9/30/2019

#93 Thomas Harris - Cari Mora

#93 Thomas Harris - Cari Mora


Długo zbierałam się do lektury tej powieści. Po pierwsze dlatego, że przez tetralogię o Hannibalu ciężko mi było przebrnąć i potrzebowałam trochę od Harrisa odpocząć, a po drugie… bądźmy szczerzy, ale opinie o tej książce są raczej negatywne. Zresztą zaraz po jej otrzymaniu zajrzałam na pierwsze strony i nie byłam szczególnie zachwycona. Ostatecznie podczytywałam ją w przerwach między innymi lekturami i jakoś dobrnęłam do końca…

Thomas Harris - Cari Mora


Fabuła oparta jest na poszukiwaniu przez różne, mniej lub bardziej zorganizowane, grupy przestępcze, skarbu, który niegdyś należał do Pablo Escobara. I w gruncie rzeczy wcale dużo więcej o niej napisać nie można poza dodaniem, że jeden z poszukiwaczy ma obsesję na punkcie dozorczyni dawnego domu Escobara, tytułowej Cari Mory. 

Dlaczego twierdzę, że fabuły nie można opisać bardziej szczegółowo? Bo nie za bardzo jest o czym pisać. Surowy, pozbawiony emocji narrator i chaos tej książki, a także fakt, że została ona wydrukowana z tak szerokimi marginesami i takim fontem, że spokojnie mogłaby mieć połowę swojej objętości, sprawiają, że niewiele jest tu miejsca na sensowne rozwinięcie akcji, nie wspominając o tym, że nie jestem przekonana, czy Thomas Harris by to w ogóle potrafił zrobić. 

Pisać każdy może... ale nie każdy powinien


Harris ma świetne pomysły na fabułę, ale jak dla mnie to jest to facet, który najzwyczajniej w świecie nie ma lekkiego pióra, a to, co tworzy, pozostawia wiele do życzenia.

Prawdę mówiąc nie jestem szczególnie zdziwiona, że napisanie kolejnej powieści zajęło Harrisowi aż trzynaście lat i osobiście uważam, że… może lepiej by było, gdyby jej nie napisał. Już przy okazji recenzji serii o Hannibalu (która znajduje się tutaj) pisałam, że styl autora jest drętwy i pozbawiony emocji, a dialogi nienaturalne - i niestety nic się od tamtej pory nie zmieniło.

Jestem wymagającym czytelnikiem, nie umiem się wciągnąć w każdą książkę, która mi wpada w ręce i oczekuję, że autor będzie miał jakiś styl. O Harrisie można co najwyżej powiedzieć, że jego styl jest nijaki i może powinien był skorzystać z usług jakiegoś utalentowanego ghost writera, który by nieco ożywił tę - bądź co bądź ciekawą - historię.

Tytuł: Cari Mora
Autor: Thomas Harris
Wydawnictwo: Agora
Liczba stron: 300
Data premiery: 21 maja 2019


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu:



9/30/2019

#92 Shaun Bythell - Pamiętnik księgarza

#92 Shaun Bythell - Pamiętnik księgarza
lareinemargotpl


Kiedy byłam młodsza, uwielbiałam pamiętniki. Zarówno pisać, jak i czytać. Coś mnie ciągnęło do zapisków zdradzających szczegóły cudzego życia. Zresztą wziąwszy pod uwagę sukces blogów, które kiedyś były jedynie wirtualną wersją tradycyjnego pamiętnika, sądzę, śmiem podejrzewać, że nie tylko ja miałam potrzebę zaglądania do życia innych ludzi. Biorąc do ręki „Pamiętnik księgarza” chciałam sobie o tym przypomnieć. A ponieważ jest to książka o życiu z książkami, zakładałam, że się nie rozczaruję.

