieczne żebranie… „Drogi wydawco, organizuję rozdanie z okazji moich urodzin, daj książkę…”. „Drogi wydawco, organizuję rozdanie, bo wstało dzisiaj słońce, daj książkę…”

Żeby nie było - nie mam nic przeciwko rozdaniom i konkursom. Pod warunkiem, że ich głównym celem jest promocja konkretnego tytułu, czy autora. Czy nawet wydawnictwa. Nie rozumiem za to ściągania dziesiątek książek od różnych wydawnictw po to tylko, żeby je rozdać na łapu capu wedle własnego widzimisię, co nie służy promocji nikogo innego, jak… samego siebie. „Patrzcie, jaki/a jestem super i daję wam książki!” Oczywiście nikt się na to nie obruszy, bo przecież można dostać książki za darmo, ale dlaczego wydawnictwa się na to zgadzają? Tego nie rozumiem.

Inną kwestią jest zbieranie książek od wydawców na promocję na przykład jakiegoś kryminalnego festiwalu - wtedy taki bloger promuje nie tylko siebie, ale również taką akcję. I to jest jak najbardziej ok.

Dajcie mi patronat, a ja… nie zrobię nic

Pomijając kwestię tego, że nie rozumiem tego całego patronowania i rzucania się blogerów na to, żeby ich logo znalazło się na okładce książki (nie znam nikogo, kto by patrzył na patronów i później wchodził na te strony…), to w większości przypadków wygląda to tak, że blogerzy nie robią absolutnie nic, żeby taką książkę faktycznie promować. Oczywiście uogólniam, bo są takie osoby, które rzeczywiście są zachwycone daną lekturą i chcą się tym zachwytem podzielić z innymi, ale większość robi absolutne minimum, czyli recenzja plus rozdanie. Czyli to samo, co robi multum ludzi, którzy patronami nie są… Ale w gruncie rzeczy ciężko mieć o to pretensje, jeśli pozostali patroni medialni (portale, gazety itp.) dają kiepski przykład. I tu powinno wkroczyć wydawnictwo i zadbać o to, żeby ta promocja miała ręce i nogi. No ale to już oddzielny temat, który zresztą poruszałam kiedyś w innym tekście.

Kupię sobie followersów i lajki, to dostanę więcej książek

Doszliśmy do punktu, w którym ciężko będzie mi nie rzucać mięsem. Proceder znany wszystkim, a i tak nadal popularny. I tak, dotyka również bookstagrama - zarówno polskiego, jak i zagraniczne. Punkt, który osobiście mnie boli (i nie tylko mnie), bo człowiek ciężko pracuje, przykłada się, rozwija w robieniu zdjęć, prowadzi rzetelnie bloga, a jakaś Karyna kupi sobie obserwatorów, zapisze się do jakiejś lajkowej grupy wsparcia, wrzuci gówniane zdjęcie i bęc! Współprace się sypią z lewa i prawa… Oczywiście tutaj jest sporo winy wydawnictw i braku znajomości narzędzi do sprawdzenia konta, albo nawet i zwyczajnych zasad działania social mediów. To widać, a osoby, które faktycznie obserwują takie konta, zwyczajnie dają się nabrać i dają przyzwolenie na takie praktyki. Kiedy tymczasem same często mają lepsze zdjęcia i kontent, a tym samym są zwyczajnie pokrzywdzone przez - nie bójmy się nazwać tego po imieniu - oszustów.

...



To tylko kilka przykładów, ale takich najbardziej rzucających mi się w oczy. Zdaję sobie sprawę, że ktoś się może po tym tekście obrazić, chociaż wytykałam palcami osoby, których już nie ma w gronie moich obserwatorów i których ja sama nie obserwuję - głównie ze względu na powyższe powody. Starałam się napisać ten tekst bardzo ogólnie, a jeśli ktoś poczuje się osobiście dotknięty… to znaczy, że trafiłam. Oczywiście nie musicie się ze mną zgadzać, macie do tego pełne prawo, tak jak ja mam prawo do wypowiedzenia swojego zdania. I właśnie to zrobiłam narażając się pewnie wielu osobom, które klikną „unfollow”. No coż, życie. 

