8/25/2019

#83 Thomas Harris - Milczenie owiec, Hannibal, Hannibal Po drugiej stronie maski

#83 Thomas Harris - Milczenie owiec, Hannibal, Hannibal Po drugiej stronie maski
lareinemargotpl
Przeczytałam. Trochę mi to zajęło, ale cztery powieści Thomasa Harrisa za mną. Przyznawałam się już jakiś czas temu, że o ile filmy widziałam, o tyle jakoś nigdy mi nie było po drodze z literackim pierwowzorem. Książki znajdowały się jednak na mojej liście „must read” i oto w końcu mogę się na ich temat wypowiedzieć.

Pierwszą powieść z serii z Hannibalem Lecterem czytałam już jakiś czas temu (recenzja tutaj), dlatego w tym tekście skupię się na pozostałych trzech.

Thomas Harris - Milczenie owiec


„Milczenie owiec” to najsłynniejsza część tetralogii Harrisa. Młoda stażystka sekcji behawioralnej FBI, Clarice Starling, zostaje wysłana do szpitala dla psychicznie chorych, aby przeprowadzić wywiad z odsiadującym tam wyrok Hannibalem Lecterem - mordercą i kanibalem, a jednocześnie piekielnie inteligentnym i wybitnym psychiatrą. Jak można się spodziewać, Lecter szybko wplątuje kobietę w psychologiczną rozgrywkę, podsuwając jej tropy w obecnie prowadzonym przez FBI śledztwie. Clarice oczywiście nie zdaje sobie sprawy z motywów Lectera, liczy jedynie na jego pomoc w sprawie terroryzującego Stany Zjednoczone psychopaty, Buffalo Billa. Tymczasem Lecter oczywiście ma własny cel w udzieleniu jej pomocy…

Thomas Harris - Hannibal


W kolejnej odsłonie akcja ma miejsce siedem lat po wydarzeniach z „Milczenia owiec”. W „Hannibalu” ponownie pojawia się Clarice, która znów spotka się z mrocznym doktorem Lecterem. Tym razem jednak w interesie obu stron będzie ze sobą współpracować, bowiem obojgu grozi niebezpieczeństwo. Powieść jest niejako preludium, małym zalążkiem zdradzającym odrobinę przeszłości i motywów Hannibala.

Thomas Harris - Hannibal. Po dugiej stronie maski


Ale to dopiero „Hannibal. Po drugiej stronie maski” całkowicie odkrywa przed czytelnikiem psychikę mordercy, czyli to, czym Harris przyciąga zainteresowanie od pierwszej części tej serii. Jest to studium zła, w którym znajdziemy jego genezę, a więc odpowiedź na pytanie, dlaczego Hannibal Lecter stał się wyrachowanym mordercą…

Genialna fabuła


Mam z książkami Harrisa ogromny problem. 
Fabuła każdej z części cyklu o Hannibalu Lecterze jest rewelacyjna. Niestety wykonanie pozostawia wiele do życzenia. Proza Thomasa Harrisa nie wywołuje we mnie absolutnie żadnych emocji. Jego styl jest drętwy, a każda z czterech opowieści o socjopatycznym doktorze pozbawiona jest jakiegokolwiek napięcia. Nie wiem i nie mogę znaleźć informacji o tym, czy te książki osiągnęły jakiś większy sukces przed ekranizacjami (które są naprawdę świetne), ale odnoszę wrażenie, że dzisiaj te powieści przeszłyby bez echa. Rozumiem, że kiedyś pisało się inaczej i co innego było w literackiej „modzie”, a trzeba podkreślić, że pierwsza część, czyli „Czerwony smok” została wydana w 1981 roku. Jednak dajmy na to taki Stephen King wydał „Carrie” siedem lat wcześniej, a na jej kartach jest więcej emocji, niż w całym cyklu Harrisa.

Sposób prowadzenia narracji, wprowadzanie perspektywy mordercy dopiero po stu stronach (np. „Milczenie owiec”) - na dodatek właściwie od razu zdradzając jego tożsamość, i całkowity brak elementów zaskoczenia sprawiają, że czytelnik owszem, jest w stanie przeczytać całą serię, ale ta lektura pozostawi go z niczym. Zero emocji, zero efektu WOW. Szkoda, bo pomysł na fabułę jest świetny, a drzemiący w niej potencjał w pełni wykorzystali filmowcy w swoich adaptacjach - zarówno kinowych, jak i serialowych. I tego, i tylko tego, Harrisowi można pogratulować.

