6/24/2022

#151 David Lagercrantz - Człowiek, który wyszedł z mroku

#151 David Lagercrantz - Człowiek, który wyszedł z mroku

 Jestem ogromną fanką trylogii Millenium - tej oryginalnej, napisanej przez Larssona. Nie mam jednak problemu z tym, że po jego śmierci za kontynuację zabrał się kto inny. I choć Lagercrantz moim zdaniem nie poradził sobie z uniesieniem ciężaru tak dobrze skonstruowanych bohaterów, jakimi byli Lisbeth i Mikael spod pióra ich oryginalnego twórcy, to wszystkie jego części przeczytałam i nie mogę powiedzieć, że mi się nie podobały. Trudno było mi jednak ocenić Lagercrantza indywidualnie, bez patrzenia na niego przez pryzmat historii stworzonej bez jego udziału. Kiedy zatem dowiedziałam się o premierze jego najnowszej powieści, która nie jest związana z Millenium, ucieszyłam się, że będę miała ku temu okazję.


la reine margot

David Lagercrantz - Człowiek, który wyszedł z mroku


Młoda policjantka, Micaela Vargas, na własną rękę prowadzi śledztwo w sprawie pobicia na śmierć piłkarskiego sędzi. Robi to wbrew poleceniom przełożonych i wbrew wynikom śledztwa innych, bardziej doświadczonych policjantów, którzy uważają, że już mają winnego.


Pomaga jej w tym światowej sławy profesor psychologii, Hans Rekke - człowiek, który dostrzega więcej niż inni, jednak sam zmaga się ze swoimi demonami i Micaela nie zawsze może na niego liczyć. 


Czy w tej sprawie faktycznie jest coś jeszcze do odkrycia? A może Micaela po prostu bardzo tego pragnie, ponieważ osobiście zna osobę uznaną za winną?


Przyznam szczerze, że po pierwszych kilkudziesięciu stronach miałam ochotę odłożyć tę książkę. Nie dość, że na początku Lagercrantz nie zarzuca na czytelnika żadnej przynęty, przez co czytelnik nie odczuwa ani grama ciekawości, to główna bohaterka jest… nijaka. Choć autor próbuje na wiele sposobów uczynić ją intrygującą, to do końca książki nie rozwiązuje pewnych dylematów, z którymi Micaela powinna się zmagać. Zdaję sobie sprawę, że ponieważ „Człowiek, który wyszedł z mroku” jest początkiem nowej trylogii, zapewne autor będzie te wątki rozwijał w kolejnych częściach, jednak niestety główna bohaterka w żaden sposób nie zachęca do tego, by po te powieści sięgnąć.


Na przeciwnej szali mamy jednak postać arcyciekawą - profesora psychologii, zmagającego się między innymi z depresją, Hansa Rekkego. I to właśnie on ratuje tę powieść i „ciągnie” czytelnika do ostatniej strony. I właściwie przyćmiewa główny wątek, który choć posiada początek, rozwinięcie i odpowiednią ilość mylnych tropów, to przez pierwszą połowę książki jest niesamowicie… nudny. Dopiero od połowy intryga nabiera rozpędu i zaczyna czytelnika faktycznie interesować. Gdyby jednak nie Rekke, osobiście do tej ciekawszej części nigdy bym nie dotarła.


Choć motorem napędowym tej powieści miała być para głównych bohaterów, o tyle ich kreacja jest w moim odczuciu bardzo nierówna. Rekke miał być uzupełnieniem Micaeli, a jednak w moim przypadku to wyłącznie on zasługuje tutaj na większą uwagę.


Nie mogę jednak nie wspomnieć o tym, że czuć w tej książce doświadczenie Lagercrantza jako dziennikarza śledczego, a także umiejętne wplatanie w fabułę niepokojów społecznych i kwestii polityczno-gospodarczych. Pod tym względem nie można mu niczego zarzucić, a całość stanowi przyzwoity skandynawski kryminał. Gdyby tylko sam początek tej historii był nieco lepiej skonstruowany, gdyby łapał czytelnika za gardło, a ten mógł wejść w tę opowieść z nieco większą dozą ciekawości, można by rzec, że jest to kawał bardzo dobrego kryminału. 


A tak pozostaje skwitować całość jako przyzwoitą i liczyć na to, że kolejna część nowego cyklu będzie miała jednak bardziej intrygujące wprowadzenie.


Sprawdzę.


Tytuł: Człowiek, który wyszedł z mroku

Autor: David Lagercrantz

Wydawnictwo: Wielka Litera

Data wydania: 18 maja 2022


Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu Wielka Litera.

Książkę można zamówić tutaj.

Link afiliacyjny.