9/22/2019

#89 Gabriela Gargaś - Kiedyś się odnajdziemy

#89 Gabriela Gargaś - Kiedyś się odnajdziemy
Myśl o przeczytaniu którejś z powieści Gabrieli Gargaś chodziła za mną od dłuższego czasu. Z literaturą kobiecą jest mi jednak nieco nie po drodze, dlatego ciągle odkładałam to na bliżej nieokreślone „później”. Ponieważ jednak kryminały i thrillery nieco mi się przejadły, a Czwarta Strona złożyła mi propozycję zrecenzowania najnowszej powieści autorki, stwierdziłam, że jest to dobry moment na spróbowanie czegoś innego. I tym sposobem w moje ręce wpadło „Kiedyś się odnajdziemy”. 

la reine margot


Gabriela Gargaś - Kiedyś się odnajdziemy 


Wyjątkowo posłużę się opisem fabuły z okładki, bo choćbym nie wiem, jak długo myślała, to nie jestem w stanie dodać do niego nic od siebie…

Janka ucieka z ogarniętego wojną Wołynia i musi zostawić młodszą siostrę u obcej rodziny. Obiecuje, że po nią wróci, lecz w tamtym czasie każde pożegnanie może być już na zawsze. I wtedy los stawia na jej drodze inną małą dziewczynkę, która została na świecie zupełnie sama. Czy Janka pokocha ją jak własną siostrę?
W Warszawie Tadek poznaje Annę, w której niebieskich oczach można się zatracić. Rodzące się uczucie wystawi na próbę więź łączącą go z najlepszym przyjacielem. Jaką cenę zapłaci za podjęte decyzje?
Po latach drogi Janki i Tadka się połączą. Tych dwoje doświadczyła wojna, ale przed nimi jeszcze całe życie…
Kiedyś się odnajdziemy to opowieść o miłości, która potrafi przetrwać największe cierpienie, stracie, której nie można przeboleć, i błędach, które trudno wybaczyć.

Nie moja bajka


Miałam ogromny dylemat, co napisać w tej recenzji. Z jednej strony okazało się bowiem, że ze stylem autorki jest mi zupełnie nie po drodze. Już podczas lektury pierwszych kilkunastu stron prawie zgrzytałam zębami. Gabriela Gargaś ma tendencję do nadużywania zdrobnień, których nie znoszę. O ile w pierwszym akapicie było to wręcz wskazane i który zapowiadał naprawdę przyjemną lekturę, o tyle dalej nie było według mnie niczym uzasadnione. 

Jestem w stanie jednak zrozumieć, dlaczego autorka ma rzesze oddanych fanek i co w jej powieściach może się podobać. Po pierwsze: czyta się to ekspresowo. Jeśli więc ktoś lubi relaks z akompaniamentem szelestu szybko przewracanych kartek, to Gargaś sprawdzi się na bank. Po drugie: jak już wspomniałam, jest to literatura typowo kobieca, a więc naszpikowana naiwnością, nadzieją i generalnie, choć niby ocierająca się o II Wojnę Światową, jest to powieść skonstruowana z przepoetyzowanych emocjonalnych opisów. A to większość kobiet lubi. 

Ja do nich nie należę.

Tytuł: Kiedyś się odnajdziemy
Autor: Gabriela Gargaś
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Liczba stron: 445
Data wydania: 14 sierpnia 2019


Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu:


9/21/2019

[Głośno myślę...] Kiedyś było lepiej, czyli jak zmieniły się zasięgi na Instagramie

[Głośno myślę...] Kiedyś było lepiej, czyli jak zmieniły się zasięgi na Instagramie

Jakiś czas temu u którejś z samozwańczych specjalistek od Instagrama przeczytałam, że Instagram wcale nie zmienił algorytmów. Bardzo mnie zdziwiło to stwierdzenie i nie daje mi spokoju. Głównie dlatego, że ludzie łykają takie bzdury jak pelikany i później chodzą i powtarzają. Nie mam oczywiście żadnego dowodu w postaci „pracownik IG powiedział, że…”, ale wystarczy odrobina pomyślunku i obserwacji. Po wyzwaniu Dominiki z @kobiecafotoszkola mogę na własnym przykładzie pokazać Wam, że coś jednak z tą zmianą algorytmów jest na rzeczy.