Shaun Bythell - Pamiętnik księgarza


Shaun Bythell pod wpływem emocji postanawia kupić podupadający antykwariat, The Book Shop, znajdujący się w szkockim miasteczku Wingtown. I choć początkowo do sprawy podchodzi dość entuzjastycznie, to szybko okazuje się, że zamiast pozbyć się zmartwień, problemów przybywa, a każdy dzień przynosi nowy powód do narzekania. Autor zapisuje swoje przemyślenia w pamiętniku, w którym z ironią opisuje codzienność antykwariusza - łącznie ze szczegółami dotyczącymi klientów, z którymi miał do czynienia.

Brak chemii


Niestety „Pamiętnik księgarza” nie przywołał wspomnień ani nawet nie wywołał we mnie tego dreszczyka, który towarzyszył mi zawsze, kiedy czytałam jakiś pamiętnik. Większość tego typu lektur miała w sobie znacznie więcej emocji, tutaj otrzymujemy raczej suche fakty. I choć przyznaję, że zaśmiałam się więcej niż raz, to przebrnięcie od pierwszej do ostatniej strony zajęło mi ponad miesiąc. Nie umiałam po prostu usiąść i przeczytać tej książki „na raz”, a w przerwach przeczytałam kilka innych… Umówmy się: nie jest to powieść, której fabuła chwyta za gardło i puszcza dopiero po ostatniej kropce. Bo to w ogóle nie jest powieść. I jako lektura, którą sobie dawkujemy i czytamy po kilka czy kilkanaście stron dziennie, sprawdzi się bardzo dobrze. Jednak przed sięgnięciem po nią, zdecydowanie zweryfikowałabym swoje oczekiwania, bo czytaniu na pewno nie będą towarzyszyć wypieki na twarzy i emocje inne niż zwyczajne zaciekawienie.

Tytuł: Pamiętnik księgarza
Autor: Shaun Bythell
Wydawnictwo: Insignis
Liczba stron: 388
Data wydania: 19 czerwca 2019

Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu:

9/29/2019

[Polecam] 5 seriali, które warto obejrzeć jesienią

[Polecam] 5 seriali, które warto obejrzeć jesienią
la reine margot


Jesienne wieczory sprzyjają nie tylko czytaniu książek, ale także oglądaniu seriali i dlatego postanowiłam podzielić się z Wami moimi ulubionymi pozycjami dostępnymi na platformie Netflix. Nie będzie tu raczej żadnych nowości, produkcja większości tasiemców z poniższej listy została już dawno zakończona, ale może ktoś z Was nie miał jeszcze okazji się z nimi zapoznać. A jeśli je widzieliście, to również chętnie usłyszę, jaka jest Wasza o nich opinia. Nie umieszczam opisów seriali, bo umówmy się - znajdziecie je zarówno na Netflixie, jak i w Google. To bardzo subiektywna lista, z której każda pozycja moim zdaniem idealnie nadaje się na zapełnienie tego czasu, kiedy nie tkwimy z nosami w książkach.

Gilmore girls (Kochane kłopoty)


Mój ulubiony serial ever. Nie zliczę, ile razy widziałam go od początku do końca i wiem, że jeszcze wielokrotnie do niego wrócę. Serial pełen ciepła i dowcipu, który zdecydowanie najlepiej oglądać z napisami, a nie z lektorem - bohaterowie mówią dużo i często wiele świetnych tekstów jest źle przetłumaczonych lub nawet pominiętych. Wejdźcie do świata dziewczyn Gilmore - świata pełnego kawy, żartów sytuacyjnych, doskonałych dialogów, folkloru małego amerykańskiego miasteczka i przede wszystkim relacji międzyludzkich, które dojrzewają z sezonu na sezon.

Stranger Things


Najnowszy serial w tym zestawieniu. Serial, do którego nie byłam przekonana po zapoznaniu się z opisem, a który polubiłam tak bardzo, że z niecierpliwością czekam na kolejny sezon, a zanim zostanie on wyemitowany, na pewno obejrzę wszystkie odcinki jeszcze raz od początku. Wydawać by się mogło, że dzieci jako główni bohaterowie, mogą mnie drażnić, tymczasem ich gra aktorska jest na o wiele wyższym poziomie niż większości dorosłych polskich aktorów razem wziętych. Bawi i trzyma w napięciu. Idealny na tzw. binge watching. 

