12/06/2019

Moje kosmetyczne hity 2019 roku

Moje kosmetyczne hity 2019 roku
Nie należę do kosmetycznych maniaczek. Owszem, gdyby zajrzeć do mojej łazienki czy spojrzeć na toaletkę, to jest tego wszystkiego sporo. Rzadko jednak sama z siebie siedzę w necie i wyszukuję nowości czy czytam cudze opinie o kosmetykach. Wychodzę z założenia, że każdy jest inny i to, co pasuje jednemu, drugiemu może nie służyć. Dlatego jak już coś mnie zainteresuje, sprawdzam to samodzielnie. Są też takie kosmetyki, którym po prostu jestem wierna i które towarzyszyły mi przez cały 2019 rok. Przedstawiam Wam moje osobiste kosmetyczne hity 2019 roku.

lareinemargotpl


Zestaw Coco Lips od HelloBody

lareinemargotpl


Przyznam, że napatrzyłam się na stories u Ani z @fashionablecompl i dlatego skusiłam się na zakup tego zestawu. Gdyby jednak nie obniżki na Black Friday, chyba bym tych produktów nie kupiła, bo cena regularna to prawie 140 złotych. Zważywszy na to, że zestaw składa się z dwóch słoiczków po 15 ml, uważam, że jest mocno wygórowana.

Kosmetyki są naturalne, choć przyznam, że uważam, że panuje jakaś moda na naturalne produkty, a mnie jest obojętne, z czego one są wykonane, ważne, żeby działały. Oczywiście w granicach rozsądku, ale nie oszukujmy się - wszystkie do niedawna smarowałyśmy się tą „chemią”, po której teraz tak bardzo się „jeździ”, mówiąc, że to złe, be i niedobre. O ile firma nie prowadzi testów na zwierzętach, a produkty działają, jak należy, to czy one są naturalne czy nie - wszystko mi jedno. Tak, wiem, że to mało popularna opinia. 😉

Wracając jednak do zestawu Coco Lips. Mamy tu scrub (peeling) do ust i balsam. Oba produkty pachną kokosem i muszę im oddać, że ten zapach jest obłędny. Już od pierwszego użycia wiedziałam, że to będzie mój hit. Bo poza tym, że przyjemnie się tego używa, to usta są gładziutkie i zwyczajnie ładniejsze. Naprawdę bardzo polecam!

Lakiery hybrydowe od NeoNail 

lareinemargotpl


Używam ich znacznie dłużej niż od roku i nic się nie zmieniło - nadal jest to moja ulubiona marka. Przede wszystkim według mnie firma ma najpiękniejsze kolory. Nie mogę się przyczepić do jakości, bo pięknie trzymają się na paznokciach nawet trzy tygodnie (choć zwykle zmieniam ubarwienie po dwóch 😉). Nawet w przypadku jasnych kolorów wystarczają dwie warstwy, więc do krycia również nie mam zastrzeżeń. Cały rok ich używałam i pewnie w przyszłym się to nie zmieni.

Bo po co zmieniać coś, co się świetnie sprawdza?

Podkład Timewise od Mary Kay

lareinemargotpl

Używam od dwóch tygodni, ale już wiem, że będę kupować kolejny. Dotychczas używałam nieśmiertelnego Double Wear od Estee Lauder, ale Timewise skradł moje serce. Nie dość, że mam idealnie dobrany odcień (co wbrew pozorom wcale nie jest takie proste), to podkład świetnie się rozprowadza na skórze i właściwie się w nią wtapia, dzięki czemu nie występuje efekt maski. Fluid jest również wyjątkowo trwały, co jest dla mnie ważne, bo ja bardzo często w ciągu dnia dotykam palcami twarzy i zwykle połowę makijażu sobie po prostu ścieram. Tutaj na koniec dnia nadal mój make up wygląda naprawdę przyzwoicie.

Choć jestem zwolenniczką nakładania podkładu palcami (gąbki do mnie kompletnie nie przemawiają, więcej podkładu wchłania się w gąbkę niż zostaje na buzi - próbowałam i tych tanich i drogich i jestem na „nie”), do tego podkładu mam pędzel z Mary Kay, dzięki któremu malowanie stało się jeszcze przyjemniejsze i łatwiejsze. 

***
Jestem bardzo zadowolona ze wszystkich powyższych produktów i na pewno zagoszczą one w mojej kosmetyczce na dłużej. A jeśli Wy szukacie jeszcze pomysłów na prezenty, to jestem pewna, że zdecydowana większość Pań ucieszy się z każdego z powyższych. 😊

12/04/2019

Co kupić miłośnikowi książek? Pomysły na prezenty dla książkoholików

Co kupić miłośnikowi książek? Pomysły na prezenty dla książkoholików
Nadchodzi ten czas w roku, kiedy każdy lata jak szalony po galeriach handlowych lub spędza pół dnia na stronach sklepów internetowych. Grudniowe szaleństwo zakupów i stres z tym związany może się dać we znaki i sprawić, że ominie nas magia świąt. Warto zatem przygotować się wcześniej. I tutaj oczywiście zaczynają się schody związane z tym, co kupić. Jeśli macie w rodzinie lub wśród znajomych kogoś, kto dużo czyta, zakup książki może być ryzykowny. Może się bowiem okazać, że dany tytuł już stoi u tej osoby na regale. Więc co kupić miłośnikowi książek? Oto moje propozycje pomysłów na prezenty dla książkoholików. 



lareinemargotpl

Co kupić miłośnikowi książek? Pomysły na prezenty dla książkoholików

Plakat zdrapka

Fot. zdrap.to

Taki plakat to dla książkoholika świetny prezent. Nie dość, że wygląda efektownie, to jeszcze motywuje do przeczytania klasycznych tytułów. W sklepach internetowych dostępne są różne edycje tego plakatu, jeśli jednak zależy Wam na polskiej wersji, to nabyć ją można na przykład w sklepie zdrap.to

Czytnik ebooków

Choć wiele osób zarzeka się, że woli klasyczne, papierowe książki, nie mogą oni zaprzeczyć wygodzie, jaką niesie ze sobą e-czytanie. Czytnik ebooków jest lekki, poręczny i pozwala zabrać ze sobą setki tytułów bez nadwyrężania kręgosłupa. 