Wyzwania zwiększają zasięgi na Instagramie


Zacznę od wyjaśnienia, czym jest wspomniane wyzwanie. Dominika prowadzi kursy fotograficzne i dwa razy do roku organizuje na Instagramie #wyzwaniekfs. Przez pięć dni wszyscy chętni publikują zdjęcia na zadane przez Dominikę tematy i wzajemnie się odwiedzają przeglądając posty pod przypisanymi hasztagami - lajkują i komentują. W całości chodzi zarówno o naukę fotografii (Dominika codziennie wysyła newsletter z praktycznymi informacjami, prowadzi live na Instagramie z poradami itd.), jak i o zabawę, ale także o to, by się wzajemnie inspirować, poznawać i... jak by nie było: zwiększać swoje zasięgi. 

Pierwszy raz wzięłam w tej zabawie udział w marcu tego roku. Bawiłam się świetnie - zarówno podczas przygotowywania zdjęć, ale też po ich publikacji. Ilość polubień i komentarzy, a także przyrost nowych obserwatorów przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Na podobne efekty liczyłam również tym razem. Niestety Instagram wie lepiej i wyzwanie nie spełniło moich oczekiwań. Poniżej tłumaczę dlaczego.

Porównanie marzec vs wrzesień


Weźmy jedno ze zdjęć, które opublikowałam podczas marcowej edycji wyzwania. 

lareinemargotpl

Celowo nie używam tutaj postu, który zdobył wtedy ze wszystkich moich zdjęć największą ilość polubień, bo chcę Wam to pokazać na przeciętnym zdjęciu.

Zdjęcie nie jest brzydkie, ale też - nie oszukujmy się - nie jest to nawet jedna z lepszych moich prac. Dzięki wyzwaniu Dominiki dostało aż 971 serduszek. To rewelacyjny wynik.

lareinemargotpl

Spójrzmy jednak na zasięgi, bo to nas najbardziej interesuje:

la reine margot
Zdjęcie dotarło do 4635 indywidualnych użytkowników, z czego aż 74% mnie w tamtej chwili nie obserwowało. 74% to bardzo, bardzo dobry wynik.

Ale żeby wiedzieć, co tu się zadziało, musimy wejść w te statystyki trochę głębiej. 

lareinemargotpl


3572 wyświetlenia z hasztagów to naprawdę sporo jak na takie zdjęcie. Domyślam się (bo jeszcze w Polsce nie mamy opcji sprawdzenia w statystykach, które hasztagi pomogły nam najbardziej), że najlepszą robotę zrobiły tutaj hasztagi związane z wyzwaniem, bo w całej akcji chodzi o to, żeby odkrywać - nie tylko swoje umiejętności, ale też inne zdolne osoby. Co istotne, po tym zdjęciu zaczęło mnie obserwować 8 nowych osób. Podczas całej edycji wyzwania (5 dni) przybyło ich 72. 

W tamtym czasie miałam (przed wyzwaniem) 4444 obserwatorów.

Teraz spójrzmy na zdjęcie, które w nowej edycji wyzwania zdobyło najwięcej polubień.

la reine margot
la reine margot


(Uwaga, pro tip! Jak dodasz dwa zdjęcia, to osoby, które zobaczą je za pierwszym razem i nie zareagują, za jakiś czas na swoim głównym feedzie zobaczą drugie z Twoich zdjęć, które być może spodoba im się bardziej i wtedy klikną serduszko 😉).

