8/03/2020

#126 Robert Małecki - Żałobnica

#126 Robert Małecki - Żałobnica

Pamiętam, jakby to było wczoraj, swoje pierwsze spotkanie z twórczością Roberta Małeckiego. Był rok 2017, właśnie wybrałam się na Krakowskie Targi Książki, a na czas poza targami zabrałam ze sobą debiutancką książkę Małeckiego, „Najgorsze dopiero nadejdzie”. Jeszcze nie zdążyłam nawet do niej zajrzeć, ale przez nieuwagę zostawiłam ją w torebce i cały dzień ją ze sobą targałam. Jakbym wierzyła w takie rzeczy, to powiedziałabym, że to był znak, bo była to znakomita lektura, która sprawiła, że dziś Robert Małecki należy do grona moich ulubionych polskich pisarzy. I choć druga seria spod pióra Małeckiego nie do końca wpasowała się w moje czytelnicze gusta (i przyznaję - przeczytałam jedynie pierwszą część), bacznie śledzę rozwój literackiej kariery autora i niecierpliwie czekałam na jakąś powieść stand alone. I właśnie się doczekałam.


la reine margot


Robert Małecki - Żałobnica


Anna właśnie została wdową. Jej mąż zginął w wypadku, a wraz z nim śmierć na miejscu poniosła pasierbica Anny. Wydawać by się mogło, że to największy problem bohaterki i powód do smutku, tymczasem Anna ma na głowie znacznie więcej kłopotów. Kobieta bowiem obraca się w sieci kłamstw i tajemnic, a największa z nich ciągnie się za nią od wielu lat…


O fabule "Żałobnicy" można oczywiście powiedzieć znacznie, znacznie więcej, jednak odnoszę wrażenie, że każda, choćby pozornie niewinna informacja o tym, co dzieje się w tej książce, może zepsuć jej odbiór. Dlatego pozwoliłam sobie na bardzo oszczędny opis, abyście i Wy mogli wpaść w zastawione przez Małeckiego pułapki.


la reine margot


Thriller psychologiczny?


To nie jest Robert Małecki, do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni. Nie znajdziemy w „Żałobnicy” ani żmudnego śledztwa jak w przypadku historii z trylogii o Grossie, ani sensacyjnych rozwiązań fabularnych z serii o Benerze. Czego zatem możecie się spodziewać po najnowszej powieści autora?


„Żałobnica” to niby thriller psychologiczny, aczkolwiek ja bym ją jednak postawiła przy dobrej literaturze obyczajowej. Do thrillera brakuje jej nieco napięcia, poczucia zagrożenia, które wyziera z kart powieści, a czytelnik pożera zdania łapczywie, byle jak najszybciej dowiedzieć się, kiedy główny bohater będzie już bezpieczny. Czegoś tu zabrakło, co jednak w żaden sposób nie wpłynęło na przyjemność obcowania z lekturą. 


Małecki nastrój w „Żałobnicy” kreuje niespiesznie, akcja nie leci tu na łeb na szyję, co ma swoje plusy. Czuć tutaj, jak bardzo całość jest przemyślana. I choć w połowie lektury już chciałam powiedzieć, że wiem, jak to wszystko się skończy, autor fachowo zagrał mi na nosie i poprowadził akcję w zupełnie innym kierunku. I chwała mu za to!


Nie mogę powiedzieć, że poczułam sympatię do głównej bohaterki, ale prawda jest taka, że bohater nie musi być sympatyczny. On ma być dobrze i wiarygodnie skonstruowany. A Anna, tytułowa żałobnica, taka właśnie jest.


Mam wrażenie, że Małecki zrobił naprawdę duży krok do przodu i nie miałabym nic przeciwko temu, żeby w jego dalszym dorobku pojawiały się już wyłącznie pojedyncze książki. Czuję, że z jednej na drugą byłyby one coraz lepsze. 


Ja już zatem wyczekuję Małeckiego w kolejnej odsłonie, a Wam polecam „Żałobnicę”. Nie będziecie żałować!