How I met your mother (Jak poznałem waszą matkę)


Pierwszy sitcom, który polubiłam. Zbliżony nieco do „Przyjaciół”, których sama nigdy nie obejrzałam w całości, bo jakoś mi nie przypadli do gustu. Tymczasem „HIMYM” uwielbiam i choć odcinki nie śmieszą mnie w równym stopniu - czasem ledwo się uśmiechnę, a innym razem chichram się do bólu brzucha i łez na policzkach - to uważam, że jest to jeden z lepszych sitcomów, z jakimi miałam do czynienia. 

Breaking bad


Nie wiem, czy jest ktoś, kto nie słyszał o serialu o nauczycielu chemii, który po usłyszeniu diagnozy u lekarza postanawia zająć się wytwarzaniem i sprzedawaniem metaamfetaminy, aby po jego śmierci, jego rodzina mogła godnie żyć. Serial irytujący, a jednocześnie bardzo wciągający i pokazujący wewnętrzną przemianę człowieka, który uważał siebie za nic nie wartego w osobę pewną siebie i walczącą o to, na czym mu zależy. Psychologia postaci to majstersztyk!

The good wife (Dobra żona)


A skoro już przy przemianach jesteśmy, to tutaj przez wszystkie sezony również jest pokazana zmiana charakteru głównej bohaterki i choć mniej spektakularna, niż w "Breaking bad", to osobiście po obejrzeniu wszystkich sezonów, byłam pod ogromnym wrażeniem. Zarówno scenariusza, jak i gry aktorskiej wcielającej się w tytułową dobrą żonę Julianny Margulies. Serial prawniczy, więc poza głównym wątkiem spajającym wszystkie sezony, w każdym odcinku mamy osobną sprawę. 


***

Każdy z tych seriali polecam z czystym sumieniem, choć wiadomo, że gusta są różne i wielu osobom coś może się nie spodobać tak bardzo, jak mi. Niemniej jeśli zastanawiacie się, co by tu obejrzeć tej jesieni, to może akurat któraś z moich propozycji przypadnie Wam do gustu i pozwoli przetrwać coraz zimniejsze i pochmurne wieczory. Osobiście mam zamiar zrobić jeszcze jedno podejście do „Przyjaciół” i przekonać się, czy może tym razem zrozumiem ten fenomen…


Przyjemnego oglądania!

9/28/2019

[Polecam] 5 świetnych książek na długie jesienne wieczory

[Polecam] 5 świetnych książek na długie jesienne wieczory
lareinemargotpl

Na swoim koncie na Instagramie @lareinemargotpl prowadzę cotygodniową akcję pod hasztagiem #margotbookday. Polega ona na polecaniu starszych książek, tytułów, które mogły komuś umknąć w czasie ich premiery, a są godne polecenia. Albo po prostu są to lektury, które zrobiły kiedyś na mnie ogromne wrażenie i po prostu chcę się nimi podzielić ze swoimi obserwatorami. Do akcji może się przyłączyć każdy, kto ma do polecenia książkę wydaną jakiś czas temu (idealnie: co najmniej rok temu) - wystarczy zrobić zdjęcie takiej książki, napisać, dlaczego się ją poleca i oznaczyć wspomnianym wyżej hasztagiem.

Pomysł wpadł mi do głowy ze względu na znudzenie oglądaniem na bookstagramie ciągle tych samych okładek nowości wydawniczych. Oczywiście nie mam nic przeciwko temu, ale uważam, że czytelnicy nie muszą być ciągle na bieżąco, a jest przecież tyle dobrych książek, które albo przeszły bez echa albo nawet zostały wydane przed bookstagramowym boomem i opinii na ich temat jest w internecie znacznie mniej.

Dlatego zdecydowałam się na zrobienie wpisu o kilku tytułach, które bardzo mocno polecam, a że jesień sprzyja zakopaniu się pod kocem z dobrą książką i gorącą herbatą, to liczę, że komuś przyda się któraś z moich poniższych polecajek.