Liczba polubień:

lareinemargotpl


Zasięg: bida z nędzą… 

la reine margot


Wyświetlenia:

lareinemargotpl


Zasięg z hasztagów jest co najmniej żenujący. Dodam, że są tu hasztagi, które zawsze pomagały mi z zasięgiem. Na zdjęciach są również lubiane przez moich stałych odbiorców elementy: regały oraz stosy książek.

Oczywiście o gustach się nie dyskutuje i być może ludziom się te zdjęcia nie podobają - przyjmuję  taką możliwość. Tyle tylko, że w pierwszą godzinę zdjęcie miało prawie 300 polubień, co oznacza, że algorytm powinien wypuszczać je dalej - poza grono moich obserwatorów. Tymczasem zasięg, a przede wszystkim wyświetlenia z hasztagów pozostają na żałosnym poziomie.


Im więcej obserwujących, tym gorzej


Obecnie obserwują mnie 5343 osoby.

I tutaj jest miejsce na mój wniosek, który klarował się już od jakiegoś czasu. Odkąd przekroczyłam 5000 obserwujących (a przekroczyłam dwa razy, ponieważ raz wyczyściłam konto z obserwatorów, którzy obserwują tysiące kont, mają nieaktywne konta itd.) moje zasięgi poleciały na łeb na szyję. Widzę sporo osób, które mają 1000-3000 obserwujących i ich zdjęcia mają znacznie więcej polubień. 

Można wnioskować, że użyłam słabych hasztagów. 

Problem polega na tym, że niedawno przeprowadziłam test. Kilkukrotnie zrobiłam podobne zdjęcia (oczywiście nie kopiując czyjejś pracy, a nie oszukujmy się - ręka z kubkiem na tle biblioteczki nie jest jakoś mega oryginalnym pomysłem, tak jak selfie z czaszką czy flatlay z nogami i śniadaniem na łóżku…) i użyłam tych samych hasztagów, co ktoś z mniejszym kontem, kto pod takim zdjęciem miał blisko tysiąc polubień. U mnie się nie sprawdziło.

A i ja więcej polubień (z wyzwaniem czy bez) zdobywałam, kiedy miałam znacznie mniejsze grono obserwatorów.

Konkluzja jest zatem taka, że owszem, istnieją algorytmy, które ograniczają zasięg. I choćby nie wiem co - nie przeskoczymy tego. A jak mi nie wierzycie, to zajrzyjcie na jakieś konto kogoś kto ma 5-20k obserwujących i zwróćcie uwagę, że liczba polubień waha się (w zależności od jakości zdjęcia) między 5 a 10%. Rzadko kiedy przekraczając 10%. A należy wziąć pod uwagę fakt, że przecież polubienia zgarnia się nie tylko od osób, które nas obserwują.

Zatem nie wierzcie w bajki, że zmiana algorytmów to bzdura.

A przede wszystkim to dzisiaj chyba trzeba już po prostu przyjąć, że „jest jak jest” i zamiast walczyć o zasięgi i polubienia, wrócić do traktowania tego wszystkiego z przymrużeniem oka i po prostu wyciskać z tego fun! I wierzcie mi, że rozumiem, jeśli się frustrujecie, bo ja sama zgrzytam zębami. Nie po to wszyscy się staramy, żeby nasze prace widziała garstka ludzi, do których równie dobrze moglibyśmy wysłać fotografie w prywatnej wiadomości. Tak samo, jak nie po to klikamy „obserwuj” na czyimś koncie, żeby później nie widzieć jego postów. Niestety ta frustracja do niczego nie prowadzi i niczego nie zmieni. 

Dlatego właśnie ja od niedawna zmieniam nieco mój profil na Instagramie i też trochę zaniedbałam spójność. Stawiam po prostu na to, co mi się podoba i co sprawia mi radość. I to samo polecam Wam.


Back to basics.