6/15/2022

#150 Emily Henry - Ludzie, których spotykamy na wakacjach

#150 Emily Henry - Ludzie, których spotykamy na wakacjach

 Najpierw były bajki. Wiecie, te, w których na końcu książę musi pocałować królewnę, aby się obudziła, ewentualnie ona musi go pokochać, żeby zmienił się w bestii w powabnego księcia czy innego rycerza na białym rumaku. Później filmy dla młodzieży, gdzie ona dzięki niemu przeistaczała się z myszowatej kujonki w gwiazdę szkolnego balu. A potem przyszedł czas na bajki dla dorosłych, czyli komedie romantyczne. Schemat pozostał ten sam i od początku wiadomo, jak się cała historia skończy - trzymaniem się za ręce podczas odjazdu w stronę zachodzącego słońca. I choć jestem fanką suspensu, napięcia i zagadek, nie mam nic przeciwko temu. Bo ja po prostu kocham komedie romantyczne i zupełnie się tego nie wstydzę! Ubiegłoroczny wakacyjny hit „Beach read” Emily Henry nie zrobił na mnie wrażenia, a jednak po „Ludzi, których spotykamy na wakacjach” nie mogłam nie sięgnąć. Moja miłość do rom-kom jest nieuleczalna. 



Emily Henry - Ludzie, których spotykamy na wakacjach


Poppy jest nieco zwariowana, kolorowa, krzykliwa, uwielbia towarzystwo. Alex jest jej zupełnym przeciwieństwem. A jednak są najlepszymi przyjaciółmi i co roku wyjeżdżają razem na wakacje. Czasem są to wyjazdy totalnie budżetowe, a innym razem fundowane z budżetu magazynu, dla którego Poppy pracuje i pisze teksty o luksusowych wakacyjnych miejscówkach.


Przyjaźń zostaje jednak wystawiona na próbę podczas jednego z wyjazdów. Od tamtej pory Poppy i Alex nie rozmawiają. 


Poppy zdaje sobie sprawę, że wakacje z Aleksem to najlepsze chwile jej życia. Postanawia odnowić kontakt i prosi Alexa, żeby pojechał z nią na wakacje. Chce za wszelką cenę odbudować ich przyjaźń. Nie jest tylko pewna, czy po tym, co się wydarzyło dwa lata temu, jest to jeszcze możliwe…


„Ludzie, których spotykamy na wakacjach” mają w sobie wszystko, czego potrzeba fance komedii romantycznych. Są tu bohaterowie, których nie da się nie lubić. Są sympatyczne, niewymuszone dialogi. Są chwile na śmiech. I jest napięcie i chemia między dwójką głównych bohaterów. 


I to wszystko gra tak, jak trzeba. Emily Henry co i rusz przenosi czytelnika w przeszłość - do początków znajomości Poppy i Aleksa, przez ich najbardziej zwariowane wspólne wakacje, aż po moment, po którym przyjaźń tych dwojga zawisła na włosku. Nie traci na tym w żaden sposób opowieść współczesna, a wręcz zyskuje. Widzimy bowiem jak na dłoni, jak ta relacja ewoluowała przez ponad dekadę znajomości i mamy okazję naprawdę dobrze się jej przyjrzeć.


I choć od początku wiadomo, do jakiego finału to wszystko dąży, ta podróż od pierwszej do ostatniej strony zupełnie na tym nie traci. Jest to bowiem przepełniona ciepłem, urocza i miejscami zabawna historia, od której aż nie chce się odrywać. 



Tytuł: Ludzie, których spotykamy na wakacjach

Autor: Emily Henry

Wydawnictwo: Kobiece

Data wydania: 1 czerwca 2022


Książkę można zamawiać tutaj

Link afiliacyjny

6/07/2022

#149 Maciej Siembieda - Katharsis

#149 Maciej Siembieda - Katharsis

 Od kilku lat na polskim rynku wydawniczym, szczególnie w kategorii książek kryminalnych, sensacyjnych i thrillerów, panuje trend wydawania co najmniej dwóch książek jednego autora rocznie. Prym w tych wyścigach wiodą szczególnie dwa nazwiska, nie o to jednak chodzi, by tu winnych wytykać palcami. Wręcz przeciwnie. Idzie o podkreślenie, że na przekór modzie i dążeniu do zalania rynku bylejakością, „byle dużo”, wciąż mamy pisarzy, którzy nie muszą stawiać na ilość. I na wydawane przez nich książki czeka się dwanaście długich miesięcy. Słowem - kluczem jest tu właśnie owo czekanie. Bo przy serwowanej przez nich jakości faktycznie do tej kolejnej premiery odlicza się dni i wcale te lektury nie giną w zalewie nowości wydawniczych. Bo, cytując klasyka, jakość się zawsze obroni.

Ma to jednak jeden zasadniczy minus: im dłuższe oczekiwanie, tym… wyższe oczekiwania. A skoro tak, to tym łatwiej o rozczarowanie. 


la reine margot


Maciej Siembieda - Katharsis


Kostas, Janis, Zulus, Sacharyna. 