Tytuł: Żałobnica

Autor: Robert Małecki

Wydawnictwo: Czwarta Strona

Data wydania: 12 sierpnia 2020


Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu:



7/21/2020

#125 Kerry Fisher - Matka (prawie) idealna

#125 Kerry Fisher - Matka (prawie) idealna
Jeśli chodzi o filmy, to komedie romantyczne są moim absolutnym guilty pleasure. Uwielbiam te urocze historyjki zawsze oparte o ten sam schemat: ona poznaje jego, zakochują się w sobie, następuje jakiś dramatyczny moment, przez który ich drogi na moment się rozchodzą, a później dostajemy słodki happy end. Każda komedia romantyczna wygląda dokładnie tak samo, różni się jedynie koncepcją fabularną, ale mechanizm pozostaje taki sam. W książkach wygląda to identycznie, tylko niestety najczęściej nie da się tego czytać - styl, język, poziom inteligencji bohaterów nierzadko pozostawiają wiele do życzenia. Dlatego obawiałam się lektury „Matki (prawie) idealnej”, bo spodziewałam się przesłodzonej historii z irytującymi bohaterami. Całe szczęście moje obawy zostały rozwiane już podczas lektury pierwszych stron.

lareinemargotpl

Kerry Fisher - Matka (prawie) idealna


Maia reprezentuje klasę robotniczą. Mieszka w biednej dzielnicy z dwójką dzieci i partnerem, który zamiast szukać pracy, wyleguje się na kanapie i oczekuje, że Maia na wszystko zarobi. Kobieta tymczasem urabia sobie ręce po łokcie sprzątając domy bogatych ludzi.

Pewnego dnia Maia odbiera telefon od prawnika jednej z kobiet, u których sprzątała. Okazuje się, że starsza pani zapisała jej w spadku niemałe pieniądze. Jest jednak jeden haczyk: pieniądze mogą zostać przeznaczone wyłącznie na jeden cel, a mianowicie na posłanie dzieci Mai do prywatnej szkoły.

Maia oczywiście przyjmuje spadek, w końcu chce, by jej dzieci miały lepszy start w życie, niż ona sama. Okazuje się jednak, że sprawa wcale nie jest tak prosta, jak mogłoby się wydawać. Nauka w prywatnej szkole wiąże się bowiem ze sporymi dodatkowymi wydatkami, a na leniwego partnera Maya oczywiście liczyć nie może.

Posłanie dzieci do prywatnej szkoły, poza oczywistą zaletą zapewnienia im wartościowej edukacji, niespodziewanie przynosi również plusy w postaci nowej przyjaciółki, a także zainteresowania jednego z nauczycieli…

Przyzwoita komedia romantyczna


Oczywiście można przewidzieć, jak się ta historia skończy, ale Fisher zapewnia nam po drodze trochę fabularnych niespodzianek, które sprawiają, że powieść czyta się z ogromnym zainteresowaniem. Styl autorki jest lekki i przyjemny, przez strony mknie się z prędkością błyskawicy, a perypetie głównej bohaterki miejscami wywołują co najmniej uśmiech, choć przyznaję, że były momenty, kiedy lektura doprowadziła mnie również do chichotu. I bynajmniej nie szyderczego.

„Matka (prawie) idealna” to naprawdę bardzo przyjemna komedia romantyczna, która - jak przystało na ten gatunek - działa na wyobraźnię i budzi marzycielską stronę naszej natury. Polecam wszystkim, którzy potrzebują oderwania od rzeczywistości i mają ochotę na coś lekkiego, ale zgrabnie napisanego. 

Tytuł: Matka (prawie) idealna
Autor: Kerry Fisher
Wydawnictwo: Literackie
Data wydania: 15 lipca 2020


Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu:


7/16/2020

#124 Przemysław Semczuk - Cyklon

#124 Przemysław Semczuk - Cyklon
Od jakiegoś czasu można zauważyć wzrost zainteresowania pisarzy tematyką II Wojny Światowej. W samym tylko styczniu tego roku wyszło kilkanaście mniej lub bardziej fabularyzowanych pozycji opartych na wydarzeniach związanych z tamtymi czasami. Od tamtej pory pojawiło się oczywiście wiele nowych, a ostatnio swoją premierę miał „Cyklon” Przemysława Semczuka.

lareinemargotpl

Przemysław Semczuk - Cyklon


Jeden pogrzeb, jedna stypa, kilku kluczowych uczestników i wiele tajemnic, które po raz pierwszy ujrzą światło dzienne. Dwie siostry, które większość swojego czasu przeżyły nie wiedząc o swoim istnieniu. Jedna z nich poszukuje odpowiedzi na temat swojego pochodzenia i powodów oddania jej do adopcji. Druga jej w tym pomaga, sama dowiadując się przy tym, jak wiele z tego, w co całe życie wierzyła, jest nieprawdą.