9/20/2019

#88 Steve Cavanagh - Wkręceni

#88 Steve Cavanagh - Wkręceni



Już na wstępie przyznam, że zostałam przez autora wkręcona. Chwyt był prosty, żeby nie powiedzieć: tani, a i tak złapałam się na ten haczyk jak ryba na przynętę. Żeby było zabawniej, cały czas miałam w głowie myśl: „nie, to nie może być takie proste, przecież podał mi to na tacy na początku książki!”. I faktycznie: nie było.

Steve Cavanagh - Wkręceni


JT LeBeau to światowej klasy powieściopisarz. Jego książki sprzedają się w milionowych nakładach na całym świecie i… nikt nie wie, kim naprawdę jest. Autor nie udziela wywiadów i nie pokazuje się publicznie. Maria Cooper pewnego dnia przypadkowo trafia na wyciąg z konta swojego męża. Na kartce widnieją ogromne sumy, a kobieta po krótkim śledztwie dochodzi do wniosku, że jej mąż jest sławnym pisarzem. Wraz z kochankiem postanawia małżonka zaszantażować i zażądać rozwodu z solidnym wynagrodzeniem. 

Sensacja goni sensację


Na tym opisie muszę poprzestać, bo dalej pojawiłyby się spoilery. Czytelnik niby wie od początku, kto kryje się pod pseudonimem JT LeBeau, ale sprawa nie jest tak prosta, jak mogłoby się wydawać. Steve Cavanagh zdecydowanie lubuje się w sytuacjach sensacyjnych, a jego powieść jest nimi naszpikowana. Nie ma tu miejsca na nudę i od początku do końca główkowałam, o co tu naprawdę chodzi. Jeśli jednak mam być szczera - nie bolałoby mnie, gdybym się nie dowiedziała.

„Wkręceni” to dość przeciętny thriller z kilkoma spektakularnymi zwrotami akcji, które jednak nie ratują tej powieści. Autora nieco poniosła fantazja, a wprowadzenie rozwiązań rodem z filmu sensacyjnego klasy B nieszczególnie trafiło w moje gusta… Czyta się tę książkę dość szybko i chciałabym powiedzieć, że przyjemnie, jednak zgrzyty fabularne wywołują zgrzytanie zębami. Ale żeby nie było tak negatywnie, mogę powiedzieć, że jest to książka idealna na przykład na podróż pociągiem czy samolotem, kiedy nie ma się ani chęci ani potrzeby na lekturę bardziej wymagającą. „Wkręceni” to typowe czytadło, które pozwala na moment oderwać się od rzeczywistości i dać się ponieść opowieści. A akurat umiejętności opowiadania autorowi odmówić nie można.

Moja ocena: 👍👍/5

Tytuł: Wkręceni
Autor: Steve Cavanagh
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 416
Data wydania: 14 sierpnia 2019

Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu:


9/18/2019

#87 Jakub Małecki - Horyzont

#87 Jakub Małecki - Horyzont
lareinemargotpl
W stylu Małeckiego zakochałam się przy „Nikt nie idzie” (recenzja tutaj), do której to książki początkowo - nie będę oszukiwać - przyciągnęła mnie okładka. Jestem okładkową sroką, a ta estetyka bardzo przypadła mi do gustu. Całe szczęście okazało się, że wnętrze jest jeszcze piękniejsze, a autor swoją niezwykłą zdolnością do przekazywania emocji za pomocą liter szturmem wdarł się na listę moich ulubionych polskich twórców. „Horyzont” zatem był bardzo przeze mnie wyczekiwany i zanim wpadł w końcu w moje ręce, nie wiedziałam nawet, o czym ma opowiadać. Po prostu Małeckiego biorę w ciemno i z całą pewnością, zaprzeczającą wielu moim doświadczeniom, otwieram książkę wiedząc, że będzie dobra. Tak zwyczajnie i po prostu dobra. Później następuje lektura, a ja od pierwszej strony zmieniam zdanie. „Horyzont” to nie jest książka „dobra”. „Horyzont” to emocjonalna uczta na najwyższym poziomie.