Czterech mężczyzn, których losy splatają się w różnych momentach tej polsko-greckiej sagi, która rozciąga się na przestrzeni ponad sześćdziesięciu lat. 

Jeden z nich pragnie zemsty na hitlerowcach za zamordowanie mu ojca. Wynikiem tych pragnień jest jego aktywność w greckiej partyzantce.

Inny jest królem przemytników. Nie ma drugiego, co ma taki łeb do interesów.

Kolejny marzy o karierze bokserskiej, co finalnie prowadzi go w szeregi milicji.

I jeszcze jeden, który pragnie mieć swój rozdział na kartach historii powojennej Gdyni.


Wszystkich łączy jedna sprawa. 

Kopalnia uranu w sudeckim Kletnie. 


„Katharsis” jest powieścią szkatułkową - złożoną z kilku historii, które z powodzeniem mogłyby stanowić oddzielne opowieści, a które autor zgrabnie spina klamrą w postaci wspomnianej wyżej kopalni uranu. Każda z tych opowieści jest niezwykle wciągająca i choć miejscami można zapomnieć o „wątku głównym”, przez co ma się wrażenie, że czyta się oddzielną książkę, im bliżej finału, tym większe robi się oczy i tym głębsze ukłony składa się w stronę geniuszu Siembiedy i sposobu, w jaki zszywa wszystkie wątki w absolutnie porywającą całość.


Nie można tu nie wspomnieć o fakcie, że u Macieja Siembiedy nigdy nie występują bohaterowie nijacy. U niego każda postać budzi emocje. Niezależnie od tego, czy są to emocje pozytywne czy nie, istotne jest to, że wobec nikogo, nawet bohatera drugoplanowego, nie można być obojętnym. Siembieda ma talent do budowania ludzi z krwi i kości, choć czyni to za pomocą liter, wyrazów i fraz. Te jednak, złożone w całość, w każdym  przypadku dają nam obraz człowieka, który równie dobrze mógłby istnieć naprawdę.


A później wrzuca tego człowieka w fikcyjną historię, która tak zgrabnie przeplata się z prawdziwymi wydarzeniami, że ciężko odróżnić jedno od drugiego. Jest to zresztą kwestia, która dotyczy każdej z książek Siembiedy. W każdej z nich bowiem czuć reporterskie korzenie autora, każda zaskakuje ilością faktów historycznych, z każdej można się dowiedzieć czegoś, czego nie uczą w żadnej szkole. Siembieda z premedytacją wrzuca swoich bohaterów w określone miejsca  w określonym czasie, podkreślając jednocześnie tło historyczne, które za każdym razem jest jakby oddzielnym bohaterem jego powieści. Bo choć są to opowieści o ludziach, tak samo ważne są tu miejsca i tak samo ważny jest moment w historii - zarówno tej fikcyjnej, jak i tej jak najbardziej prawdziwej.


I robi to wszystko w charakterystycznym dla siebie, eleganckim stylu. Wystarczy rzec, że kto raz sięgnie po którąkolwiek z powieści Siembiedy, od razu przepadnie w tej przepięknej, plastycznej, poprawnej polszczyźnie. W tych zdaniach, które z pozoru proste, mają swój rytm i tempo. Odnoszę jednak wrażenie, że z książki na książkę ów styl staje się coraz bardziej dopracowany. W „Katharsis” szczególnie czuć, że autor pozwala sobie na więcej, niż choćby w wydanych rok temu „Kukłach”. Działa to zdecydowanie na korzyść dla „Katharsis”, które porywa czytelnika i wciąga w wykreowany, a jednak tak bardzo prawdziwy świat.


Na zakończenie wróćmy może do rozczarowania, o którym wspominałam we wstępie. Nie mogę bowiem nie wspomnieć o tym, że faktycznie jestem zawiedziona. Niby wszystko tu gra, mamy przecież wciągającą historię, opowiedzianą ze swadą gawędziarza, jakim niewątpliwie jest Maciej Siembieda, mamy świetnie skonstruowanych bohaterów, mamy historyczne smaczki i prolog, który wbija w fotel. Co zatem jest z „Katharsis” nie tak?


Otóż jest ono…


Za krótkie.


Tytuł: Katharsis

Autor: Maciej Siembieda

Wydawnictwo: Agora

Data wydania: 18 maja 2022


Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Autorowi oraz wydawnictwu



Książkę można zamówić tutaj

Link afiliacyjny.





6/03/2022

#148 Jakub Ćwiek - Drelich

#148 Jakub Ćwiek - Drelich

„Nie oceniaj książki po okładce”.