Choć w pierwszej kolejności na myśl przychodzi czytnik Kindle od Amazonu, osobiście korzystam i polecam Wam czytniki firmy PocketBook. Głównie dlatego, że umożliwiają one korzystanie z abonamentu Legimi w opcji bez ograniczeń ilościowych. Na Kindle tymczasem można w miesiącu pobrać z biblioteki Legimi ograniczoną liczbę książek.

lareinemargotpl


A co jeśli ten ktoś posiada już czytnik? Zawsze można ukradkiem sprawdzić, w jakim stanie jest etui, w którym ów czytnik się znajduje i kupić nowe. 

Abonament Legimi

Netflix dla książkoholika! Miesięczny abonament w wysokości 32,99 złotych (cena promocyjna, standardowy koszt to 39,99 złotych) pozwala na nieograniczone korzystanie z zasobów Legimi. A jest w czym wybierać! W ofercie jest już 60 tysięcy ebooków. 

Wygodny sposób na czytanie dużej ilości książek bez konieczności szukania dla nich miejsca w domu i… pieniędzy w portfelu. 32,99 zł to mniej więcej koszt jednego papierowego wydania. 

Klasyka Barnes and Noble

Zdecydowana większość książkoholików to okładkowe sroki. Im ładniejsza okładka, tym większe budzi zainteresowanie. Książkoholicy lubią ładne książki. A najbardziej lubią ładne książki u siebie na regale. Piękne wydania klasyków literatury od Barnes and Noble, oprawione w skórę, na pewno ucieszą niejednego miłośnika książek.


lareinemargotpl


Książki można nabyć między innymi w Empiku czy w księgarni internetowej the bookshop.

Warsztaty pisania

A może Waszemu książkoholikowi marzy się wydać własną książkę? W takiej sytuacji świetnym pomysłem na prezent będą warsztaty pisania. Na przykład te organizowane przez Maszynę do Pisania, szkołę założoną przez Katarzynę Bondę. Warsztaty prowadzi wielu popularnych pisarzy, między innymi Robert Małecki, Marta Guzowska, Joanna Opiat-Bojarska, Łukasz Orbitowski, Mariusz Czubaj, Przemysław Semczuk czy Wojciech Chmielarz.

Kursy odbywają się w Warszawie, Toruniu, Gdańsku, Poznaniu, Wrocławiu, Pile i Krakowie.
Listę kursów na rok 2020 znajdziecie na tej stronie.

Regał na książki

Choć ciężko go będzie zmieścić pod choinką, o ile tylko osoba obdarowywana ma w swoim mieszkaniu miejsce, z regału na pewno się ucieszy. Każdy książkoholik bowiem wie, że nie ma czegoś takiego jak „za dużo miejsca na książki”. Szczególnie polecam sprawdzony i popularny regał z Ikei z serii Billy. Jak zresztą można przeczytać na stronie, regał Billy to „wybór miłośników książek, który nigdy nie wychodzi z mody”. No i spójrzcie tylko jak bosko wyglądają zestawione ze sobą regały zastawione książkami: 

lareinemargotpl


W Ikei dostępne są różne wielkości i kombinacje regałów w tej serii. Najbardziej klasycznym jest ten o wymiarach 80x28x202 cm. Regały dostępne są w pięciu kolorach: 
  • Biały
  • Czarny brąz
  • Brązowy okleina jesionowa
  • Okleina brzozowa
  • Okleina dębowa bejcowana na biało

Pomijam w swoich propozycjach wszelkie książkowe gadżety, typu kubki, zakładki, skarpetki, koszulki i tego typu drobiazgi. Przede wszystkim dlatego, że są oczywiste. Ale też dlatego, że wychodzę z założenia, że prezent pod choinką powinien być nieco bardziej imponujący (co nie znaczy, że kosztowny!) i efektowny. 

Jeśli jednak nadal macie wątpliwości, zawsze dobrym prezentem w takim wypadku będzie… karta podarunkowa do księgarni. Nie ma książkoholika, który się z niej nie ucieszy. 😀

12/01/2019

[Głośno myślę...] Nic na świecie nie jest nowe, czyli o tym, jak woda sodowa uderza do głowy

[Głośno myślę...] Nic na świecie nie jest nowe, czyli o tym, jak woda sodowa uderza do głowy


Być może, jak kilka osób kiedyś zauważyło, lubię po prostu wsadzać kij w mrowisko. Do dzisiejszego tematu mam jednak nieco inne podejście. Nie będzie tu żadnego ataku ani bronienia kogokolwiek. Będzie za to o tym, że warto zachowywać dystans do niektórych spraw. A przede wszystkim zdrowy rozsądek. 

Tytułem wprowadzenia powiem tylko, że wczoraj na bookstagramie padły niesłuszne oskarżenia o plagiat pomysłu na książkowy kalendarz adwentowy. Dlaczego niesłuszne? Nie, nie dlatego, że osoba, na którą wskazał palec jest moją koleżanką. Bo wbrew pozorom nie jest. Widujemy się sporadycznie, zazwyczaj przy okazji wydarzeń książkowych i od czasu do czasu wymienimy jakąś wiadomość na IG. Osoba po drugiej stronie za to bardzo lubi owym palcem wskazywać, kiedy coś jej się nie podoba.