Jakub Małecki - Horyzont


„Horyzont” to opowieść o dwójce ludzi, których los rzucił do jednego budynku na warszawskim Mokotowie. On, Mariusz, zwany Mańkiem - były żołnierz cierpiący na zespół stresu pourazowego po Afganistanie. Trzydziestokilkulatek-emeryt, który nie bardzo wie, co zrobić dalej ze swoim życiem. Ona, Zuzanna, zwana po prostu Zuzą - dwudziestokilkuletnia kobieta pracująca w korporacji i zajmująca się swoją schorowaną babcią. Babcią, która bierze ją za swoją córkę i pewnego dnia mówi coś, przez co dziewczyna odkrywa, że historia jej rodziny kryje jakąś tajemnicę. 

Tej dwójki teoretycznie nic poza miejscem zamieszkania nie powinno łączyć. A jednak mają ze sobą dużo wspólnego. Oboje definiują się przez pryzmat przeszłości, nie bardzo wiedząc, co zrobić z przyszłością.



Gwarancja emocjonalnego rozbrojenia



Pozornie autor opowiada o nudnej egzystencji człowieka, który całymi dniami nic nie robi, a jedyną jego rozrywką jest picie alkoholu z sąsiadką. A jednak Małecki porusza w swojej książce ważki temat zmagania się z wojennymi doświadczeniami. To jest coś, czym nikt z nas się nie interesuje, a jedyna styczność, jaką ze sprawą mamy, to ewentualnie filmy o PTSD - uwaga! - amerykańskich żołnierzy. Bo kogo obchodzi trauma Polaków, którzy pojechali do Afganistanu walczyć w cudzej wojnie? Tymczasem ci, którzy wrócili, wrócili do innego świata. Do świata, w którym ludzie mają inne doświadczenia, inne marzenia i porozumiewają się innym językiem. Autor w bardzo sugestywny sposób, posługując się narracją pierwszoosobową, oddaje, jak pełne marzeń życie żołnierza PRZED zmienia się w bezsensowną i bezcelową egzystencję PO. Tęsknota za normalnością i poszukiwanie samego siebie w starej, a jednak nowej rzeczywistości i próby budowania relacji z innymi ludźmi, którzy przecież nie rozumieją i nigdy nie zrozumieją, tworzą bolesną opowieść. Nasz bohater spisuje swoje wojenne przeżycia w książce, na której napisanie zgodził się jedynie ze względu na dużą zaliczkę, która wraz z (nie oszukujmy się, ale nędzną) wojskową emeryturą pozwalają mu się utrzymać. Owa książka stanowi jego spowiedź, a jednocześnie jest jego katharsis. Dla czytelnika zaś jest lekcją tego, co niewyobrażalne.

Autor w wywiadach powtarza, że nie rozumie, dlaczego ludzie mówią, że jego książki są smutne. Ja sama również określiłam „Nikt nie idzie” jako powieść, z której kart wyziera właśnie smutek. I choć „Horyzont” wycisnął ze mnie kilka łez, muszę przyznać, że teraz rozumiem. Bo choć obie historie faktycznie wypełnione są promilami smutku, to między wierszami można znaleźć również okruchy nadziei. I być może to one właśnie sprawiają, że cała opowieść jest taka magiczna.

Proza Małeckiego ma w sobie trudną do opisania delikatność, a jednocześnie zostawia czytelnika wymiętego emocjonalnie. Nie umiem tego określić inaczej niż mianem „magii”, a Małecki czaruje słowami tak skutecznie, że podejrzewam go o konszachty z jakimiś siłami wyższymi. Bo przecież słowa jak słowa - każdy ich używa, a jedynie w rękach Małeckiego zmieniają się one w zdania przepełnione emocjami. 
„Horyzontu” się nie czyta. 
„Horyzont” się czuje. 
Całym sobą.