Nie zliczę, ile razy w życiu słyszałam to zdanie. Nawet gdybym była dobra z matematyki, a nie jestem, to pewnie i tak nie dałoby się tego zsumować. Uznajmy zatem, że zdanie to obiło się o moje uszy wystarczająco dużo razy, by skutecznie zapaść w pamięć. Do tego stopnia, że powtarzam je sobie za każdym razem, gdy widzę okładkę, która nie wpasowuje się w moje poczucie książkowej estetyki. A tutaj oczekiwania jednak mam wysokie i choć oczywiście dobrą treść cenię znacznie bardziej niż ładną okładkę, to mimo wszystko pierwsze wrażenie ma duży wpływ na to, czy po daną książkę faktycznie sięgnę. A pierwsze wrażenie po ujrzeniu okładki „Drelicha” było, delikatnie mówiąc, negatywne. A kiedy doczytałam podtytuł… Cóż, powiem tylko, że całość odrzuciła mnie na tyle skutecznie, żeby nawet nie czytać opisu tej powieści.


I teraz sama sobie mogę powiedzieć, nie pierwszy, ale i pewnie nie ostatni raz, żeby faktycznie słuchać tej starej, często powtarzanej rady.


Nie oceniaj książki po okładce.

Bo możesz dużo stracić.


La reine margot


Jakub Ćwiek - Drelich. Prosto w splot


Marek Drelich jest zawodowym złodziejem. Skrupulatnym, zdyscyplinowanym, niezwykle punktualnym. Drelich nie robi nic bez uprzedniego ułożenia planu. A później układa co najmniej jeden plan awaryjny. Tak już ma. Jak coś ma pójść nie po jego myśli, to on musi być na to przygotowany.


Całego życia nie da się jednak zaplanować, a nieprzewidziane okoliczności potrafią zaskoczyć nawet kogoś, komu wydaje się, że ma wszystko pod kontrolą. A wtedy wszystko bierze w łeb. 


the pretty art


Wśród bohaterów książek sensacyjnych dominują dwa typy: tacy, którzy działają spontanicznie i po prostu reagują na to, co ich spotyka, i tacy, którzy biorą sprawy w swoje ręce. Jak Drelich.


Lubię literaturę sensacyjną. To gatunek, od którego nie wymagam wiele ponad wartką, wciągającą akcję. Nie zadowalam się jednak byle czym. Nie kupuję banalnych intryg, nie znoszę płaskiej kreacji bohaterów, którzy występują w powieści tylko po to, by popychać akcję do przodu. Bardzo cenię sobie choć trochę rozbudowaną warstwę psychologiczną, lubię wiedzieć, jakie są motywacje bohaterów, a także szanuję wstawki obyczajowe, które pokazują życie dookoła bohatera, a nie tylko jego samego.



Jakub Ćwiek w swoim „Drelichu” dał mi to wszystko i jeszcze więcej. Sensacja rządzi się swoimi prawami, a ja jako odbiorca niekoniecznie wymagam stuprocentowej wiarygodności. Oczekuję raczej dobrej rozrywki niż logiki. Oczywiście na absurdy reaguję proporcjonalnie, ale mam dużą tolerancję. I rzadko się zdarza, żebym jakąś historię przyjęła z całym dobrodziejstwem inwentarza, bez kręcenia nosem. Ćwiekowi tymczasem udało się napisać powieść sensacyjną, która nie dość,  że jest wiarygodna, to całkowicie logiczna, poukładana i pozbawiona fabularnych nieścisłości.


Na brawa zasługuje tu głównie kreacja samego Drelicha, ale wcale nie mniejsze wrażenie zrobiły na mnie postaci drugoplanowe. Począwszy od wszelkich zbirów, przez osoby z nimi związane, a na rodzinie Drelicha skończywszy. Nikt tu nie jest przypadkowy i nie ma osoby, która występuje wyłącznie po to, żeby główny bohater mógł coś zrobić. 


Nie czytałam wcześniej polskiej powieści sensacyjnej, która tak bardzo trzymałaby się kupy, a jednocześnie mieściła w ramach konwencji. Można by rzec, że to oksymoron, bo jednak sensacja to sensacja i umówmy się, że dla większości ludzi przeciętna fabuła gatunku to coś, z czym trudno się identyfikować i raczej kojarzy się z „rozrywkowym mordobiciem” przerywanym od czasu do czasu efektowną strzelaniną niż z historią, która ma logiczne podłoże.


Bawiłam się świetnie, co było głównym planem, a przy okazji dostałam też naprawdę fajnego bohatera w zestawie z całym jego kompletnym światem i historią, którą kupuję.


I cóż mogę powiedzieć… Czekam na więcej.


Tytuł: Drelich. Prosto w splot

Autor: Jakub Ćwiek

Wydawnictwo: Marginesy

Data wydania: 24 marca 2021


Książkę można zamówić tutaj

Link afiliacyjny.