Jeśli musiałabym wybrać, która z części tej tetralogii podobała mi się najbardziej, to postawiłabym na ostatnią, czyli „Hannibal. Po drugiej stronie maski”. Ale znowu - tylko ze względu na pomysł na fabułę, bo osobiście uważam, że Harris pisać nie umie. Przy każdej części miałam wrażenie, jakby sam autor okrutnie się męczył pisząc te powieści, co zresztą mogłoby wyjaśniać, dlaczego napisanie każdej z nich zajmuje mu kilka lat…

Całość naprawdę ratuje tylko i wyłącznie pomysł na historię i z tego też powodu nie jestem w stanie podsumować tej serii negatywną oceną. A już zwłaszcza po przeczytaniu wieńczącej tetralogię części, w której wszystkie elementy wskakują na swoje miejsce, a postać Lectera jawi nam się w zupełnie innym świetle. Podstawa psychologiczna, na której Harris zbudował całą aurę zła i zepsucia wokół stworzonego przez siebie antagonisty, jest naprawdę godna podziwu.

Wiem, że wiele osób wciąż się tymi powieściami zachwyca, zatem jeśli ktoś z Was jeszcze ich nie czytał, mimo wszystko zachęcam do lektury. To pozycje jednak już kultowe, w związku z czym sądzę, że warto samodzielnie wyrobić sobie na ich temat zdanie. 

Jestem przekonana, że w najgorszym wypadku będziecie mieli o tych książkach opinię podobną do mojej, a więc zachwyt nad fabułą i rozczarowanie wykonaniem.

Moja ocena: 👍👍👍/5

Tytuł: Milczenie owiec, Hannibal, Hannibal. Po drugiej stronie maski
Autor: Thomas Harris 
Wydawnictwo: Sonia Draga
Wydanie: 2019

Za egzemplarze do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu: 

La reine margot


Część trzecią, „Hannibal”, przeczytałam korzystając z:

lareinemargotpl

8/23/2019

#82 Guillaume Musso - Zjazd absolwentów

#82 Guillaume Musso - Zjazd absolwentów
Guillaume Musso uwielbiam za mądrą i głęboką warstwę obyczajową wymieszaną z realizmem magicznym, a na koniec doprawioną szczyptą kryminału. Nie jest to rodzaj literatury, który mogłabym czytać na co dzień, ale od czasu do czasu bardzo lubię oderwać się od makabrycznych zbrodni i żmudnych śledztw na rzecz czegoś lżejszego, ale jednak wywołującego emocje. I choć wiedziałam, że najnowsza powieść pozbawiona jest wątków nadprzyrodzonych, to jednak spodziewałam się czegoś zupełnie innego, niż otrzymałam.

Zjazd absolwentów” to historia z podwójnym dnem, w której główny bohater od wielu lat usiłuje poradzić sobie z głęboko skrywaną tajemnicą, o której wie tylko on i jego najlepszy przyjaciel z czasów szkolnych. Szybko okazuje się jednak, że poza nimi ową tajemnicę zna ktoś jeszcze, nie wspominając o tym, że planowane prace modernizacyjne w ich dawnej szkole również mogą sprawić, że mroczny sekret ujrzy światło dzienne. Mężczyźni wiedzeni strachem przed utratą wszystkiego, co dla nich najważniejsze, starają się zapobiec katastrofie. Tymczasem na jaw wychodzą kolejne tajemnice osób z ich najbliższego otoczenia, a zbrodnia, której się dopuścili okazuje się być jeszcze bardziej skomplikowana, niż początkowo można przypuszczać…

Zdaję sobie sprawę, że powyższy opis brzmi nieco enigmatycznie, ale uwierzcie - nie da się opisać tej powieści w taki sposób, by wszystko było jasne, a jednocześnie nie zdradzać szczegółów fabuły. Musso wodzi czytelnika za nos i kiedy już zdaje nam się, że wiemy, gdzie jest pies pogrzebany, tam po kilku machnięciach łopatą okazuje się, że żadnego grobu nie ma. Ilość osób zamieszanych w szkolną tajemnicę sprzed lat sprawia, że czytelnik raz za razem wysuwa nowe hipotezy, które padają jak muchy po kolejnych kilku stronach.

