5/21/2019

#73 Beth O'Leary "Współlokatorzy"

Odkąd w jednej z przesyłek od Wydawnictwa Albatros znalazłam wydrukowany fragment „Współlokatorów”, czekałam na premierę tej książki tak bardzo, jak za dzieciaka na moment rozpakowywania prezentów spod choinki. Zaciekawił mnie pomysł na fabułę, a i styl autorki przypadł mi do gustu już po lekturze tego krótkiego wydruku. Czekałam i czekałam, aż Instagram zalała pierwsza fala zachwytów. Czekałam dalej, ale wiedziona doświadczeniem, zaczęłam wątpić. Zbyt wiele razy wcześniej rozczarowałam się lekturą, którą inni pokochali. W końcu nie wytrzymałam, poszłam do empiku i rzuciłam się, niczym ten Reksio na szynkę, Arja na Nocnego Króla, Walter White na pieniądze… 

I przepadłam całkowicie.

Tiffy i Leon dzielą mieszkanie. Są współlokatorami, choć nietypowymi, bowiem nigdy nie znajdują się w domu w tym samym czasie. Śpią w tym samym łóżku, ale na zmianę. Leon pracuje w nocy, a Tiffy w dzień, zatem to mijanie się jest w pełni uzasadnione i możliwe. Każde z nich ma swoje życie, które wiedzie oddzielnie. Tiffy zmaga się z traumą po toksycznym związku jednocześnie usiłując ułożyć sobie świat na nowo, a życie Leona kręci się wokół rodzinnej tragedii, pracy w hospicjum i wymagającej dziewczyny. Jedynym kontaktem, jaki ze sobą mają są… wiadomości, które zostawiają sobie na karteczkach przyklejanych w różnych miejscach mieszkania…

Jestem urzeczona tą powieścią. Jest to oczywiście typowa komedia romantyczna, ale cieszy, że jest napisana w taki sposób, że nie sposób określić jej inaczej, niż słowem „urocza”. Podoba mi się to, że bohaterowie są z krwi i kości, nie wiodą idealnego i nierealnego życia, mają swoje problemy. Są to postaci wyraziste, kolorowe i przede wszystkim pozbawione częstej dla tego gatunku i niezwykle irytującej naiwności. 

„Współlokatorzy” wciągają od pierwszej strony i nie wypuszczają ze swoich objęć aż do ostatniej. I wiecie, jak to w romantycznych komediach bywa, w pewnym momencie musi nadejść zwrot akcji. Nie było tu inaczej, a kiedy to się stało, mój mózg nie nadążał z rejestrowaniem czytanych przez oczy wyrazów. Czułam silny wewnętrzny przymus, żeby jak najszybciej dotrzeć do momentu, w którym ta straszna sytuacja zostanie wyjaśniona! I choć od początku wiadomo, że ta historia nie może się nie skończyć happy endem, tak autorce naprawdę udało się mnie zaskoczyć i potrzymać w niepewności co do rozwoju niektórych elementów tej opowieści.

Dawno nie czytałam tak przyjemnej w odbiorze komedii romantycznej, która nie raziłaby mnie głupiutką główną bohaterką i „ociekającym zajebistością” samcem alfa. Mam wrażenie, że trend wyznaczony parę lat temu przez serię z Greyem co do tego, że mężczyzna musi być ultraprzystojny, niedostępny, mieć wyolbrzymione potrzeby seksualne, a pieniądze muszą mu wręcz wypadać z kieszeni, podczas gdy kobieta jest głupiutką, niedoświadczoną i koniecznie biedną dziewuszką, nadał tego typu książkom niewłaściwy kierunek. Tutaj tymczasem otrzymujemy wcale nie przesadzoną, prawdopodobną i przede wszystkim ładną opowieść o tym, że miłość przychodzi znienacka i nie pyta nas o zdanie, chociaż nie zawsze można po prostu rzucić wszystko, zapomnieć o przeszłości i rzucić się w jej ramiona. I choć to nieco banalne, to „Współlokatorzy” przedstawiają tę prawdę w czarujący sposób.

Czasem warto wyjść poza wyznaczone sobie samemu ramy i przeczytać coś innego.
Jak widać, możemy zostać pozytywnie zaskoczeni.

Moja ocena: 👍👍👍👍👍/5

Tytuł: Współlokatorzy
Autor: Beth O’Leary
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 432
Data wydania: 15 maja 2019

Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu:


Copyright © 2016 la reine margot , Blogger