Poszło o… książkowy kalendarz adwentowy. Że niby jedna wpadła na to wcześniej, a druga zerżnęła od niej pomysł. I teraz tak… Kalendarz adwentowy istnieje od tysiąc osiemset któregoś tam roku. Mamy dwudziesty pierwszy wiek i, na litość boską, nie trzeba być geniuszem, żeby wpaść na taki pomysł, żeby zamiast czekoladek, przez dwadzieścia cztery dni odpakowywać książki. Sorry, dziewczyny, ale żadna z Was nie jest w stanie zagwarantować, że wpadła na to sama, bez jakiejkolwiek inspiracji. Zwłaszcza że znane wydawnictwo również taką akcję od jakiegoś czasu prowadzi. 

Mało tego - obie akcje się od siebie mocno różnią. Jedna jest rozdaniem, druga jest pokazywaniem i polecaniem ulubionych książek kryminalnych. 

Po jaką cholerę robić z tego #instadramat?! Instagram jest duży, bookstagram także. Myślę, że większość ludzi ma totalnie wyje***e na to, że są prowadzone dwie podobne akcje. Przeszkadza to tylko osobie, która podaje, że rzekomo jest to jej AUTORSKI pomysł. No błagam…

Nie ma nic złego w tym, że dwa książkowe konta robią podobne rzeczy. To tak, jakby mieć pretensje o to, że ktoś opublikował recenzję tej samej książki. Albo że zrobił zdjęcie książki i kubka. Bo przecież to takie oryginalne! (sarkazm, jakby ktoś nie załapał 😉).

Przede wszystkim jednak chodzi mi o kulturę. Mówimy o niej, obracamy się wokół niej, ale sami jej zasad nie przestrzegamy. Wysyłamy sobie nienawistne, pełne jadu wiadomości. Wyzywamy ludzi w instastories od żałosnych. I zarzucamy publicznie plagiaty.

Nie zgadzam się na to i wyłącznie dlatego stanęłam w obronie niesłusznie oskarżonej. Nie ze względu na osobiste sympatie. Uważam, że niektóre duże bookstagramowe konta zawłaszczyły sobie pojęcie „kopiowanie” i zupełnie zmieniły jego definicję. Na taką, która pasuje wyłącznie im. Instagram, i w ogóle Internet, jest ogromny. Dzisiaj nikt nie wymyśla czegoś, co nie zostało już przez kogoś gdzieś zrobione. A jeśli nawet, to są to rzadkie przypadki.

Dużo mówi się o „kradzieży” pomysłów na zdjęcia, teraz o kradzieży pomysłu na książkowy kalendarz adwentowy. Polecam zatem wpisać sobie w Google „book advent calendar” i okaże się, że rzekoma „autorka” pomysłu wcale jednak pierwsza nie była.

Nie pierwszy raz zresztą w tym bookstagramowym światku padają oskarżenia o zrzynanie pomysłów. Tymczasem jak człowiek dobrze poszuka, okazuje się, że przed tym, od kogo niby zrzynamy, ktoś inny już zrobił… dokładnie to samo. 

Odnoszę wrażenie, że niektórym od ilości obserwatorów uderzyła do głowy sodówka. Zachęcam więc do wzięcia głębokiego oddechu i wzruszenia ramionami. Instagram naprawdę pomieści nas wszystkich. 


Przestańmy zatem skakać sobie do gardeł o byle - za przeproszeniem - gówno.

11/15/2019

#100 Nele Neuhaus - Wśród rekinów

#100 Nele Neuhaus - Wśród rekinów
Zmartwiłam się, kiedy wzięłam nową powieść Nele Neuhaus do ręki. Zawsze mam problem z takimi grubaskami, które liczą ponad sześćset stron, bo boję się, że jeśli mi nie przypadną do gustu, to utknę w nich na całe tygodnie. Chwilę więc odwlekałam tę lekturę. Ale kiedy już zaczęłam czytać, to gdyby nie ograniczenia własnego organizmu, myślę, że mogłabym wciągnąć tę powieść w jedną noc. Bo „Wśród rekinów” czyta się rewelacyjnie!

lareinemargotpl

Nele Neuhaus - Wśród rekinów


Alex Sontheim jest bankierem inwestycyjnym. Kobietą, która odnalazła się w męskim świecie rządzącym Wall Street i robi zawrotną karierę. Rozpoczyna właśnie etat w kolejnej firmie, LMI. Wspinając się po szczeblach hierarchii społecznej poznaje coraz bardziej wpływowe osoby. Obracając się w towarzystwie najbogatszych i najpotężniejszych ludzi Nowego Jorku, spotyka miliardera, Sergio Vitalego, z którym nawiązuje romans. Z każdej strony spływają do niej ostrzeżenia przed tym człowiekiem. Nawet burmistrz Nowego Jorku, Nick Kostidis, radzi jej uważać na Vitalego.

Kobieta nie zdaje sobie jednak sprawy, że ta relacja może kosztować ją wszystko, na co do tej pory pracowała. Ani że została wplątana w aferę korupcyjną o niewyobrażalnej skali.

Puzo i Grisham w spódnicy


Po przeczytaniu powyższego opisu nie myślcie sobie tylko, że to kolejna opowiastka o niby mądrej, ale jednak głupiutkiej kobiecie, która jest w stanie poświęcić wszystko, na co pracowała, dla faceta. Oj nie. Choć Alex Sontheim faktycznie potrafi zachować się głupio, to daleko jej jest do tego typu bohaterek. A wątek romansowy ma tutaj kluczowe znaczenie dla całej akcji.