Osobiście spodziewałam się lektury, która mnie pochłonie bez reszty, a otrzymałam powieść, którą dobrze się czyta, ale która mnie zupełnie nie porwała. Absolutnie nie twierdzę, że jest to zła książka, być może trafiła u mnie po prostu na zły moment. Niemniej polecam ją szczególnie fanom Harlana Cobena, ponieważ w mojej opinii jest bardzo zbliżona do jego stylu.

A ja poczekam na kolejną powieść Guillaume Musso i będę trzymać kciuki, żeby jednak była bardziej podobna do „Papierowej dziewczyny” niż do „Zjazdu absolwentów”.

Moja ocena: 👍👍👍/5

Tytuł: Zjazd absolwentów
Autor: Guillaume Musso
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 320
Data wydania: 31 lipca 2019

Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu:
lareinemargotpl

8/21/2019

[Głośno myślę...] Jak Kuba Bogu... czyli o współpracach z wydawnictwami

[Głośno myślę...] Jak Kuba Bogu... czyli o współpracach z wydawnictwami
lareinemargotpl


Praktycznie każda z moich współprac z wydawnictwami rozpoczęła się od propozycji z ich strony. Na palcach jednej ręki mogę policzyć sytuacje, w których to ja tak bardzo chciałam jakiś tytuł, że uznałam, że zapytam i tylko jeden raz propozycja stałej współpracy wyszła ode mnie, ale dopiero po tym, jak to wydawnictwo napisało do mnie w sprawie konkretnego tytułu.
Nie, nie uważam, że w wysyłaniu propozycji współpracy do wydawnictwa jest coś złego, osobiście po prostu nie widzę powodu, dla którego miałabym wkładać dodatkową pracę w to, co robię, kiedy jedynym moim wynagrodzeniem za to jest egzemplarz książki (i to często niepełnowartościowy).

Współpraca z wydawnictwami


Są wydawnictwa, z którymi współpraca przebiega nienagannie, a kontakt jest zawsze bardzo miły i rzetelny. Są też jednak takie, które działają chaotycznie, nielogicznie, a już nie daj Boże - przez agencje zewnętrzne… Niestety po kontaktach z niektórymi przedstawicielami wydawnictw pozostaje jedynie niesmak.

Poniżej przedstawiam najczęstsze sytuacje, w których pojawia się ów niesmak, a które przy częstym powtarzaniu się sprawiają, że współpraca nie przebiega pomyślnie dla żadnej ze stron.

Forma komunikacji

Nie mam nic przeciwko temu, że wydawnictwa wysyłają maile zbiorcze. O ile zostało to poprzedzone indywidualnym nawiązaniem współpracy. Nie jest jakoś szczególnie trudnym zadaniem napisanie szablonu z propozycją współpracy, w którym w razie potrzeby zmienia się jedynie zaimek osobowy. Oczywiście, że znacznie przyjemniej jest otrzymać maila, który jest kierowany bezpośrednio do danej osoby i są wydawnictwa, od których takie maile się otrzymuje, ale wiadomo, że roboty jest dużo, wszyscy jesteśmy ludźmi, niech to już będzie ten szablon. Później mogą to być maile zbiorcze typu: „Szanowni Państwo, zbliża się premiera książki X, czy jesteście Państwo zainteresowani…”. Wydaje się to oczywiste, dlaczego więc o tym wspominam? Otóż dlatego, że prowadzi nas to bezpośrednio do punktu drugiego:

Nierówne traktowanie

Jeśli już dane wydawnictwo nawiązało z kimś współpracę, powinno zadbać o to, by taka osoba otrzymywała propozycje książek do recenzji. Tymczasem często wygląda to tak, że wchodzi się na Instagram, przegląda zdjęcia czy stories, a tam mnóstwo osób pokazuje jakąś książkę tego wydawnictwa. A ja siedzę i sobie myślę: „o, zapowiada się świetnie, dlaczego nie napisali do mnie?”. I tak raz, drugi, trzeci… Nie ma czegoś takiego, jak „bloger gorszego sortu” - albo się z kimś współpracuje albo nie. Jeśli wydawca posiada ograniczoną liczbę egzemplarzy danego tytułu, propozycja nadal powinna wyjść do wszystkich współpracujących blogerów, ale z zaznaczeniem, że „kto pierwszy, ten lepszy”. Wysyłanie propozycji do „wybrańców” jest nierównym traktowaniem i niestety może wrócić rykoszetem.
Zdaję sobie sprawę z tego, że w wydawnictwach pracuje dużo ludzi, a każdy może być odpowiedzialny za inny dział, czy nawet za inny tytuł. Nie zmienia to jednak faktu, że lista kontaktów powinna być jedna, aby druga strona nie czuła się pominięta. Owszem, można napisać do wydawnictwa „Ej, a ja też bym chciał/a tę książkę, mogę dostać?”. Ale pierwsze odczucie, czyli to negatywne, niestety zostaje. 

Podobnie ma się sprawa przy repostowaniu zdjęć na profilu wydawnictwa czy udostępnianiu stories. Jeśli już się na to, drodzy Państwo, decydujecie, to powinno to dotyczyć wszystkich. Wybiórcze udostępnienia lub repostowanie zdjęć ciągle tych samych osób wysyła sygnał, że ktoś jest dla Państwa mniej lub bardziej ważny. „Kółka wzajemnej adoracji” są fajne, ale tylko wewnątrz - na zewnątrz spotykają się z ostrą krytyką, która nie działa na niczyją korzyść.

Jest jeszcze kwestia zawartości paczek z książkami. Wysłanie do wybranej grupy osób dodatkowych „giftów” jest w mojej opinii nie w porządku. Albo wysyła się do wszystkich to samo albo do nikogo. Zwłaszcza że według moich obserwacji (a także osób, z którymi rozmawiałam na ten temat) wcale nie jest tak, że te dodatki są wysyłane do osób, które mają największe zasięgi, co jeszcze można jakoś usprawiedliwić. Tymczasem wcale nie w tym rzecz, co pozwala przypuszczać, że pies jest pogrzebany w personalnych sympatiach, a na to miejsca w biznesie nie ma. My, blogerzy, jesteśmy poniekąd klientami wydawnictwa. Klientami, którzy posiadają tablicę reklamową i mają moc w polecaniu danych tytułów. Klient końcowy rzadko patrzy na to, z jakiego wydawnictwa pochodzi dana książka - bardziej go interesuje autor. Tymczasem klient-bloger, kiedy jest z niewiadomych powodów traktowany gorzej, częściej będzie współpracować z tymi, którzy są wobec niego fair. Działa tutaj zasada wzajemności: recenzje tytułów z dobrej współpracy pojawią się szybciej, istnieje też większe prawdopodobieństwo większej ilości publikacji na Instagramie. Jest to naturalny i bardzo ludzki mechanizm: jak ktoś jest dla mnie miły, to ja dla niego też będę. I po instagramowym bookstagramie bardzo to widać.

Brak uzgodnienia warunków

Jeden z najczęstszych błędów, czyli automatyczne zakładanie, że skoro ktoś otrzymał książkę, to na pewno pojawi się jej recenzja. A do tego jeszcze oceny na LC, Empiku i w innych miejscach. Otóż nie. O ile nie została ustalona forma współpracy, obie strony się do czegoś nie zobowiązały i nie zaakceptowały warunków, wydawca może liczyć co najwyżej na pokazanie książki na stories. Tutaj wracamy do punktu pierwszego, czyli nawiązania współpracy. To kluczowy moment, podczas którego powinny zostać ustalone szczegóły. W innym wypadku nikt nie ma prawa mieć pretensji do blogera za brak recenzji. To samo dotyczy książek, które zostają wysłane bez zapowiedzi. Taka książka MOŻE, ale nie musi zostać przez blogera zrecenzowana.