Terry Hayes - Pielgrzym


Dom Wydawniczy Rebis

Jedna z najlepszych powieści sensacyjno-szpiegowskich, jakie przyszło mi kiedykolwiek czytać. Długi (784 strony!), ale zupełnie nienużący thriller, który czyta się tak dobrze, że aż dziw bierze, że jeszcze nikt go nie zekranizował. Książka, do której na pewno jeszcze kiedyś wrócę.

Opis Wydawcy:
„Pielgrzym” to kryptonim człowieka, który oficjalnie nie istnieje. Dawniej dowodził tajnym wydziałem wewnętrznym amerykańskiego wywiadu. Swe zawodowe doświadczenie zawarł w książce. Nie przewidział jednak, że posłuży ona jako podręcznik mordercy…

Młoda kobieta zamordowana w podrzędnym hotelu na Manhattanie. Mężczyzna publicznie ścięty w Arabii Saudyjskiej. Oczy skradzione żywemu człowiekowi pracującemu w tajnym syryjskim laboratorium badawczym. Dymiące ludzkie szczątki na zboczu góry w Hindukuszu. Spisek, którego sednem jest przerażająca zbrodnia przeciwko ludzkości. Jedna nić, która łączy wszystkie te sprawy. Jeden człowiek, który podejmie wyzwanie. Pielgrzym.

Jo Nesbo - Łowcy głów


Wydawnictwo Dolnośląskie

Mój pierwszy i dotychczas najlepszy Nesbo. Świetny klimat, trzymająca w napięciu historia i to zakończenie! Rzadko zdarza się, żeby autor mnie aż tak zaskoczył, a Nesbo odwalił tu kawał znakomitej roboty! Niewiele ponad dwieście stron fenomenalnej akcji - nie ma szans na znudzenie!

Opis Wydawcy:
Roger Brown uważa się za najbardziej niedocenianego łowcę głów w Norwegii. Ma zbyt piękną żonę i zbyt drogą willę, dlatego zbyt często musi kraść dzieła sztuki. Kiedy poznaje Clasa Greve’a, szczęśliwego posiadacza bezcennego obrazu Rubensa, niezwłocznie postanawia wykorzystać szansę i zrobić decydujący krok w stronę finansowej niezależności.
Wartka akcja toczy się w świecie finansowej elity i przestępczym podziemiu. Morderstwa, spektakularne pościgi samochodowe i oszałamiające tempo. Polowanie na głowy naprawdę się zaczęło.

Stephen King - Worek kości


Wydawnictwo Albatros, Prószyński i S-ka

Tego Pana przedstawiać nie trzeba, a miłośnikom opisywać jego niesamowitej zdolności do powolnego snucia opowieści w taki sposób, że czytelnik chłonie każde zdanie i ani myśli o tym, żeby lekturę przerwać. Pomijając „TO”, „Worek kości” jest zdecydowanie moją ulubioną powieścią Kinga. Nie znajdziemy tu złych klaunów, wściekłych psów, ludzi ze zdolnościami telekinezy ani tym podobnych. Co tu znajdziemy, to perfekcyjnie skonstruowana warstwa obyczajowo-psychologiczna zabarwiona wątkami godnymi Króla Powieści Grozy. Bardzo polecam!

Opis Wydawcy:
Cztery lata po tragicznej śmierci żony autor bestsellerów przeżywa kryzys twórczy. Niezdolny do pisania, wypalony psychicznie i prześladowany wspomnieniami, postanawia wrócić do miejsca, w którym kiedyś spędził z żoną najszczęśliwsze dni życia, do domu nad jeziorem we wschodnim Maine.
Wkrótce po przyjeździe zostaje wciągnięty w konflikt między młodą wdową a jej teściem, lokalnym magnatem, który chce zyskać prawo do opieki nad trzyletnią wnuczką. Mike, widząc w dziewczynce córkę, której pozbawił go los, nie waha się, po której stanąć stronie w coraz bardziej zaciekłym sporze. Tymczasem zmarła żona Mike'a najwyraźniej chce mu coś przekazać. A dramatyzmu sytuacji nadaje atmosfera w domu... ewidentnie nawiedzanym.