Historia oparta na faktach


Nie włożyłabym „Cyklonu” pomiędzy powieści obozowe. Określiłabym to raczej jako powieść, która zaledwie ociera się o tamte wydarzenia, choć faktycznie sednem całej historii jest właśnie okres II Wojny Światowej. 

Semczuk uplótł zgrabną opowieść, która prowadzi czytelnika krok po kroku do - niestety - spodziewanego rozwiązania. Trudno powiedzieć, czy każdy czytelnik domyśli się rozwiązania zagadki, mnie niestety finał niczym nie zaskoczył. 

Chciałabym powiedzieć, że jest to powieść świetnie napisana, ale nie mogę - za bardzo czuć w niej reporterskie zacięcie pisarza, brakuje emocji, które ta historia powinna w czytelniku wzbudzać. Dialogi i niektóre opisy są miejscami „płaskie” i proste. Po skończonej lekturze można wręcz odczuć rozczarowanie, że ta opowieść została odarta z uczuć bohaterów. Potencjał miała bowiem ogromny.

Nie mogę jednak powiedzieć, że to zła lektura i nie chciałabym także nikogo do niej zniechęcać. Biorąc pod uwagę fakty za nią stojące i świetny research autora, który czuć na każdej stronie, uważam, że jest to pozycja warta uwagi. 

Styl Semczuka może i jest oszczędny, przez co całość mieści się na niecałych trzystu stronach, nie można jednak powiedzieć, że jest to czytadło, które wchodzi w jeden wieczór i można o nim zapomnieć. Na uwagę zasługuje tu przede wszystkim konstrukcja powieści i sposób, w jaki autor odsłania przed czytelnikiem kolejne kawałki układanki za pomocą kilku perspektyw, z których każda dokłada kolejny puzzel do całokształtu prawdziwej historii kryjącej się pod ogromną siecią kłamstw i pozorów. 

Gdyby położyć większy nacisk na warstwę psychologiczną i emocjonalną, „Cyklon” mógłby być naprawdę znakomity. Mimo to jest książką, po którą naprawdę warto sięgnąć.


Tytuł: Cyklon
Autor: Przemysław Semczuk
Wydawnictwo: Świat Książki
Data wydania: 10 czerwca 2020


Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Autorowi oraz Wydawnictwu:

7/03/2020

#123 Taylor Jenkins Reid - Daisy Jones & The Six

#123 Taylor Jenkins Reid - Daisy Jones & The Six
Czekałam na tę książkę od momentu, w którym przeczytałam ostatnią stronę „Siedmiu mężów Evelyn Hugo”. A było to w czerwcu ubiegłego roku. Niemal trzynaście miesięcy - dla każdego czytelnika to ogrom czasu na zawieszenie autorowi poprzeczki na bardzo wysokim poziomie. Od kiedy jednak poznałam datę premiery, zaczęłam obawiać się, czy aby jednak nie mam zbyt wygórowanych oczekiwań i czy lektura mnie nie rozczaruje. Wczoraj książka w końcu trafiła w moje ręce i po rozpoczęciu lektury zdałam sobie sprawę, że jej konstrukcja jest dość nietypowa i zaczęłam lekko kręcić nosem. Jednak fakt, że już dzisiaj pojawia się recenzja, dobitnie świadczy o tym, że wszystkie moje obawy zostały rozwiane już po kilku stronach. 

lareinemargotpl

Taylor Jenkins Reid - Daisy Jones & The Six


„Daisy Jones & The Six” to opowieść o powstaniu zespołu The Six, do którego dołączyła po jakimś czasie wokalistka Daisy Jones. Jest to historia miłości do muzyki, ale też narkotyków i niekończących się imprez. W końcu, jest to opowieść o drodze na szczyt, widoku, jaki się z niego rozpościera, a także o wszystkim tym, co może sprawić, że widok, choć piękny, nie zastępuje prawdziwego życia i nie rozwiązuje problemów. To losy ludzi, którzy stworzyli coś niesamowitego i osiągnęli niebywały sukces. I musieli za to zapłacić.