Dobrą praktyką jest albo ustalenie warunków współpracy z góry albo ustalanie jej przed każdą wysyłką. Pozwala to na uniknięcie nieporozumień. 

Egzemplarz recenzencki

A skoro już o „szczegółach” mowa… Wydawać by się mogło, że naturalną kwestią jest wysłanie blogerowi egzemplarza finalnego. Okazuje się, że bardzo często o ów egzemplarz należy się upomnieć, a często i to nie pomaga. Drodzy Wydawcy, książka jest częścią (a najczęściej całością) wynagrodzenia, jakie blogerzy otrzymują za swoją pracę. 

Najuczciwsze jest poinformowanie blogera z góry, już w trakcie proponowania egzemplarza recenzenckiego, że finalną książkę otrzyma, jak tylko zostanie ona wydrukowana. I wysłanie jej bez upominania się przez blogera…

Zakończenie współpracy bez uprzedzenia

Drodzy Wydawcy, w biznesie nie ma miejsca na obrażalstwo. Ktoś „zjechał” wydaną przez Was książkę? Podziękujcie za lekturę, napiszcie, że jest Wam przykro, że nie przypadła ona tej osobie do gustu i wyraźcie nadzieję, że z następną będzie lepiej. Obrażanie się szkodzi. I szkodzi Wam, drodzy Wydawcy. Bloger więcej nie dostanie od Was książki? Z całym szacunkiem, ale nas wszystkich raczej stać na to, by sobie te książki kupić. Pytanie, czy Was stać na to, żeby tracić praktycznie darmowe lub niewiele kosztujące miejsce na reklamę i narażać się na krążące w światku blogerskim informacje o tym, że jak się napisze szczerą opinię, to współpraca znika szybciej, niż się pojawiła. Oczywiście nie mówimy tutaj o recenzjach faktycznie kogoś obrażających, a o tych merytorycznych. Książka nie jest zupą pomidorową i niestety nie każdemu czytelnikowi każdy tytuł się spodoba.

Brak odpowiedzi

I dochodzimy do ostatniej, ale chyba najgorszej „zbrodni” we współpracy.
Rzadko, naprawdę BARDZO rzadko, wychodzę z pytaniem, czy mogłabym otrzymać jakiś tytuł do recenzji. Wychodzę z założenia, że jak nie zapytam, to się nie dowiem. Zdarzyło się to dosłownie kilka razy i nie wiem, czy się powtórzy. 

BRAK ODPOWIEDZI JEST GORSZY OD ODMOWY.

Dwa razy pisałam z prostym pytaniem do pewnego wydawnictwa w prywatnej wiadomości na Instagramie. Nie, nie mailowo, bo owo wydawnictwo również wcześniej kontaktowało się ze mną w ten sposób. Kanał komunikacji jak każdy inny. I wiecie co? Kupię sobie tę książkę. Kupię, przeczytam i prawdopodobnie słowem o tym nie wspomnę ani w moich social mediach ani na blogu. Choćby to była najlepsza książka tego roku. Nie należę do osób, które robią na złość i nie będę wypisywać nigdzie negatywnych opinii na jej temat, a muszę podkreślić, że spotkałam w społeczności Instagrama takie osoby. I były to posty, pod którymi pojawiały się dziesiątki komentarzy w stylu: „Dzięki, chciałem/am to przeczytać, ale po Twojej opinii już po to nie sięgnę”. W internecie nic nie ginie, a nawet więcej: negatywne opinie rozchodzą się znacznie lepiej, niż peany. 
To oczywiście nie jest jedyna sytuacja, kiedy spotkałam się z brakiem odpowiedzi, ale akurat najświeższa, dlatego podaję ją jako przykład.

To nie czarna magia...


Zmiana powyższych zachowań jest banalnie prosta, a jednak wydaje się, że dla niektórych domów wydawniczych słowa „organizacja pracy” brzmią dokładnie jak „hokus pokus” - można je głośno wypowiedzieć i czekać, aż zadzieje się magia. A wystarczy do magicznego kotła wrzucić garść samodyscypliny, szczyptę rozsądku i systematyczności oraz odrobinę kultury osobistej, a może nam się upichcić skuteczny eliksir, po którego spożyciu wszystkim będzie się żyło lepiej, a podejmowane działania marketingowe przyniosą lepsze efekty.