Piotr Adamczyk - Powiem ci coś


Wydawnictwo Dobra Literatura

Polecałam, polecam i polecać będę. Książka, która poza tym, że jest zbiorem pięknych słów, na które żadna kobieta nie pozostanie obojętna, jest również świetną historią obyczajową z wątkiem kryminalnym, której zakończenie naprawdę zaskakuje. Moją recenzję znajdziecie pod tym linkiem.

Opis Wydawcy:
Opowieść o miłości, ale i o granicach, których nie wolno przekraczać zarówno w życiu, jak i po śmierci.
Pisarz samotnie mieszkający w wielkim domu wynajmuje pokój studentce malarstwa. Dziewczyna tworzy w ukryciu tajemnicze obrazy zamawiane przez ekstrawaganckich kolekcjonerów oraz gwiazdy Hollywood. Podobno są w stanie zapewnić nieśmiertelność… Mężczyzna zaś pisze kryminał niepokojąco zbieżny z wydarzeniami rozgrywającymi się wokół domu. Czy są one tylko inspiracją dla fikcji literackiej? Z czasem oboje zakochują się w sobie. Nie są jednak świadomi, że dla siebie nawzajem mogą stanowić zagrożenie. 

Grzegorz Kozera - Noc w Berlinie


Wydawnictwo Dobra Literatura

Jedna z najlepszych powieści o tematyce wojennej, jakie kiedykolwiek czytałam. Przejmujący i poruszający obraz tego, jak wyglądała sytuacja Żydów po niemieckiej stronie barykady. Powieść ważna, bo otwierająca oczy i  - na co liczę - która może uświadomić tych, którzy mówią: „Niemcy źli”, że po tamtej stronie granicy również działy się niewyobrażalne tragedie. 
Moja pełna recenzja dostępna jest tutaj

Opis Wydawcy:
Historia Joachima Wernera – artysty żyjącego w przedwojennych Niemczech – którego kariera zostaje przerwana, gdy władzę zdobywają naziści. Opowieść o miłości i namiętnościach w czasach totalitaryzmu, kiedy niemal każdy wybór decyduje o życiu lub śmierci.

***

lareinemargotpl


Mam nadzieję, że sięgniecie po którąś z powyższych powieści i że lektura umili Wam choć jeden długi jesienny wieczór. Jeśli tak się stanie, będzie mi niesamowicie miło, jeśli dacie mi znać - czy to tutaj w komentarzu, czy w wiadomości prywatnej na IG, czy nawet jak oznaczycie mnie na zdjęciu. 

Zaczytaną jesień czas zacząć!

9/27/2019

#91 Jim Shepard - Księga Arona

#91 Jim Shepard - Księga Arona
lareinemargotpl

Książek o Holokauście powstało już wiele. Podobnie jak o gettcie warszawskim, czy o przywoływanym na okładce „Księgi Arona” Januszu Korczaku. A tym samym o potwornościach tamtych czasów i o tym, jak ludzie walczyli o przetrwanie kolejnego dnia w oczekiwaniu na zakończenie wojny. Zawsze kiedy mam ochotę na literaturę pełną emocji, szukam i wybieram coś związanego z II Wojną Światową. Być może też dlatego, że uważam, że nie wolno nam o tym wszystkim zapomnieć. Ku przestrodze.

Jim Shepard - Księga Arona


„Księga Arona” to opowieść o chłopcu, który przed wybuchem wojny wraz z rodziną przeprowadza się do Warszawy. Jest to opowieść o dziecku, które właściwie chyba nigdy dzieckiem nie było, choć mówiło się o nim, że - jak to większość dzieci - myśli tylko o sobie. Wojna powoli zbiera swoje żniwa i Aron traci wszystko. Najpierw młodszego brata, który umiera wskutek choroby, później ojca i dwóch starszych braci wywiezionych do przymusowej pracy, przyjaciela zastrzelonego przez Niemców, a w końcu matkę, którą pokonał tyfus. Można by pomyśleć, że w tych okropnych czasach pozostał mu przynajmniej dach nad głową, ale również z domu (choć ciężko tak nazwać mieszkanie, w którym jego rodzina została przymusowo ulokowana i w którym wkrótce zamieszkała z nimi inna żydowska familia) zostaje szybko wyrzucony. W ten sposób nasz małoletni bohater ostatecznie trafia do Domu Sierot Janusza Korczaka. Prawdziwego bohatera stającego w obronie wszystkich dzieci.