Moja ocena: 👍👍👍👍👍👍/5

Tytuł: Horyzont
Autor: Jakub Małecki
Wydawnictwo: SQN
Liczba stron: 336
Data wydania: 18 września 2019

Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu:


9/17/2019

#86 Maurizio De Giovanni - Bękarty z Pizzofalcone

#86 Maurizio De Giovanni - Bękarty z Pizzofalcone
lareinemargotpl
Czytałam już kryminały niemieckie, norweskie, szwedzkie, duńskie, angielskie, amerykańskie, francuskie, hiszpańskie i oczywiście polskie. W tym roku już drugi raz w moje ręce trafił kryminał włoski. I muszę przyznać, że żałuję, że Włosi byli mi dotychczas znani jedynie z makaronów i piłki nożnej.






Maurizio De Giovanni - Bękarty z Pizzofalcone


Do cieszącego się złą sławą komisariatu w Pizzofalcone, jednej z dzielnic Neapolu, trafia nowa ekipa policjantów. Każdy z nich jest swego rodzaju wyrzutkiem i albo ma na sumieniu jakieś działania niezgodne z regulaminem albo został tam zesłany, bo dotychczasowy szef zwyczajnie go nie lubi. Czy to oznacza, że mamy do czynienia z bandą degeneratów, którzy nie potrafią dostosować się do reguł panujących w policji? Absolutnie nie! Za każdym nazwiskiem kryje się przekonująca historia, a z czasem (a raczej z kolejnymi przewracanymi kartkami) czytelnik darzy tytułowe bękarty coraz większą sympatią oraz szacunkiem. 

Policjanci na wygnaniu


Główna sprawa kryminalna, którą otrzymują do rozwikłania policjanci z Pizzofalcone nie jest jakoś szczególnie intrygująca, ale autorowi udaje się złapać czytelnika na haczyk już podczas przedstawiania mu głównego bohatera, Giuseppe Lojacono oraz pozostałych „bękartów”. To nowe, tworzące się relacje i wiszące nad posterunkiem widmo zamknięcia i niewiadoma dotycząca w takiej sytuacji przyszłości zesłanych tam policjantów sprawiają, że czytelnik zostaje przykuty do książki i z zainteresowaniem śledzi przebieg wypadków. A także trzyma kciuki, żeby śledztwo zakończyło się sukcesem. 

Na pewno wrócę do Włoch


Choć „Bękarty z Pizzofalcone” to druga część cyklu z inspektorem Giuseppe Lojacono, nawet bez lektury poprzedniego tomu, czytelnik orientuje się w sytuacji. De Giovanni zadbał bowiem, by na początku książki umieścić wystarczającą ilość informacji o wcześniejszych wydarzeniach, żeby nowy czytelnik nie czuł dyskomfortu podczas lektury.

„Bękarty z Pizzofalcone” to nie jest kryminał wybitny. Ale przyzwoity na tyle, bym mogła go Wam polecić z czystym sumieniem. A ja sama z wielką przyjemnością wrócę jeszcze do Neapolu.

Moja ocena: 👍👍👍/5

Tytuł: Bękarty z Pizzofalcone
Autor: Maurizio De Giovanni
Wydawnictwo: Muza
Liczba stron: 384
Data wydania: 17 lipca 2019


Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu:

9/16/2019

#85 Soren Sveistrup - Kasztanowy ludzik

#85 Soren Sveistrup - Kasztanowy ludzik
lareinemargotpl
O tym, że Skandynawia to kraina kryminałem płynąca, nikogo chyba przekonywać nie trzeba. Każdy miłośnik kryminału zna na pewno takie nazwiska jak Nesbo, Larsson czy Lackberg. Oczywiście nie każdy musi lubić twórczość powyższych autorów, tak jak nie każdy szwedzki, duński czy norweski kryminał będzie naprawdę dobry. Jednak osobiście odnoszę wrażenie, że nawet przeciętna powieść kryminalna, która wychodzi spod pióra pisarzy z północy Europy, to książka nieporównywalnie lepsza od znacznej większości tych angielskich czy - niestety - polskich. A „Kasztanowy ludzik” jest tego kolejnym przykładem.