Dla uzupełnienia dodam jeszcze, że oczywiście my, blogerzy, też mamy swoje za uszami, ale często wynika to z braku ustalonych konkretów współpracy, a na te nalegać powinny głównie wydawnictwa. Sądzę, że pomogłoby to szczególnie w weryfikacji rzetelnych współprac i zaoszczędziło wydawnictwom dziesiątek wysłanych książek, z którymi następnie nic się nie zadziało. Widzę wielu dużych blogerów, którzy przyjmują dziennie po kilka paczek z książkami, na których recenzje próżno czekać... Nie oznacza to oczywiście, że należy narzucać zabójcze terminy, bo wtedy nikt z nas się nie wyrobi, a szczególnie ci, dla których blogowanie nie jest głównym źródłem utrzymania, ale podstawowa zasada jest jedna: nie zrecenzowałeś/aś książki, którą od nas otrzymałeś? Nie wysyłamy kolejnych.

Ten blogersko-wydawniczy światek mógłby być nieco przyjemniejszy dla wszystkich, a nade wszystko skuteczniejszy, gdyby wprowadzić do niego pewne zasady. Nie łudzę się jednak i mam świadomość, że ten tekst prawdopodobnie nic nie zmieni i zginie w odmętach internetu jako kolejne narzekanie niewdzięcznego blogera. 

Miało być tak pięknie, a wyjdzie jak zwykle.

Pozostaje jedynie wzruszać ramionami na wydawnictwa, które traktują mnie i wielu mi podobnych jako blogerów gorszego sortu i skupić się na współpracach z wydawnictwami, które stosują dobre praktyki i szanują swoich współpracowników. I choć nie jest ich wiele, to są dla mnie bezcenne. 

Za każdą inną książkę zapłacę kartą MasterCard.



P.S. Żeby nie było niesprawiedliwie, wkrótce powstanie tekst o drugiej stronie, czyli o grzeszkach blogerów. 😉


8/05/2019

#81 Jarosław Czechowicz - Toksyczność

#81 Jarosław Czechowicz - Toksyczność
Małgorzata Gogut
Ile nieszczęść może spaść na jedną osobę? Jarosław Czechowicz pokazuje, że nie ma limitu. Że niezależnie od tego, ile zła spotkało człowieka - na własne życzenie lub nie, nie będzie magicznego momentu, w którym nagle wszystko, jakby w ramach wynagrodzenia za wcześniejsze krzywdy, zacznie się pięknie układać. Zamiast tego Czechowicz ukazuje, jak rodzi się toksyczność i pozostaje w życiu jednostki do samego końca, w międzyczasie sprawiając, że ona sama staje się toksyczna. 

Jarosław Czechowicz - Toksyczność


Bohaterką „Toksyczności” jest Janina i z jej perspektywy poznajemy opowieść o nieodłącznym towarzyszu jej życia. O wrogu, którego się panicznie bała, a który stał się jej najlepszym przyjacielem i pozwalał przetrwać trudne chwile. Alkohol, bo o nim mowa, grał pierwsze skrzypce od najmłodszych lat jej życia. Początkowo wlewany w gardło ojca, a następnie, już w dorosłym życiu, w jej własne. Magiczna mikstura wypleniająca wszystkie troski i pozwalająca na zapomnienie o nędznym, biednym życiu. O samobójstwie męża, o niechcianych dzieciach, a także o tym, że rano trzeba wstać i żyć. 

Przyznam, że cała ta historia budzi we mnie wstręt. Jest to podyktowane oczywiście subiektywnymi opiniami, jakie mam o osobach borykających się z problemem alkoholowym. W związku z tym ciężko mi się czytało opowieść o biednej, niewykształconej kobiecie z małego miasteczka, która za sprawą własnej głupoty i braku odpowiedzialności wpada w nałóg. Przyjaźń z butelką pełną łagodzących trud żywota procentów i pójście w ślady znienawidzonego ojca są wynikiem własnego nieprzymuszonego wyboru. Nasza bohaterka niby próbuje się wyrwać ze szponów nałogu, ale marne ma na to szanse, bo zwyczajnie lubi odpływać w niebyt za sprawą kilku głębszych. Zaniedbuje przy tym oczywiście wszystko i wszystkich, łącznie ze swoimi dziećmi…

Niedaleko pada jabłko...