Zawiedzione nadzieje


Wydawać by się mogło, że będzie to przejmująca i chwytająca za serce opowieść o losach człowieka w trudnej rzeczywistości. Że jeśli głównym protagonistą jest tu dziecko, to emocje będą się w czytelniku kotłować i wylewać łzami na kartki tej książki. Że człowiek zostanie rozjechany emocjonalnie i długo po przeczytaniu nie będzie mógł się pozbierać do kupy…

I ja właśnie na to liczyłam. Na tym mi zależało i tego oczekiwałam od tej książki czekając na nią niecierpliwie od dnia, kiedy tylko dowiedziałam się, że taka powieść wkrótce zostanie wydana.

Niestety okropnie się zawiodłam.

Powody nie są łatwe do opisania, bowiem trudno na przykład utyskiwać na fabułę, kiedy dotyczy takiej, a nie innej tematyki. I ja rozumiem, że celem autora było opisanie życia dziecka, którego dzieciństwo zostaje gwałtownie zakończone wybuchem najokrutniejszej wojny w historii współczesnego świata. W mojej opinii jednak z tych zaledwie 328 stron, spokojnie można by było wyciąć połowę, a historia by na tym nie tylko nie ucierpiała, ale wręcz zyskała. Dostajemy tu bowiem ogromną ilość zupełnie niepotrzebnych scen i tekstów sprawiających wrażenie tzw. „zapychaczy”. Spójrzcie na przykład na poniższy fragment:

"Wówczas Korczak zapytał go, czy wie, co jest gorsze od bycia starym człowiekiem, po czym sam sobie odpowiedział, że bycie starym Żydem. A co jest gorsze od bycia starym Żydem? - pytał dalej. Stary Żyd bez grosza przy duszy. A co jest gorsze od starego Żyda bez grosza przy duszy? Stary Żyd bez grosza przy duszy, który jest niezaradny. A co jest gorsze od starego, niezaradnego Żyda bez grosza przy duszy? Stary, niezaradny Żyd bez grosza przy duszy, który jest obarczony wielką rodziną. A co jest gorsze... (...)" [ciągnie się to dalej jeszcze przez kilka zdań, ale oszczędzę Was...]

Sądzę, że w zamyśle Sheparda usprawiedliwia to fakt, że narracja prowadzona jest w pierwszej osobie przez naszego głównego bohatera, a zatem dziecko. A tok myślenia dziecka różni się nieco od dorosłego i przez to otrzymujemy tu ciągi myślowe, w których jedno zdanie nie ma żadnego związku z drugim albo opis sytuacji prowadzony jak w poniższym przykładzie:

„Jego córka powiedziała, że ma dziewiętnaście lat, a syn oznajmił, że jest głodny.”

Oddać Shepardowi trzeba, że brzmi to dokładnie tak, jak wyobrażałabym sobie historię opowiadaną przez dziecko, ale tylko w zakresie konstrukcji wypowiedzi. Niestety styl Sheparda jest jak surowy i suchy raport dotyczący faktów. Niby wielokrotnie otrzymujemy stwierdzenie, że tytułowy bohater płacze, ale jest to znowu stwierdzenie faktu, a nie emocjonalny opis sytuacji, która doprowadziła to dziecko do wylewania łez.

lareinemargotpl

Jedynym fragmentem, który wywołał we mnie odrobinę poruszenia był finałowy akapit. Biorąc pod uwagę, że Shepard miał ponad trzysta stron, żeby mnie ująć, wynik jest naprawdę kiepski.