Kraina rock’n’rollem płynąca


Już przy „Siedmiu mężach Evelyn Hugo” (recenzja tutaj) mówiłam, że gdyby każda prawdziwa biografia była pisana tak dobrze, to nie w ogóle nie sięgałabym po inne gatunki literackie. Przy „Daisy Jones & The Six” autorka przeszła jednak samą siebie. Nie można pominąć tutaj faktu, że zarówno Reid, jak i jej redaktor i wydawca wykazali się nie lada odwagą i pewnością siebie publikując powieść fabularną w formule wywiadu z członkami zespołu i ich bliskimi. I choć pomysł wydaje się nieco absurdalny i można pomyśleć, że skoro nie mówimy tu o realnych postaciach, prawdziwych sławach, to zabraknie nam tego dreszczyku emocji, który towarzyszy każdemu człowiekowi, który zagląda za kulisy. 

Na przekór temu Reid stworzyła nie tylko naprawdę wciągającą i fascynującą historię, ale sprawiła też, że podczas lektury człowiek całym sobą pragnie usłyszeć muzykę tworzoną przez Daisy Jones & The Six. Jakim wspaniałym przeżyciem byłoby czytanie tej powieści przy akompaniamencie rytmu perkusji, emocjonujących zawodzeń gitary i elektryzujących głosów Daisy Jones i Billego Dunne’a! Ponieważ jednak mamy do czynienia z fikcją, jeśli tylko jesteśmy wystarczająco wrażliwi muzycznie, możemy sobie te wszystkie dźwięki wyobrazić.

Daisy Jones & The Six mogliby istnieć naprawdę. Gdyby mi nie powiedziano, a tylko dano tę książkę do przeczytania, zarzekałabym się, że taki zespół musiał istnieć. I szukałabym ich nagrań w internecie. 

Choć forma, jaką autorka wybrała do przekazania nam tej historii, w teorii nie pozwala na silne oddziaływanie na wyobraźnię czytelnika, przysięgam, że Reid udało się sprawić, że ja tę muzykę słyszałam. 

Głośno i wyraźnie. 

Tytuł: Daisy Jones & The Six
Autor: Taylor Jenkins Reid
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Data wydania: 15 lipca 2020

Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu:


7/01/2020

#122 Ilaria Tuti - Śpiąca nimfa

#122 Ilaria Tuti - Śpiąca nimfa
Rok temu czytałam debiutancką powieść Ilarii Tuti, „Kwiaty nad piekłem”. Nie szalałam z zachwytu, ale naprawdę bardzo podobał mi się zarówno styl autorki, pomysł na fabułę, jak i kreacja głównych bohaterów. Dlatego cieszyłam się bardzo, kiedy w moje ręce wpadła kolejna część, bo choć z kryminałami jest mi ostatnio bardzo nie po drodze, Tuti dodałam do listy wyjątków. 

lareinemargotpl

Ilaria Tuti - Śpiąca nimfa


W „Śpiącej nimfie” wraz ze znanymi nam z poprzedniej części bohaterami, Teresą Battaglią i Massimo Marinim, podążamy tropem obrazu, który został w całości namalowany ludzką krwią. Autor dzieła jest schorowanym starcem, który z wyboru od wielu lat nie wypowiedział ani jednego słowa, dlatego Teresa i Massimo muszą szukać innych śladów, które mogłyby im pomóc w rozwiązaniu zagadki, która ma swoje źródło w wydarzeniach z czasów II Wojny Światowej. Nie ułatwiają im tego prywatne problemy, z którymi się borykają. 

Szału nie ma...