Znam inne powieści Nele Neuhaus i jestem przyzwyczajona, że autorka bardzo lubi mocno rozbudowane wątki obyczajowe i w tej powieści również to znajdujemy. Co absolutnie nie jest wadą, wręcz przeciwnie! Neuhaus potrafi czytelnika przywiązać do swoich bohaterów jak mało kto. Choć chwilami zachowania głównej bohaterki były tu nieco irytujące, autorce i tak udało się sprawić, że autentycznie ją polubiłam i jej kibicowałam. I nie tylko jej.

Dawno już nie czytałam powieści, w której tyle by się działo! Patrząc na objętość tej książki, obawiałam się nudnego i ciągnącego się w nieskończoność wstępu. Tymczasem dwieście stron przeczytałam nie wiadomo kiedy i wtedy pojawiła się pierwszy raz taka myśl: „matko jedyna, tu już wydarzyło się tyle, że ja nie wiem, co Nele jeszcze może tu wcisnąć!”. I owa myśl nie opuszczała mnie prawie do samego końca.

Owszem, pewne rzeczy można było tutaj przewidzieć, nie będę mówiła, że nie. Zakończenie również pozostawia nieco do życzenia. Są to jednak niewielkie minusy w stosunku do tego, jak dobrze się tę książkę czytało.

Ostatnie zdanie powieści przeczytałam przedwczoraj. A wczoraj w ciągu dnia złapałam się na tym, że zastanawiam się, co będzie dalej. Że brakuje mi bohaterów i całej sytuacji, w którą zostali wplątani. Podobne odczucia miewam przy najlepszych serialach. I tak jak istnieje określenie binge-watching, które polega na kompulsywnym oglądaniu kilku odcinków serialu z rzędu, tak w przypadku „Wśród rekinów” doświadczyłam zjawiska binge-reading. I autentycznie mogłabym przeczytać kolejnych 750 stron tej powieści. 

„Wśród rekinów” to brawurowe połączenie tematów mafijnych z bankowością inwestycyjną. I choć akcja dzieje się około dwadzieścia lat temu, zupełnie się tego nie odczuwa. 

Dodam jeszcze, że jest to pierwsza napisana przez Neuhaus powieść. Tak, to jest debiut autorki, w który przez wiele lat nikt nie chciał uwierzyć i go wydać. Czego zupełnie nie potrafię zrozumieć, bo to jest po prostu petarda!

Także nie zastanawiajcie się dłużej, tylko bierzcie i czytajcie! Naprawdę warto.


Moja ocena: 👍👍👍👍👍/5

Tytuł: Wśród rekinów
Autor: Nele Neuhaus
Wydawnictwo: Media Rodzina
Liczba stron: 756

Data wydania: 16 października 2019

Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu:

11/04/2019

#99 Peter James - Niezbity dowód

#99 Peter James - Niezbity dowód
Okładka nowej powieści Petera Jamesa informuje o jej podobieństwie do książek Dana Browna. Prawdę mówiąc dla mnie jest to wzmianka totalnie zbędna, bowiem książek tego ostatniego nie czytałam i generalnie bardzo nie lubię narzuconego z góry porównywania do twórczości innego autora. Rozumiem zamysł pod względem marketingowym, bo miłośnicy prozy Browna mogą się rzucić na „Niezbity dowód” jak Reksio na szynkę i będzie bestseller. Z drugiej strony jest to trochę strzał w kolano, bo z kolei ci, którym „Kod Leonarda da Vinci” nie przypadł do gustu, ominą powieść Jamesa szerokim łukiem. A to byłaby wielka strata, bo to kawał bardzo przyzwoitego thrillera spiskowego. I jednocześnie jedna z najbardziej wciągających książek, jakie przyszło mi w tym roku czytać.

lareinemargotpl


Peter James - Niezbity dowód


Ross Hunter jest szanowanym dziennikarzem, u którego zjawia się emerytowany uniwersytecki wykładowca, który twierdzi, że Bóg do niego przemówił. Doktor Cook oznajmia, że jest w posiadaniu trzech zestawów współrzędnych prowadzących do miejsc, w których ukryte są relikwie stanowiące dowód absolutny na istnienie Boga. Początkowo Hunter chce zignorować Cooka i podejrzewa, że jest on zwyczajnie świrnięty. Ten jednak nie daje się łatwo zbyć i przekonuje Rossa, by ten chociaż spróbował mu uwierzyć. Wręcza mu pierwsze współrzędne z podkreśleniem, że jeśli Ross zdobędzie to, co znajduje się we wskazanym miejscu, Cook przekaże mu pozostałe dane. Niestety wkrótce doktor zostaje brutalnie zamordowany we własnym domu, a Hunter wiedziony dziennikarską intuicją, coraz bardziej wciąga się w sprawę. Prowadząc swoje śledztwo naraża się jednak wielu osobom i instytucjom. Na świecie jest bowiem cała masa ludzi, którzy zrobią absolutnie wszystko, by zdobyć relikwie.

Czy Bóg naprawdę istnieje?


Choć „Niezbity dowód” liczy sobie sześćset stron, czyta się go błyskawicznie. Po pierwsze dlatego, że na kartach powieści dzieje się bardzo dużo. Wprowadzenie w fabułę wymaga skupienia, jednak wiele ułatwiają krótkie rozdziały, które nadają tej powieści dynamizmu. Po drugie, akcja pędzi na łeb, na szyję i nie daje ani chwili oddechu. Czytelnik ciągle ma w głowie pytanie: co odkryje Hunter? Oraz kto i dlaczego planuje pokrzyżować mu szyki?

Niezależnie od tego, czy jest się osobą wierzącą, temat istnienia Boga czy innej siły wyższej jest czymś, nad czym każdy z nas zastanowił się przynajmniej raz w życiu. James w swojej powieści rysuje bardzo sugestywny i wiarygodny obraz tego, jakie konsekwencje dla całego świata mogłoby mieć odkrycie niepodważalnego dowodu na istnienie Boga. Pokazuje on wszystkie możliwe scenariusze dotyczące niezadowolenia różnego rodzaju ugrupowań religijnych, a także… biznesmenów. Autor nie stroni od wyciągania brudów na światło dzienne i z rozbrajającym tupetem opisuje religię nie tylko jako wiarę, ale również jako sposób na robienie ogromnych pieniędzy.