Jim Shepard podaje w posłowiu imponującą bibliografię, z którą zapoznawał się przez wiele lat i osobiście uważam, że dużo lepszym posunięciem z jego strony byłoby napisanie reportażu, a nie powieści fabularnej. Bo ta druga, w przypadku tej tematyki, powinna czytelnikiem wstrząsnąć, wytargać go, zmusić do refleksji i zapewnić czytelniczego kaca po zamknięciu książki.

Niestety. Moje niedoczekanie.

Moja ocena: 👍/5

Tytuł: Księga Arona
Autor: Jim Shepard
Wydawnictwo: Sonia Draga
Liczba stron: 328
Data wydania: 18 września 2019

Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu:





9/25/2019

[Głośno myślę...] Blogowanie jako nowa forma żebractwa

Po sukcesie ebooków zawierających wiedzę dostępną za darmo sądziłam, że nic mnie już nie zdziwi. Och, jakże się myliłam! Zanim jednak przejdę do meritum, przyznam, że w sumie cieszą mnie takie sytuacje, bo przynajmniej dostarczają mi kolejnych tematów do felietonów. Bo mimo że zdarza się, że ktoś odejdzie z grona moich obserwujących, to mam wrażenie, że jakoś nikt nie ma odwagi wytykać palcem tych absurdów, które dzieją się w blogosferze, a ja nie lubię, jak mówi się o tym tylko szeptem po kątach czy w prywatnych wiadomościach. Pewne rzeczy moim zdaniem trzeba tępić i mówić o nich głośno.

I o ile uważam, że każdy może sobie na własnym blogu robić, co chce - na zasadzie: bloguj i pozwól blogować innym, o tyle czasem mnie krew zalewa, jak ktoś mi podeśle takiego „kwiatka”.

O czym mowa?

Okazuje się, że dzisiaj można żebrać o to, żeby ludzie zapłacili za to, że ktoś bloguje. I nie na zasadzie platformy Patronite, gdzie można zbierać na przykład na lepszy sprzęt do zdjęć, co można usprawiedliwić, jeśli ktoś naprawdę robi piękne fotografie, które na przykład później drukuje i wysyła do swoich sponsorów w ramach podziękowania. 

Nie, wyobraźcie sobie, że dzisiaj można prosić o wpłacanie kasy za to, że się prowadzi bloga o książkach. Czyli na chłopski rozum: ktoś dostaje książkę od wydawnictwa, najprawdopodobniej również pieniądze za recenzję i posty na Instagramie, a taki bloger jeszcze montuje na swojej stronie przycisk do płatnej subskrypcji. Żeby mu czytelnicy płacili za to, że robi to, co chce robić. A chce pisać recenzje. I nazywa to „formą wspierania blogerów”…

Na Patronite osoba zbierająca na siebie kasę z góry musi określić, co od niej otrzymają osoby, które wpłacą na nią wyznaczoną kwotę. Czasem są to rzeczy fizyczne, czasem jest to coś związanego bezpośrednio z robotą blogerską. Tymczasem pomysł, o którym ja piszę, polega na tym, że najpierw płacisz „w ciemno”, tak o, bo nie masz co z hajsem robić, a później, jeśli bloger uzna, że wpłacane kwoty mu odpowiadają, to może wymyśli jakieś fajne rzeczy dla subskrybentów… 

Już prędzej zrozumiem te ebooki o niczym. A właściwie to ja je wręcz doskonale rozumiem, bo skoro coś się sprzedaje, to czemu tego nie robić. Nie rozumiem strony kupującej, ale o tym już pisałam w felietonie, który znajdziecie tutaj.

A teraz mamy nowoczesną formę żebractwa - na miarę XXI wieku.
Zapłać mi za to, że będę robić to, co dotychczas.
Co dostaniesz w zamian?
Figę z makiem.

To może ja też spróbuję:

Ej, drodzy Czytelnicy, zapłaćcie mi, to wstanę jutro z łóżka.