Opisuję fabułę bardzo oszczędnie, żeby nie napisać nic, co mogłoby zepsuć lekturę komuś, kto z tą serią jeszcze nie miał do czynienia. Nie ułatwia mi to zadania napisania opinii na temat tej powieści, ponieważ wątek obyczajowy dotyczący osoby Teresy Battagli jest tutaj najciekawszą częścią i przyznam szczerze, że gdyby nie on, to chyba bym przez tę powieść nie przebrnęła…

O ile główna oś fabularna, czyli historia obrazu, a więc tytułowej „Śpiącej nimfy”, na początku bardzo mnie zaintrygowała, o tyle im głębiej w tę opowieść wchodziłam, tym bardziej traciłam zainteresowanie. Całość jest bardzo spójna i, mówiąc kolokwialnie, trzyma się kupy, ale gdzieś w połowie powieści zaczęła się robić zbyt zagmatwana i śledzenie naszych policjantów, jak jeżdżą w tę i z powrotem zwyczajnie mnie nużyło. Nie chcę nikogo zniechęcać, problem bowiem może być we mnie, bo od jakiegoś czasu kryminały mi kompletnie nie leżą…

Jest jedna rzecz, która mi w tej powieści naprawdę bardzo nie podeszła. Jest ona bowiem napisana strasznie poetyckim językiem. Wszelkie opisy natury, pogody czy uczuć zdawały mi się wręcz przepoetyzowane. Nie wiem, na ile jest to winą tłumaczenia, a na ile samej autorki, ale kiedy czytałam zdania w stylu: „głęboki jak otchłanie ludzkiej duszy”, to po prostu przewracałam oczami. A tego typu kwiatków jest w tej książce tyle, że oczy się o nie non stop potykają.

Wspomnę również, że w żadnej książce nie widziałam tyle razy słowa „wszakże”, co tutaj. I tak, naprawdę mi to przeszkadzało.

Całość oceniam jako przyzwoity kryminał, ale niestety bez szału i z przykrością stwierdzam, że za dwa, może trzy tygodnie, nie będę już pamiętała, o czym była ta książka. A szkoda, bo liczyłam, że przełamie moją obecną niechęć do gatunku.

Tytuł: Śpiąca nimfa
Autor: Ilaria Tuti
Wydawnictwo: Sonia Draga
Data wydania: 10 czerwca 2020


Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu:


6/18/2020

#121 Nathan Hill - Niksy

#121 Nathan Hill - Niksy
Są takie książki, które muszą swoje odczekać. Odstać na regale, zebrać trochę kurzu, stracić zapach świeżego druku. I gdyby książka miała uczucia, to mogłaby nawet stracić nadzieję, że ktoś ją w końcu weźmie do rąk, położy na opatulonych kocem kolanach i będzie pieścił opuszkami palców jej strony i zachłannie spijał wydrukowane na nich litery. „Niksy” tę nadzieję pewnie straciły już dawno. Aż tu nagle, zupełnie niespodziewanie, bez zapowiedzi, zostały zdjęte z półki i przeczytane od deski do deski. Nie za jednym posiedzeniem, w końcu mają grubo ponad osiemset stron, ale ktoś się nimi zajmował przez kilka dni, przedłużając ich przyjemność z bycia w centrum zainteresowania. Ktoś delektował się nimi i zachwycał, po czym gładząc ich okładkę odstawił je z powrotem na ich miejsce. Tym razem jednak nie było smutno wracać pomiędzy inne książki. Bo zarówno „Niksy”, jak i czytelnik, są w pełni usatysfakcjonowani obcowaniem ze sobą przez tych kilka dni.

lareinemargotpl

Nathan Hill - Niksy


Samuel jest dorosłym mężczyzną, który nigdy nie przebolał, że matka opuściła go, kiedy miał jedenaście lat. Wszystko, co od tamtej pory zrobił w swoim życiu, było - bardziej lub mniej świadomie - podporządkowane marzeniu o tym, by pokazać jej, że wcale nie była dla niego ważna i świetnie poradził sobie bez niej.

Prawda jest jednak taka, że Samuela można by określić mianem nieudacznika, który wcale ze swojego życia nie jest zadowolony. 

Pewnego dnia splot okoliczności sprowadza jego matkę z powrotem do jego życia. Samuel zaczyna grzebać w jej przeszłości, a dawne wydarzenia rzucają światło na powody jej odejścia. Wcale jednak nie jest powiedziane, że Samuel je zrozumie.

Poza przeszłością jego matki, otrzymujemy również wgląd w dzieciństwo samego Samuela sprzed jej odejścia. W dzieciństwo i wydarzenia, które będą miały swoje konsekwencje w dorosłym życiu mężczyzny.