Soren Sveistrup - Kasztanowy ludzik


W Kopenhadze grasuje morderca. Na ofiary wybiera kobiety, które pozornie nic ze sobą nie łączy. Za to morderstwa łączy ze sobą pozostawiany na miejscu zbrodni kasztanowy ludzik, dzięki któremu policja szybko wiąże te sprawy z porwaną rok wcześniej córką minister sprawiedliwości. Dziewczynka została nieoficjalnie uznana za zmarłą. Nowa sprawa zasiewa jednak - zarówno w policjantach, jak i w rodzicach - ziarno niepewności i nadziei, że dziecko jest wciąż całe i zdrowe. 

Bohater vs bohater


Soren Sveistrup skonstruował swą powieść na znanych wszystkim fanom kryminałów schematach. Mamy tu bowiem klasyczne zagranie dotyczące dwójki głównych bohaterów. Jeden z nich, Hess, zostaje tymczasowo zesłany do wydziału kopenhaskiej policji ze służby w Europolu. Druga bohaterka, policjantka Thulin, której wspomniany Hess zostaje przydzielony jako partner, oczywiście nie jest tym faktem zachwycona. Relacje pomiędzy nimi przez dłuższy czas są napięte, a niechęć Thulin do Hessa przez większą część powieści sprawia, że śledztwo zamiast iść do przodu, stoi w miejscu. Osobiście jestem nieco zmęczona używaniem przez pisarzy tych samych zagrywek i z wielką przyjemnością przeczytałabym powieść, w której śledztwo prowadzone jest przez policjantów, którzy się lubią, szanują i poszliby za sobą w ogień. I wcale nie uważam, że w takiej sytuacji nie dałoby się podkładać bohaterom kłód pod nogi i utrudniać rozwiązania sprawy, ale domyślam się, że byłoby trudniej konstruować fabułę. Niemniej relacje pomiędzy bohaterami, chodzenie własnymi ścieżkami i fakt, że tylko jednemu z nich - choć na początku nic na to nie wskazywało - zależy na rzetelnym doprowadzeniu sprawy do końca, sprawiają, że w powieści bez przerwy coś się dzieje, a czytelnik nie powinien się nudzić.


lareinemargotpl


Mam jednak mieszane uczucia, co do całości. Z jednej strony bohaterowie zachowują się w bardzo prawdopodobny i ludzki sposób, bowiem każdy przedkłada tu własne egoistyczne potrzeby nad relacje w pracy czy dążenie do rzetelnego zakończenia śledztwa. I to jest ogromny plus tej powieści, bo autorowi udaje się przywarami swoich bohaterów irytować czytelnika do tego stopnia, że ten tym zachłanniej czyta kolejne rozdziały. Z drugiej strony jednak bardzo wątpliwe wydaje mi się, żeby policjantka śledcza trafiając na podejrzany samochód zaparkowany nieopodal miejsca zbrodni całkowicie go zignorowała wyłącznie dlatego, że ktoś do niej zadzwonił. I nie, nie był to telefon z super ważnym tropem w sprawie toczącego się śledztwa...

Lepszy niż niejedna pozycja z TOPki znanej księgarni


„Kasztanowy ludzik” pełny jest sprzeczności, podobnie jak pełna ich jest moja recenzja. Ogólnie rzecz biorąc kusi mnie, żeby powiedzieć, że jest to książka przeciętna. Jak jednak powiedziałam na samym początku - skandynawski przeciętniak to i tak dużo lepsza lektura, niż większość polskich czy angielskich. Jeśli mielibyście wybrać jakieś mroźne (if you know what I mean 😉) klimaty, to północna Europa zdecydowanie wygrywa.

lareinemargotpl
Moja ocena: 👍👍👍/5



Tytuł: Kasztanowy ludzik
Autor: Soren Sveistrup
Wydawnictwo: W.A.B.
LIczba stron: 560
Data wydania: 2 października 2019




Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu:



Copyright © 2016 la reine margot , Blogger