3/01/2022

#147 Anna Górna - Kraina złotych kłamstw

#147 Anna Górna - Kraina złotych kłamstw

 Internetowe „ochy” i „achy” nad książkami nie robią na mnie żadnego wrażenia. Kiedy słyszę, że coś jest „najlepszym debiutem ostatnich lat”, to zwykle uśmiecham się z politowaniem i sięgam po cokolwiek innego. Jestem czytelnikiem wymagającym, lubiącym myśleć podczas lektury, odnajdującym luki fabularne i nieścisłości. Na internetowych polecajkach przejechałam się już tyle razy, że obecnie w nie najzwyczajniej w świecie nie wierzę. Powodów może nie będę wymieniać, bo to nie czas i miejsce, ale niewiele brakowało, żebym tej książki nie przeczytała. I byłaby to wielka strata!



Anna Górna - Kraina złotych kłamstw


Piotr Sauer to były gliniarz, który prosto z polskiej policji trafił do szwajcarskiej korporacji, gdzie siedząc za biurkiem klepie - bezsensowne według niego - prezentacje w power poincie. Nie była to jego decyzja, kierowało nim jednak dobro jego rodziny. Mężczyzna jest nieszczęśliwy, nie spełnia się zawodowo, a każdy kolejny dzień w biurze traktuje jak karę.


W pewnym momencie wszystko się jednak zmienia. Jego przyjaciel, Adam, dyrektor zarządzający w dobrze prosperującej firmie PR-owej, prosi go o pomoc. Zaginęła jego wspólniczka, Isabelle, a mężczyzna wierzy, że to właśnie Piotr będzie w stanie ją znaleźć.


Z niespodziewaną pomocą jednej z praktykantek z firmy, w której pracuje, Piotr zaczyna przyglądać się sprawie zaginięcia kobiety. Okazuje się, że była ona partnerką byłego angielskiego aktora, którego poprzednia partnerka… również zaginęła.


Czy cała ta sprawa może być tak prosta, jak się wydaje, a jej rozwiązanie tak oczywiste?







Najlepszy debiut ostatnich lat?


Górna w swoim debiucie postawiła na bardzo rozbudowane wątki, mnogość postaci i dość powolny rozwój akcji. Nie jest to jednak wadą tej historii, a jej zaletą. „Kraina złotych kłamstw” to nie jest książka dla osób lubiących „mięso”, czyli szybką akcję i jeszcze szybsze, najlepiej szokujące, zakończenie.


O nie! Anna Górna zdaje się delektować przeciąganiem tej historii, dając czytelnikowi możliwość poznania jej bohaterów i ich przeszłości. Jest to opowieść z wielkiego „O”. Taka mająca swój początek, środek i zakończenie. Wszystko wyważone i w odpowiednich proporcjach. Nic tu nie jest zrobione po łebkach, a autorka z wyczuciem dawkuje informacje niezbędne zarówno do rozwiązania sprawy teraźniejszej, jak i tej z przeszłości. Tu i ówdzie zarzuci także haczyk na czytelniczą ciekawość i nawet informacje o przeszłości głównych bohaterów nie są podane na tacy w jednym miejscu, a są raczej subtelnie wplatane w wydarzenia związane z główną intrygą. 


Bohaterowie „Krainy złotych kłamstw” są ludźmi z krwi i kości. Mają swoje zalety, ale także wady. Nikt tu nie jest nieomylny, nie ma osób nie popełniających błędów. Nie zawsze słuchają intuicji, nie zawsze też zachowują się logicznie. Mają swoje rozterki i problemy, nie żyją wyłącznie jednym tematem. Co bardzo ważne: nie ma tu też żadnego śledczego-geniusza, co w tego typu powieściach jest dość częstym zjawiskiem. Jednym słowem - są prawdziwymi ludźmi, a nie wydmuszkami stworzonymi do popychania fabuły do przodu. 


Nawet najciekawsza fabuła nic jednak nie znaczy, jeśli autor nie ma daru opowiadania. Weźmy takiego Stephena Kinga za przykład - nie każda jego opowieść mnie faktycznie interesuje, ale nawet jego najgorsze książki czytam z zapartym tchem, bo facet jest po prostu niesamowitym bajarzem i ma dar do opowiadania w taki sposób, że to się po prostu chce czytać. Nawet jeśli opisywane wydarzenia zupełnie nas nie przekonują. U Górnej, choć broń boże nie porównuję jej do Kinga, jest podobnie. „Kraina złotych kłamstw”, choć fabularnie naprawdę bardzo intrygująca, nie czytałaby się tak dobrze, gdyby była inaczej napisana. Górna potrafi w budowanie klimatu, jest świetna w opisywaniu miejsc, a jej bohaterom nie można odmówić wiarygodności psychologicznej. Wszystko tu gra tak, jak powinno. Choć głównym motywem jest tu wątek kryminalny, autorka nie zapomniała o warstwie obyczajowej, która jest tutaj naprawdę bardzo rozbudowana. I bynajmniej nie jest to wadą tej powieści. Dzięki temu zabiegowi czytelnik może naprawdę dobrze poznać bohaterów, a co za tym idzie - przywiązać się do nich. Nie jest to może kluczowa kwestia w przypadku powieści kryminalnych, osobiście jednak lubię wiedzieć, jakie są motywacje bohaterów, co nimi kieruje i jakie mają demony w swoich głowach.