Literatura wyższych lotów


Od pierwszej strony wiedziałam, że trzymam w rękach książkę wyjątkową. Objętość nieco mnie przerażała, jednak z tak grubymi powieściami, które okazują się być naprawdę dobre, jest jak z przyzwoitym serialem - człowiek przywiązuje się do bohaterów znacznie bardziej, niż w przypadku powieści o połowę chudszej.

Nathan Hill napisał powieść, której najmocniejszą stroną jest warstwa psychologiczna. Tym, co najbardziej u Hilla uderza i co można wyczytać między wierszami, jest straszny fakt tego, jak bardzo wzorce z dzieciństwa (lub ich brak) i proces pierwszych socjalizacji wpływają na całe nasze życie: na poglądy i przekonania, a finalnie - na nasze zachowania. Jak bardzo nasze życie determinuje to, co przytrafia nam się w dzieciństwie i na czym - siłą rzeczy wynikającą z wieku i braku dojrzałości - nie za bardzo jesteśmy w stanie się uczyć. Nie wspominając o niezwykle potrzebnym przepracowaniu traum, które jako dzieci odbieramy zupełnie inaczej, bo ich nie rozumiemy. 

lareinemargotpl

Mistrz długich zdań 


Uwielbiam długie zdania. Jeśli są prawidłowo złożone i zachowują sens, a do tego nie składają się z niepotrzebnych słów, tylko faktycznie niosą treść, a ta z kolei zabarwiona jest odpowiednią dawką emocji, jest to miód na moje czytelnicze serce i prawdziwa uczta dla umysłu. Kiedy więc na kartach tej powieści napotkałam zdanie zajmujące, ni mniej ni więcej, a SZESNAŚCIE STRON, zdanie, które miało charakter zarówno informacyjny, jak i emocjonalny, nie miałam wyjścia i musiałam uznać Nathana Hilla za mistrza. Niewielu jest bowiem pisarzy, u których byłabym w stanie to zaakceptować. W „Królu” Twardocha trafiłam kiedyś na zdanie długości mniej więcej trzech czwartych strony i nie mogłam przez nie przebrnąć. U Hilla tymczasem nie dość, że wręcz chłonęłam czytane słowa, to również z każdą przewracaną kartką odczuwałam emocje, które autor w tym jednym, niesamowicie długim zdaniu zawarł. Brak kropki odnotowałam już na pierwszej stronie, na drugiej zaczęłam wątpić, czy owej kropki jednak nie przegapiłam, a po trzeciej już musiałam przekartkować cały rozdział, żeby się upewnić w swoich podejrzeniach.

Szesnaście stron. Mistrzostwo. 

I tu nie mogę nie pogratulować tłumaczowi, Jerzemu Kozłowskiemu, bo przekład jest po prostu znakomity!

Nie obyło się bez minusów


Jedyny zarzut, jaki mogę wobec tej powieści wystosować, jedyna rzecz, która naprawdę mi przeszkadzała, to sporadycznie powtarzający się oddzielny zapis „nie” z przymiotnikami. Oczywiście przy 850 stronach można by powiedzieć, że to drobiazg, że kilka razy pojawił się taki błąd, jednak mnie takie kwestie bardzo irytują. Literówki jestem w stanie wybaczyć - zdarza się, wiem z doświadczenia, że czytając tekst kilkukrotnie, nawet przez kilka osób, czasem po prostu nie da się czegoś nie przegapić. Takie błędy są jednak dla mnie bardzo rażące, zwłaszcza że zwykle swoją pewność poddaję w wątpliwość i albo muszę sprawę zweryfikować ze słownikiem, albo dane słowo zwyczajnie sobie gdzieś zapisać, żeby je sprawdzić ze swoją automatyczną pamięcią, albo - co najgorsze - próbuję błąd zignorować, co nigdy się nie udaje, a w rezultacie potrafię się wyłączyć podczas czytania kilku kolejnych zdań i zamiast rejestrować ich sens, toczę w myślach debatę o tym, czy faktycznie był to błąd, czy może jednak się pomyliłam... 

Pomijając jednak tę kwestię, „Niksy” to powieść, o której mogę powiedzieć, że naprawdę żałuję, że ją skończyłam i że zazdroszczę wszystkim, którzy mają ją jeszcze przed sobą.


Tytuł: Niksy
Autor: Nathan Hill
Wydawnictwo: Znak
Data wydania: 11 września 2017


Książka pochodzi z domowej biblioteczki.