Peter James nie boi się pokazać, że wszystkie religie świata łączy ze sobą jedno: wyznawcy każdej z nich uważają, że to oni mają rację. I  mimo tak dużego postępu nauki, nie potrafią tej swojej racji udowodnić. Dyskusja ciągle przybiera postać tupania nogą przez rozkapryszonego bachora (choć w dzisiejszych czasach ową „nogą” potrafią być niestety karabiny i bomby...) krzyczącego: moja racja jest najmojsza! 

Mimo że jest to powieść mająca stanowić dla czytelnika rozrywkę, daje dużo do myślenia. I osobiście po jej lekturze ciągle zastanawiam się nad jednym.

Co musiałoby się stać, żebym bez żadnych wątpliwości uwierzyła w istnienie Boga?

P.S. Ciekawe jest to, że tytuł oryginalny to "Absolute proof"- jak zatem tłumacz z prostego, ale o ile bardziej wymownego "dowodu absolutnego" stworzył "Niezbity dowód" pozostaje dla mnie zagadką...

Moja ocena: 👍👍👍👍👍/5

Tytuł: Niezbity dowód
Autor: Peter James
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 608
Data wydania: 18 września 2019

Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu:


10/29/2019

#98 Marc Elsberg - Chciwość

#98 Marc Elsberg - Chciwość
Nie od dziś wiadomo, że bogactwo przyciąga bogactwo, a kiedy człowiek jest bogaty… chce być bogaty jeszcze bardziej. Do czego mogą się posunąć najbogatsi, byle tylko znajdować się w swoim gronie i nie pozwolić, by inni mieli nawet nie więcej, ale choćby i tyle samo, i jakie to może mieć konsekwencje dla rynków na całym świecie? Na to pytanie odpowiada Marc Elsberg w swojej najnowszej powieści i pokazuje, że chciwość nie ma limitu.

lareinemargotpl

Marc Elsberg - Chciwość


Jan Wutte jest przypadkowym świadkiem wypadku limuzyny wiozącej znanego noblistę, Herberta Thompsona. Chłopak rzuca się na ratunek i udaje mu się jeszcze usłyszeć ostatnie słowa umierającego współpracownika Thompsona i tym samym staje się on celem bandy zbirów, która - dla pewności, czy wszyscy pasażerowie nie żyją - wysadza pojazd w powietrze. Od tej pory nieustannie musi się oglądać przez ramię, bo najemnicy dostali bezwzględne wytyczne: żadnych świadków. Jan, podążając tropem słów umierającego, trafia na trop afery, która ma celu ukrycie wyników pracy badawczej mężczyzn z limuzyny: jak doprowadzić do dobrobytu dla wszystkich i zlikwidować podziały, a tym samym zapobiec wszystkim kryzysom gospodarczym w przyszłości. Gra więc toczy się o wysoką stawkę.

Ekonomiczny galimatias


Przyznać trzeba, że „Chciwość” przeczytałam właściwie na jednym tchu i naprawdę ciężko było mi się od tej powieści oderwać. Nawet teorie matematyczne, ekonomiczne i fizyczne, od których aż się roi w tej książce, nie zniechęciły mnie do dalszej lektury. A wiedzieć Wam trzeba, że mam do nich niemałą awersję.

Biorąc pod uwagę lekturę „Blackout’u” oraz opis z okładki „Chciwości”, oczekiwałam wartkiej akcji i szeroko zakrojonego opisu kryzysu gospodarczego na całym świecie, którego wynikiem byłyby wspomniane w opisie z okładki demonstracje. Otrzymałam tylko pierwszą część, bowiem akcja faktycznie pędzi, zatrzymując się jednak w momentach opisów matematycznych, fizycznych i ekonomicznych zagadnień, które - o zgrozo! - momentami wybrzmiewały bardzo podręcznikowo. Co przez to rozumiem? Swoją największą zmorę z czasów edukacji szkolnej, czyli: „ileś tam lat temu facet o nazwisku X stworzył teorię mówiącą, że…”. Elsberg w posłowiu pisze o tym, że jest laikiem i konsultował się ze specjalistami, którzy mieli mu pomóc wyjaśnić wspomniane zagadnienia w sposób zrozumiały. Osobiście nie jestem przekonana, czy wszystko zrozumiałam tak, jak powinnam.

Najmocniejszym punktem tej historii jest napięcie, jakie towarzyszy nam podczas przygód Jana i ciekawość, jaką czuje czytelnik. Najpierw: dlaczego ktoś zamordował Thompsona. Później: co takiego odkrył noblista? A następnie: jak można zakończyć wszelkie kryzysy gospodarcze i doprowadzić do tego, by wszyscy mieli równe zyski?

Niestety odpowiedź na to ostatnie pytanie nie jest do końca jasna, bo choć Elsberg informuje, co trzeba zrobić, to brakuje tu przepisu na to, jak tego dokonać. Gdyby jednak ten się pojawił, myślę, że ta powieść mogłaby stanąć na regale z fantastyką.

Elsberg postawił na realizm. 
Miało być prawdopodobnie i pobudzić do myślenia.


Mission accomplished, Mr Elsberg.