Największą zaletą tej powieści jest jednak to, że… nie jest ona polska. Choć autorka jest Polką, główny bohater i jego rodzina są z Polski, to sama powieść z powodzeniem mogłaby mieć na grzbiecie zagraniczne nazwisko i nikt by się nie zorientował. Nie dość, że akcja dzieje się tu w Szwajcarii, to cały klimat jest bardzo „niepolski”. Nie ma tu smutnej, szarej rzeczywistości, która zazwyczaj występuje w polskich kryminałach. Główny bohater, choć zmaga się z problemami rodzinnymi, piętrzącymi się kłamstwami, pod którymi ukrywa swoje zaangażowanie w sprawę zaginięcia Isabelle, choć ma „wspólniczkę”, z którą sprawę rozwiązuje, jest człowiekiem samotnym i zagubionym, nie wiedzącym, co począć z własnym życiem. Nie doświadczymy tu jednak depresyjnych opisów, Górna nie serwuje nam również informacji o stanie psychicznym jej bohatera wprost. „Kraina złotych kłamstw” to powieść na poziomie światowym, wykraczająca daleko ponad to, co serwuje nam większość naszych rodzimych autorów. Konstatuję to z przykrością, ale niestety naprawdę dobre kryminały zdają się być gatunkiem wymierającym, wypieranym przez te absurdalne, niedopracowane, napisane grafomańskim językiem i stylem, a także wypełnione obrzydliwymi opisami, byle tylko zaszokować, a tym szokiem przykryć to, jak bardzo niedopracowaną książkę czytelnik trzyma w rękach. Górna całe szczęście poszła inną drogą i chwała jej za to, bo pozwala to mieć nadzieję, że polski kryminał może jednak dostarczyć jeszcze wymagającemu czytelnikowi coś ciekawego.


Nie powiem, że był to najlepszy debiut, jaki w życiu czytałam, bo nie byłoby to prawdą. Jest to jednak na pewno bardzo udany start i rzecz naprawdę warta przeczytania. A mówię to ostatnimi czasy coraz rzadziej.


Tytuł: Kraina złotych kłamstw

Autor: Anna Górna

Wydawnictwo: Czwarta Strona Kryminału

Data wydania: 26 stycznia 2022



1/31/2022

#146 Ellery Lloyd - Influencerka

#146 Ellery Lloyd - Influencerka

 O mediach społecznościowych napisano już chyba wszystko. O ich dobrych stronach. I o tych złych. O sztuczności, udawaniu, reżyserowanych scenkach. I o ogromnych pieniądzach, jakie przychodzą wraz ze wzrostem popularności. A mimo to wszyscy wciąż w tym tkwimy. W czasach pandemii tym bardziej. „Influencerka” jest zatem oczywistym wyborem lektury dla kogoś, kto tapla się na co dzień w instagramowej rzeczywistości. Bo, teoretycznie, dotyka tego, do czego wszyscy mamy dzisiaj dostęp. Z jednej strony niby to znamy, a z drugiej nie do końca. Nie każdy miał bowiem do czynienia z ogromną rozpoznawalnością, setkami darmowych giftów i… hejterami. Czytelnika do tej ksiażki przyciągnie zatem ciekawość.



Influencerka - Ellery Lloyd


Emmy Jackson ma na Instagramie milion obserwujących. Zbudowała swoją popularność na - jak sama mówi - „szczerości w byciu mamą”. Jest ona bowiem influencerką parentingową i zebrała społeczność składającą się z innych mam, które potrzebują zobaczyć, że nie tylko one sobie ze wszystkim nie radzą.


Ta masa obserwatorów nie ma jednak bladego pojęcia, że mało która anegdota opowiadana przez Emmy jest stuprocentowo prawdziwa. Nie wiedzą o tym, że wszystko, co Emmy publikuje, jest przez nią skrupulatnie zaplanowane. Kobiety traktują ją jak guru parentingu i ślepo słuchają wszystkiego, co kobieta ma do powiedzenia.


I właśnie to może doprowadzić Emmy do zguby. 


Jest bowiem ktoś, kto uważnie śledzi każdy jej ruch. Ktoś, komu Emmy wyrządziła krzywdę. I ten ktoś chce, żeby instagramowa Najnajmama zapłaciła za to najwyższą karę.



Zapowiadało się dobrze...