6/05/2020

#120 Olivia Beirne - Lista, która zmieniła moje życie

#120 Olivia Beirne - Lista, która zmieniła moje życie
Jako miłośnik kryminałów potrzebuję od czasu do czasu sięgnąć po coś innego. Prawdę mówiąc, już od jakiegoś czasu nudzą mnie kryminały, ale to temat na inny czas. W każdym razie zwykłam robić sobie przerwy między morderstwami i śledztwami, i zazwyczaj wtedy sięgam po literaturę lekką i przyjemną. Niestety często kończy się to rozczarowaniem, ponieważ coraz trudniej trafić na lekko napisaną sympatyczną historię, która nie będzie jednocześnie… głupia. I tutaj z ratunkiem przychodzi nowa seria Wydawnictwa Albatros, Mała czarna. Znajdziemy w niej pozytywne historie, którym nie brak humoru. Najnowsza z nich, „Lista, która zmieniła moje życie” trafiła niedawno w moje ręce.



Olivia Beirne - Lista, która zmieniła moje życie


Georgia jest rysownikiem, której projekty nie widzą światła dziennego. Zamiast pokazać je swojej szefowej i rozwijać swoją pasję na zawodowym gruncie, dziewczyna wykonuje pracę asystentki, co wiąże się z wykonywaniem absurdalnych poleceń szefowej.

Kiedy siostra Georgii nagle dowiaduje się, że choruje na stwardnienie rozsiane, dziewczyna dostaje od niej listę zadań do wykonania. Zadań, których ona sama nie będzie już w stanie zrobić.

W ten sposób Georgia wkracza na drogę, która całkowicie zmieni jej życie.

Sympatyczna komedia romantyczna


Przyznam, że uwielbiam komedie romantyczne. „Masz wiadomość”, „Jak stracić chłopaka w 10 dni” czy „Love Actually”, to tylko kilka z dość pokaźnej listy moich ulubionych. Oczywiście mowa tutaj o filmach, bo aż do ubiegłego roku, kiedy to w moje ręce trafiła powieść „Współlokatorzy”, nie sądziłam, że mogę polubić również taką literaturę. Okazało się jednak, że warto się czasem oderwać od „poważnych” lektur i po prostu przeczytać coś dla rozrywki. I w ten sposób, kiedy tylko dowiedziałam się o premierze „Listy, która zmieniła moje życie”, niecierpliwie czekałam, aż trafi ona w moje ręce. Liczyłam, że podobnie jak przy wspomnianych „Współlokatorach”, po prostu przepadnę na kilka godzin. 

I tak się stało. „Lista, która zmieniła moje życie” to książka „na raz”. Jak się zacznie, tak czyta się od deski do deski. Jest miło, jest przyjemnie, miejscami naprawdę zabawnie. Oczywiście przewidywalnie, ale to jest standard wpisany w schemat gatunku, więc nie traktowałabym tego jako wadę. 

W moim odczuciu komedia romantyczna ma jedno zadanie: bawić. Pozwolić czytelnikowi oderwać się od rzeczywistości, wciągnąć i może nawet wzruszyć. I to zadanie jak najbardziej można tutaj odhaczyć. Spędziłam kilka godzin z tą książką i naprawdę bardzo dobrze się bawiłam. 

Poprzeczkę jednak podniosłam Olivii Beirne zbyt wysoko. Oczekiwałam oryginalności „Współlokatorów” i tego mi niestety tutaj zabrakło. Ogólny zarys fabuły przypomina mi zresztą czytany całkiem niedawno „Pokój wspaniałości” autorstwa Juliena Sandrela. 

To, co ostatecznie wpływa na moją pozytywną ocenę „Listy (...)”, to humor. Zdarzyły się bowiem momenty, w których chichrałam się podczas lektury na głos, a wcale nie jest łatwo do tego doprowadzić.

Bardzo polecam każdemu, kto ma ochotę na szybki i niezobowiązujący skok w bok od swoich ulubionych gatunków literackich. 

Tytuł: Lista, która zmieniła moje życie
Autor: Olivia Beirne
Wydawnictwo: Albatros
Data wydania: 20 maja 2020


Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu:


Copyright © 2016 la reine margot , Blogger