Moja ocena: 👍👍👍/5

Tytuł: Chciwość
Autor: Marc Elsberg
Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 464
Data wydania: 30 października 2019

Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu:

10/28/2019

[Głośno myślę...] O Krakowskich Targach Książki i o tym, dlaczego ich nie lubię

Rok temu na Krakowskie Targi Książki nie pojechałam ze względu na problemy zdrowotne. Postanowiłam sobie to zatem odbić w tym roku i z wielką przyjemnością spakowałam walizkę na wyjazd. Planu specjalnego na same targi nie miałam, nie zależało mi na spotkaniu na samych targach żadnego konkretnego autora (inną sprawą były spotkania poza targami), po prostu chciałam… nie oszukujmy się: kupić trochę książek. Nie żeby mi ich brakowało i nie mogłabym ich zamówić przez internet… Ale na targach to co innego. Człowiek wpada w taki przyjemny amok zakupowy, przestaje liczyć pieniądze i sprawdzać stan konta - po prostu cieszy się obcowaniem z książkami w towarzystwie innych ich miłośników. I to jest dla mnie ta największa wartość. Oczywiście spotkania z pisarzami również, ale w tym roku z zagranicznych autorów nie było nikogo, do kogo chciałoby mi się stać w kolejce, co do polskich zaś… tych, których najbardziej lubię, spotkałam prywatnie, poza EXPO i wypiłam z nimi kawę, wino bądź czekoladę. Zatem książki. Tak, same książki były moim celem.

I co?
I kupiłam jedną.

JEDNĄ.

Kiedy już przebiliśmy się przez bezrozumny tłum stojący do sprawdzenia biletów i jakby otumaniony, niepotrafiący iść do przodu i po prostu wejść na teren targów i dotarliśmy na miejsce spotkania z Maciejem Siembiedą, gdzie była zresztą „zbiórka” większości blogerów i bookstagramerów, z którymi chcieliśmy się spotkać, zaczęło się robić coraz gęściej. Po wymianie uprzejmości i uścisków, postanowiliśmy ruszyć dalej. Moim głównym celem było zdobycie przedpremierowo nowej powieści Bernarda Miniera na stoisku Domu Wydawniczego Rebis, a także stoisko Wydawnictwa Pascal w celu nabycia nowej książki Marii Paszyńskiej (Ania ze @spadlomizregala poleca, a ja Ani ufam). 

Owszem, do Rebisu dotarliśmy, co proste nie było, bo ludzie w tłumie naprawdę nie potrafią się poruszać, a z drugiej strony to poruszanie bardzo utrudniały kolejki do autorów podpisujących książki na prawie każdym stoisku. I tak w jednym miejscu jednocześnie autografy składał Tochman, Puzyńska i Krajewski - możecie więc sobie wyobrazić, co tam się działo…

Zrobiliśmy kółeczko, zahaczając o stoiska W.A.B. i Czwartej Strony, ale nigdzie nie udało nam się znaleźć skrawka przestrzeni, na którym można by obejrzeć książki i na dłużej postawić stopy bez obawy, że ktoś nam je zaraz zdepcze. Po raz kolejny.

Nie zliczę, ile razy dostałam z łokcia ani ile walizek przejechało mi po butach i obiło piszczele. Cudem uniknęłam też ciosu dzieckiem, bo przecież targi książki to idealne miejsce na spacer z niemowlakiem i kręcenie nim w kółko, przywalając jego główką w przechodniów. Tak, dziecko niewątpliwie było zachwycone rozrywką zapewnioną przez rodziców, a wyraz tego zachwytu słyszało pół hali.

Wytrzymaliśmy nieco ponad godzinę, z czego większość czasu spędziliśmy w punkcie pierwszym.

Drugiej książki nie kupiłam.
Ani żadnej innej.

Źródła donoszą, że Krakowskie Targi Książki odwiedziło w ten weekend 68 tysięcy osób. I co roku jest ten sam problem: miejsce ich organizacji jest kompletnie nieprzystosowane do takiej ilości stoisk i takich tłumów. Już rok temu Jakub Ćwiek napisał, jak się sprawy mają, jednak organizatorzy mają te wszystkie niedogodności w poważaniu i w dalszym ciągu Targi Książki w Krakowie są organizacyjnym niewypałem.


I z własnej nieprzymuszonej więcej tam nie pojadę.


10/21/2019

#97 Chris Carter - Nocny prześladowca

#97 Chris Carter - Nocny prześladowca
Znam bardzo dużo osób, które uwielbiają książki Chrisa Cartera. Większość z nich lubuje się przede wszystkim w brutalności opisywanych przez niego zbrodni. Dodatkowym smaczkiem dla fanów jego twórczości jest fakt, że - jak sam podkreśla w wywiadach - wiele z jego pomysłów jest wziętych żywcem z kartotek przestępców, którzy faktycznie takie (lub podobne) zbrodnie popełnili. I przyznaję, że ta wiedza zmienia sposób odbierania książek Cartera. Świadomość, że po świecie chodzą ludzie zdolni do tak potwornych mordów, sprawia, że i ja podczas lektury czasem się wzdrygnę - zwykle z obrzydzenia. Nie inaczej było w przypadku „Nocnego prześladowcy”.

lareinemargotpl


Chris Carter - Nocny prześladowca


Bohaterem książek Cartera jest Robert Hunter - detektyw policji Los Angeles, specjalizujący się w najokrutniejszych morderstwach oraz zabójstwach seryjnych. Tym razem Hunter i jego partner, Garcia, mają do czynienia z seryjnym mordercą, którego pierwsza ofiara zabiła również patologa, który przeprowadzał jej autopsję oraz jego asystenta. Jak to możliwe, żeby martwa osoba kogoś zabiła? Otóż nasz morderca umieścił w niej… bombę. I zaszył jej wargi. Wszystkie, jeśli wiecie, co mam na myśli. Wkrótce pojawia się nowa ofiara, a detektywom brakuje wskazówek do rozwikłania sprawy i złapania zwyrodnialca. Detektywi rozpoczynają walkę z czasem, aby powstrzymać mordercę przed zabiciem kolejnej kobiety.