Za pseudonimem Ellery Lloyd kryje się dwójka autorów - Collette Lyons i Paul Vlitos. Sądzę, że miało to niemały wpływ na formę powieści, która w głównej mierze skupia się na dwóch perspektywach - Emmy oraz jej męża, Dana. I to jest zdecydowanie najciekawsza część tej książki, bowiem autorom udało się skonstruować opowieści wzajemnie się uzupełniające, a jednocześnie… wzajemnie sobie przeczące. O ile jednak Dan jest postacią z głębią psychologiczną, który przechodzi jakąkolwiek przemianę, o tyle Emmy jest postacią dość jednowymiarową i… płytką. 


_


the pretty art

_


Wątek kryminalny, który rzekomo miał wprowadzać do fabuły napięcie, jest najbardziej żenującą częścią tej książki. Autorzy wprowadzili trzecią narrację pierwszoosobową (drukowaną na dodatek kursywą, żebyśmy my, czytelnicy, przypadkiem nie przegapili tego, że czytamy narrację książkowego „złola”), która jest skonstruowana tak łopatologicznie, że inteligentny czytelnik może się poczuć traktowany jak idiota. Ja w każdym razie tak właśnie się poczułam. Nie dość, że ta osoba zwraca się w swoich wywodach bezpośrednio do głównych bohaterów, roztaczając w głowie żałosne wizje wymierzenia sprawiedliwości i kary za własną krzywdę, to na dodatek w pewnym momencie następuje długi wykład nie tyle o powodach własnego postępowania, ile o tym, jak zamierza ową sprawiedliwość osiągnąć. Krok po kroku. Jak dla debila.


Poziom żenady rośnie z rozdziału na rozdział, a raczej wraz z kolejnymi rozdziałami, w których śledzimy myśli (?) tej osoby. Bo o ile jeszcze warstwa obyczajowa jest tutaj naprawdę interesująca i z rosnącym zaciekawieniem śledzi się losy popularnej instagramerki „od zaplecza”, zagląda do jej życia rodzinnego, zauważa napięcie pomiędzy małżonkami, o tyle wątek, który miał najbardziej zachęcać do lektury tej powieści, najbardziej ją pogrążył. 


Powody osoby odpowiedzialnej za „całe zło” w życiu Emmy z jednej strony mogą być zrozumiałe, drugiej jednak - są totalnie absurdalne. Chciałabym napisać więcej, ale nie pozwala mi żelazna zasada nie umieszczania w recenzjach spoilerów. Niemniej podkreślę, że ja kompletnie tego wątku nie kupiłam, a książkę doczytałam do końca wyłącznie dlatego, że autorzy zrobili kawał dobrej roboty w przedstawieniu działań w social mediach od drugiej strony. I choć wszystko to opisane jest w sposób nieco banalny i boleśnie prosty, to czyta się to dość przyjemnie. 


Dla mnie jest to thriller klasy B. Tanie sztuczki pisarskie, stopniowanie napięcia na poziomie szkoły  średniej, a antagonista pozbawiony wiarygodności. Niemniej jestem przekonana, że fanom BA Paris czy JP Delaney „Influencerka” może się spodobać.


Otwarte zakończenie sugeruje możliwość kolejnej części.

Ja dziękuję, postoję.


Tytuł: Influencerka

Autor: Ellery Lloyd

Wydawnictwo: Marginesy

Data wydania: 12 stycznia 2022

1/18/2022

#145 John Grisham - Czas zapłaty

#145 John Grisham  - Czas zapłaty

 Jeśli nie czytaliście „Czasu zabijania” Johna Grishama, czyli pierwszej powieści autora, w której pojawia się Jake Brigance, to musicie koniecznie zrobić dwie rzeczy. Pierwszą z nich jest natychmiastowe zaprzestanie lektury niniejszej recenzji po pierwszym akapicie. A drugą - sięgnięcie po książkę. Albo nawet lepiej: obejrzenie filmu. To jedna z tych nielicznych sytuacji, w których to film robi lepszą robotę niż literacki pierwowzór. Serio: nie czytajcie tej recenzji dalej, jeśli chodzi Wam po głowie zapoznanie się z „czasowym” cyklem Grishama.


la reine margot


Nie mogę sobie odmówić porównywania tych dwóch powieści. Bo tak - „Czas zabijania” zarówno oglądałam, jak i czytałam. Film zrobił na mnie nieporównywalnie większe wrażenie, dlatego podczas lektury drugiego tomu, którym jest „Czas zapłaty”, Jake Brigance miał dla mnie twarz Matthew McConaughey’a, a i znaczna większość pozostałych bohaterów miała już w mojej głowie odpowiedni wygląd. I właśnie między innymi z tego powodu jestem tą lekturą nieco rozczarowana. Ale do tego jeszcze wrócimy.


Najpierw parę słów o fabule. 


Akcja dzieje się w latach 80. ubiegłego wieku w Missisipi. Minęło już kilka lat od głośnego procesu Carla Lee Hailey’a - czarnoskórego mężczyzny, który dokonał samosądu na dwóch białych, którzy zgwałcili, torturowali i próbowali zabić jego dziesięcioletnią córkę. Jake Brigance wygrał tę sprawę, a Hailey został uniewinniony.