Znany mi jest syndrom DDA (Dorosłych Dzieci Alkoholików) i zdaję sobie sprawę z tego, że człowiekowi wychowanemu w toksycznym środowisku może być psychicznie trudniej. Że brak właściwych wzorców w dzieciństwie i okresie dojrzewania ciągnie się za człowiekiem przez całe życie. Ale sięgnięcie po butelkę to wybór. Tym bardziej dziwny, że widziało się i doświadczyło na własnej skórze skutki jego działania. Odnoszę wrażenie, że celem tej opowieści było pokazanie, że niedaleko pada przysłowiowe jabłko i że człowiek wyrastający w patologicznych warunkach jest niejako predestynowany, by w tej patologii przeżyć całe swoje życie. 

„Toksyczność” nie jest opowieścią o walce z nałogiem, o tym, że determinacja i silna wola, choć czasem podupadają, ostatecznie pozwolą się ze wszystkim uporać. To jest studium uzależnienia człowieka, który z tego pijaństwa wcale wyjść nie chce, a próbuje jedynie dlatego, że takie są społeczne oczekiwania wobec niego. 

Linearność i przewidywalność losu głównej bohaterki może sprawić, że czytelnik po lekturze zada sobie pytanie: „i po co to było?”. W storytellingu istnieje coś takiego, jak „punkty zwrotne”, czyli momenty, w których fabuła zaskakuje czytelnika. Tutaj tego nie uświadczymy. Chyba że by za taki punkt wziąć kolejne niepowodzenie w życiu głównej bohaterki, które sprawia, że ta zagląda do butelki. Moglibyśmy tak zrobić, gdybyśmy z monologu, jakim właściwie jest cała ta książka, nie wyczytali pomiędzy wierszami, a miejscami nawet dosłownie, że ona zwyczajnie to lubi… Konsekwencją tego jest brak poczucia sensu opowiedzenia tej historii. 

Mam zastrzeżenia co do drugiej części książki, w której po zakończeniu opowieści Janki, głos zostaje oddany pozostałym bohaterom książki, którzy opisują to, jaki wpływ na nich czy na ich bliskich miał alkoholizm Janki. Według mnie było to zbędne i nadało powieści fabularnej kształtu reportażu, co sprawiło, że zostałam wybita z rytmu i przez te ostatnie strony zwyczajnie się nudziłam. Autor odebrał mi też przyjemność samodzielnej refleksji, która zwyczajnie rozpłynęła się w niebycie w momencie, w którym dostałam serię krótkich wypowiedzi pozostałych bohaterów życia Janiny.

Punkty za styl


Ale! Proszę Państwa, ten styl! „Toksyczność” bardzo mocno kojarzy mi się z „Gnojem” Kuczoka - książką, którą czytałam kilkanaście lat temu, a styl autora pamiętam tak dobrze, jakbym tę książkę czytała wczoraj. I u Czechowicza jest podobnie. Chociaż sama historia może nieco odrzucać, to jest naprawdę dobrze napisana. Ale choć w moim świecie to pięćdziesiąt procent ostatecznej oceny książki, to niestety więcej jestem w stanie wymienić jej wad.

Jeśli jednak kolejna powieść Czechowicza będzie mieć w sobie choć odrobinę tej szczerości, autentyczności i braku warstwy moralizatorskiej, którą otrzymałam w „Toksyczności”, będę Autorowi gratulować. Gra na emocjach czytelnika jest kluczem do sukcesu, a tego na kartach tej powieści nie zabrakło. Oby tylko kolejna była o czymś, bo ta niestety - dla osób, których jej tematyka osobiście nie dotyka - jest trochę o niczym. 


Moja ocena: 👍👍👍/5

Tytuł: Toksyczność
Autor: Jarosław Czechowicz
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 256
Data wydania: 23 kwietnia 2019

Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Autorowi i Wydawnictwu:


Copyright © 2016 la reine margot , Blogger