Brutalny, szokujący i... niedopracowany


O ile po lekturze setek kryminałów i thrillerów ciężko mnie zaskoczyć, o tyle Carterowi udaje się skutecznie mnie zniesmaczyć oraz odrobinę zaszokować. Gdyby jednak nie to, że - jak wspomniałam na początku - wiem, skąd autor czerpie inspiracje, nie sądzę, by jego powieści mnie zachwyciły.

Carter wymyślił sobie bohatera, który ponoć jest geniuszem. Kończył szkoły wcześniej niż inni i zdobył wiele wyróżnień. Tymczasem ja osobiście tej jego superinteligencji na kartach powieści nie czuję, a jedyny sposób, w jaki autor podkreśla inteligencję Huntera, to… robienie idiotów z pozostałych bohaterów. I o ile Garcia czasem się broni i wypowie jakąś mądrą kwestię, o tyle szefowa detektywów, kapitan Blake, jest stuprocentową kretynką, która zadaje tak idiotyczne pytania, że czytelnik zaczyna się zastanawiać nie tylko, jakim cudem ta kobieta mogła zostać kapitanem policji, ale też w jaki sposób w tej policji w ogóle się znalazła…

Nie pamiętam już ze szczegółami wcześniejszych części cyklu z Hunterem, ale mam wrażenie, że „Nocny prześladowca” jest niedopracowany. Weźmy na przykład sytuację, w której kobieta podejrzewa, że ktoś znajduje się w jej mieszkaniu. Wstaje z łóżka, sprawdza mieszkanie - wydaje się, że jest ok, ale na wszelki wypadek stawia koło łóżka kij bejsbolowy i wraca do pościeli. W tym momencie spod łóżka dobywa się głos mordercy… informujący ją, że tam nie sprawdziła. Nie wiem, jakie łóżko wyobrażał sobie Carter, kiedy pisał tę scenę, ale moja logika podpowiada mi, że zdążyłabym uciec z mieszkania ze dwa razy, zanim morderca by się spod niego wydostał…

Ale!


Wiem, że się czepiam. Jednocześnie jednak muszę przyznać, że pochłonęłam tę powieść w ekspresowym tempie - dokładnie tak samo, jak dwie wcześniejsze. U Cartera nie ma nudy. Autor ogranicza opisy do minimum niezbędnego do popychania akcji do przodu. Rozdziały są bardzo krótkie, co również nadaje tempa samemu czytaniu. I choć po środkowej części tej recenzji można by wnioskować, że książka mi się nie podobała i jej nie polecam, to tak nie jest. Wbrew wszystkiemu ta powieść naprawdę przypadła mi do gustu i choć zachwytu nie ma, to już nie mogę się doczekać, kiedy sięgnę po następny tom serii. 

A to wszystko za sprawą Roberta Huntera.
Bo tego bohatera mimo wszystko nie da się nie lubić.


Moja ocena: 👍👍👍/5

Tytuł: Nocny prześladowca
Autor: Chris Carter
Wydawnictwo: Sonia Draga
Liczba stron: 376
Data wydania: 21 grudnia 2016

10/17/2019

[Edycja zdjęć] Stwórz jesienny profil na Instagram dzięki Adobe Lightroom Mobile

[Edycja zdjęć] Stwórz jesienny profil na Instagram dzięki Adobe Lightroom Mobile
Na wstępie już zaznaczę, że nie jestem mistrzem Lightrooma. Oj, nie! Ale nadszedł taki moment w mojej instagramowej „karierze”, że zamarzyło mi się posiadać zdjęcia z filtrami, które są dopasowane dokładnie do moich fotografii, które pasują do siebie i nie są identyczne z cudzymi. Oczywiście nie ma się co oszukiwać, że zarówno zdjęcia, jak i ustawienia, których używam, są podobne do tych, które znajdziecie na innych profilach - w dzisiejszych czasach trudno o stuprocentową oryginalność, bo przeglądając setki czy tysiące zdjęć dziennie, tak czy siak w jakimś stopniu się inspirujemy cudzymi pracami. Temat inspiracja vs kopiowanie pozwolę sobie jednak zostawić na inny raz. Dzisiaj porozmawiamy o stworzeniu własnego presetu w aplikacji Lightroom.

Korzystanie z aplikacji Adobe Lightroom Mobile


Wersja mobilna aplikacji jest darmowa i można ją pobrać tu (iOS) albo tu (Android). Warto jednak rozważyć wykupienie miesięcznego abonamentu (kosztuje to zdaje się około 20 złotych), dzięki czemu odblokowują nam się wszystkie możliwości dostępne w mobilnej aplikacji.

Osobiście używam tej aplikacji stosunkowo od niedawna (może z pół roku), ale dzisiaj nie wyobrażam sobie, żebym jej nie miała. Na początku ogrom opcji i suwaków nieco mnie przytłoczył, a wszystkie początkowe próby edycji kończyły się przełączaniem do aplikacji VSCO i korzystaniem z dostępnych tam filtrów. Kiedy jednak aplikacja ta mnie zawiodła, albowiem za nic w świecie nie mogłam otrzymać na swoich zdjęciach takiego odcienia bieli, jaki mnie satysfakcjonował, zawzięłam się i przekopałam internet w poszukiwaniu darmowego presetu do Lightrooma, który da mi taką biel, jakiej oczekiwałam.

Nie znalazłam.

Owszem, jest całe mnóstwo płatnych presetów, które najprawdopodobniej wyglądałyby pięknie również na moich zdjęciach, ale ja jestem z tych, którzy nie lubią wydawać pieniędzy na rzeczy niematerialne, a które na dodatek można stworzyć samemu.