Zdawać by się mogło, że tak spektakularne zwycięstwo otworzy mu drzwi do wielkiej prawniczej kariery. Tymczasem kilka lat później Brigance ledwie wiąże koniec z końcem. Nie stać go nawet na odbudowanie domu, który został spalony przez Ku Klux Klan podczas procesu Hailey’a.

Niespodziewanie do jego rąk trafia list człowieka, którego Jake Brigance nigdy nawet nie spotkał, a który w owym liście wyznacza go jako adwokata, który ma zająć się sprawą sądowego zatwierdzenia testamentu dołączonego do listu. List dociera do Brigance’a dzień po tym jak jego autor popełnia samobójstwo.


I choć samobójca zadbał o wszystkie prawne szczegóły, zatwierdzenie testamentu wcale nie będzie takie proste. Chodzi bowiem o olbrzymie pieniądze, które… zostały zapisane czarnoskórej gosposi. A takie rzeczy na Południu są przecież nie do pomyślenia!


Jake staje zatem przed zadaniem udowodnienia przed sądem i ławą przysięgłych, że autor testamentu był w pełni sił umysłowych i doskonale wiedział, co robi. Po drugiej stronie barykady znajdzie się wielu przeciwników. Chętnych do sięgnięcia po fortunę jest bowiem wielu…



Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wciśnięcie do tej fabuły Jake’a Brigance’a było ze strony autora zwyczajnym chwytem marketingowym. Bo choć schemat powieści jest taki sam, jak w przypadku „Czasu zabijania”, to niestety ani nie jest tak interesująca, ani nie niesie ze sobą takiego ładunku emocjonalnego. Nie wspominając o tym, że jest miejscami zwyczajnie nudna, a finałowi brak elementu zaskoczenia.


W „Czasie zabijania” Grisham postawił przed czytelnikiem nie lada dylemat moralny. Na jednej szali mieliśmy ojca, któremu bestialsko zgwałcono dziecko, a na drugiej morderstwo. I choć każdy empatyczny człowiek będzie stawał po stronie ojca, to jednak będzie miał świadomość tego, że opowiada się za mordercą. Nie „domniemanym mordercą”, a za człowiekiem, o którym się wie, że zabił z zimną krwią. Grisham dodatkowo podsyca ogień dokładając do fabuły bardzo rozbudowaną społeczną otoczkę: głęboko zakorzeniony w Missisipi rasizm, napady, bomby, pobicia, podpalenia i wszystko, czego dopuszczał się KKK. To wszystko zebrane do kupy zbudowało naprawdę świetny thriller. 


Tymczasem „Czas zapłaty” jest trochę odcinaniem kuponów od tamtego sukcesu. Nie uświadczymy tu żadnych sensacji, a jedyny sensacyjny wątek jest przewidywalny do bólu. To, co Grisham tu serwuje, zasługuje raczej na miano prawniczej powieści obyczajowej. Dużo jest tu bowiem o ciężkim życiu czarnoskórych na południu Stanów i o tym, z jakimi bolączkami codzienności się zmagają. Mało tu za to emocji. No bo jasne, że czytelnik chce, żeby gosposia dostała pieniądze - w końcu zostały jej świadomie zapisane przez ich właściciela, a dzisiaj większości czytelników jest już zupełnie obojętne, jaki gosposia ma kolor skóry. Zresztą Grisham stosunkowo mały nacisk kładzie na problemy rasizmu. Niby się to pojawia, ale w zupełnie innym wymiarze niż w „Czasie zabijania”.


Być może wynika to z faktu, że „Czas zabijania” Grisham wydał w 1992 roku, tymczasem „Czas zapłaty” pojawił się ponad dwadzieścia lat później, kiedy rasizm w Stanach choć nadal występuje, to jednak przejawia się zupełnie inaczej. Odnoszę wrażenie, że Grisham chciał grać na tych samych skrzypcach, co wcześniej, tylko trochę zapomniał, jak się tego instrumentu używa. 


Nie jest to bynajmniej zła książka (gdyby taka była, to bym jej nie skończyła), jednak nie sprostała moim oczekiwaniom. Ani to kryminał, ani to sensacja, ani to thriller. Spodziewałam się po prostu czegoś zupełnie innego. I choć Jake Brigance nadal ma twarz młodego Matthew McConaughey’a, to brakuje mu jego ikry i pasji. 


Szkoda, że Grisham tak potraktował swojego młodego, zdolnego prawnika. Mógł on mieć naprawdę świetlaną przyszłość.


Tytuł: Czas zapłaty

Autor: John Grisham

Wydawnictwo: Albatros

Data wydania: 1.04.2014


Książkę w nowej odsłonie graficznej można kupić tutaj


Copyright © 2016 la reine margot , Blogger