Moje zawzięcie doprowadziło do tego, że użyłam darmowego presetu, który dostosowałam do siebie (zajęło mi to parę godzin) i tym sposobem uzyskałam pierwszy własny zestaw ustawień, którego używałam do wszystkich zdjęć… przez jakiś czas. Później mi się znudziło i… zaczęłam kombinować samodzielnie. Dzisiaj mam zapisanych blisko piętnaście własnych presetów. Nie korzystam ze wszystkich, ale ciągła chęć poprawiania i dążenia do ideału sprawia, że co jakiś czas dla zabawy edytuję swoje fotki i tworzę coś nowego.

Ostatnio natomiast zamarzyły mi się jesienne zdjęcia. I to jesienne nie tylko za sprawą tego, co fotografie przedstawiają, ale również (a może nawet i przede wszystkim) dzięki odpowiedniej kolorystyce. 

W jeden wieczór (i pół nocy…) stworzyłam kilka jesiennych zestawów, które obecnie stosuję. Bo widzicie, sprawa nie jest taka prosta, że macie preset i jednym kliknięciem sprawicie, że każde zdjęcie będzie wyglądać tak samo. Każda fotografia przedstawia coś innego - w innej kolorystyce, oświetleniu, kontraście i tak dalej. Posiadanie presetu stanowi jedynie bazę wyjściową do dalszej edycji - należy go bowiem dostosować do warunków edytowanego zdjęcia. Dlatego właśnie w tej chwili korzystam z kilku presetów, dzięki którym moje posty na instagramie zestawione ze sobą, wyglądają spójnie (dlaczego spójność jest ważna możecie przeczytać w tym poście).

Przechodząc do meritum: dzisiaj pokażę Wam, jak stworzyć sobie taką piękną instagramową jesień. Podejrzewam, że nie muszę, ale podkreślę, że nie to ładne, co ładne, a to, co się komu podoba i osobiście jestem bardzo zadowolona z efektu tej edycji, co nie oznacza, że Wam również musi się podobać. Taki jednak przykład wybrałam (przesuń pasek na środku, żeby po prawej stronie zobaczyć efekt):





Tworzenie własnego presetu w Adobe Lightroom Mobile


Poniżej znajdziecie konkretne ustawienia, których użyłam. Będziecie też mogli zobaczyć na bieżąco, jakie zmiany zachodziły na zdjęciu podczas edycji.

Zaczynamy od zabawy suwakami od szeroko rozumianego światła (na poniższych screenach możecie zobaczyć, w którym miejscu ustawień jesteśmy dzięki białemu paskowi po prawej stronie, tutaj podkreśla "słoneczko") - zmieniamy między innymi ekspozycję czy kontrast:


lareinemargotpl



Następnie przechodzimy do ustawień kolorystycznych i dostosowujemy między innymi temperaturę i nasycenie kolorów:


lareinemargotpl

Od razu przechodzimy do tzw. "color mix", który znajduje się powyżej suwaków pokazanych na powyższym zdjęciu i dostosowujemy odcienie (fioletu i różu nie ruszałam):


lareinemargotpl

lareinemargotpl

lareinemargotpl

lareinemargotpl

lareinemargotpl

lareinemargotpl


Następnie przechodzimy do zakładki "Effects", gdzie klikamy na ikonę "Split toning" w prawym górnym rogu i dostosowujemy kolorystykę jasnych i ciemnych tonów:

lareinemargotpl

lareinemargotpl

Kolejny krok to "Details", gdzie wyostrzamy szczegóły zdjęcia:

lareinemargotpl

lareinemargotpl

Wracamy do "efektów" i przesuwamy trzy pierwsze suwaki:

lareinemargotpl


Wracamy do ustawień "światła", gdzie klikamy na "curve" (krzywe tonowe) i pozostając na palecie barw RGB (kolorowe kółeczko po prawej) dostosowujemy jak poniżej. Bardzo ogólnie sprawę ujmując, rzecz dotyczy kontroli nad cieniami i światłem.

lareinemargotpl


Żeby zapisać ustawienia jako gotowy preset, dzięki któremu kolejnym razem będziemy mogli zmienić nasze zdjęcie kilkoma kliknięciami, wybieramy trzy kropeczki w kółeczku, które wyświetlają się w prawym górnym rogu zdjęcia i zapisujemy preset:

lareinemargotpl


 Gotowe!


lareinemargotpl


Z wielką chęcią wyjaśniłabym Wam, na czym to wszystko polega, ale nie umiem - nigdy nie byłam dobra w tłumaczeniu czegokolwiek, dlatego pokazuję na zrzutach ekranu. Ja to po prostu widzę i wiem, co mi daje korzystanie z tego narzędzia. Wydaje się ono skomplikowane, ale wcale takie nie jest. Wystarczy odrobina praktyki i człowiek zaczyna rozumieć, o co tutaj chodzi i jakich efektów można się spodziewać. 

Jeśli spodobał się Wam ten preset, będzie mi bardzo miło, jeśli będziecie oznaczać mnie na instagramie na przerobionych nim zdjęciach - bardzo chciałabym go zobaczyć "w akcji" u Was. Powtórzę jednak raz jeszcze: samo nałożenie gotowego presetu na inne zdjęcie może nie dać Wam upragnionego efektu. Każda fotografia jest inna i niektóre ustawienia trzeba za każdym razem poprawiać. Czasem zmienić odcień w "Split toning", czasem ekspozycję, innym razem podbić temperaturę itd. Jest to jednak jakaś baza wyjściowa do zabawy Lightroomem i tworzenia własnych ustawień, a tym samym - do stworzenia pięknej jesiennej siatki zdjęć na Instagramie.

I co? Nie było tak strasznie, prawda?

Inne zdjęcia z użyciem tego presetu:

lareinemargotpl


Jeśli spodobał Ci się ten wpis, będzie mi miło, jak zostawisz komentarz. 😊






















Copyright © 2016 la reine margot , Blogger