9/24/2019

#90 Planer utkany z marzeń od Gabrieli Gargaś

#90 Planer utkany z marzeń od Gabrieli Gargaś
Odkąd pamiętam, uwielbiam wszelkie kalendarze i, jak to się teraz modnie mówi: planery. Z czasów licealnych mam kilka takich zeszytów zapisanych od pierwszej do ostatniej strony, które ledwo się kupy trzymają, tak bardzo są zużyte. Później, w tak zwanym dorosłym życiu, to hobby i nawyk do codziennego pisania zmienił się w zapiski hasłami, o czym trzeba pamiętać, a w najlepszym wypadku od połowy roku już nie było w nim nic. Co nie przeszkadza mi kupować ciągle nowych… Bardzo bym chciała być zorganizowana i faktycznie planować na papierze oraz odhaczać wykonane zadania, bo to bardzo motywujące do dalszego działania, jednak mój słomiany zapał zwykle wygrywa. Kiedy jednak przed oczami pojawia się kolejny planer, nie mogę się powstrzymać i tym właśnie sposobem do mojej kolekcji dołączył „Planer utkany z marzeń” od Gabrieli Gargaś.

lareinemargotpl

Planer utkany z marzeń od Gabrieli Gargaś


Jest to jedna z najtańszych propozycji na rynku, a planer można dostać już za dwadzieścia kilka złotych w księgarniach internetowych, zatem byłam bardzo ciekawa, jak prezentuje się on na żywo.

Okładka przedstawia się bardzo ładnie, choć mnie osobiście nie podoba się ckliwe hasło, którym ów planer został opatrzony, ale to oczywiście rzecz gustu.

Co znajdziemy w środku?

Na początku znajduje się wstęp napisany przez autorkę, która opowiada nieco o sobie i swoim podejściu do planowania, a także opisuje szczegółowo, z czego składa się planer i podpowiada, jak go używać, choć robi to nie narzucając swojego pomysłu. W tekstach Gargaś zawartych w planerze znajdziemy sporo haseł w stylu „bądź sobą”, „nie uzależniaj swojego szczęścia od innych ludzi”, czy „jeśli coś Cię uwiera, to to zmień”. Czyli haseł, które z założenia mają być motywujące i być może dla niektórych są, dla mnie sposób ich podania jest ciężkostrawny, ale ja nie lubię takiego „pitu-pitu”, jak ja to określam. Teksty motywacyjne i afirmacyjne są przydatne, owszem, ale ich skuteczność zależy od tego, w jaki sposób są przekazane.

W planerze znajduje się również opowiadanie autorki, które pozwolę sobie pominąć milczeniem, bo już ostatnio przy recenzji jej najnowszej powieści (która znajduje się tutaj) wypowiedziałam się na temat jej stylu, a ten jest kompletnie nie w moim guście.

Planer zawiera dość sporo miejsca na własne zapiski związane z celami - przyszłymi lub tymi już osiągniętymi. Możemy wypisać listę przeczytanych książek, poznanych ludzi czy tego, czego się nauczyłyśmy, a także wylistować cele na kolejny rok: co zrobimy, a co sobie odpuścimy. 


Na początku każdego miesiąca znajdziemy miesięczny harmonogram, w którym można skrótowo zapisać ważne wydarzenia na najbliższy czas.

la reine margot

Podział tygodnia w całym planerze wygląda mniej więcej tak samo i poza miejscem na zapiski pod każdym dniem, znajdziemy tu również miejsce na notatki czy listę zakupów.


We wstępie autorka pisze, że w planerze znajdują się inspirujące cytaty. Owszem, jest ich całkiem sporo, a przedstawiają się mniej więcej tak:

la reine margot

Dla kogo planer od Gabrieli Gargaś?


Przyznaję, że szata graficzna jest atrakcyjna dla oka, podoba mi się kolorystyka i niewątpliwie dobrym pomysłem jest uzupełnianie dat przez użytkownika, dzięki czemu można rozpocząć korzystanie z planera w dowolnym momencie. Ja jednak chyba już jestem za stara - ten planer podobałby mi się, kiedy miałam lat naście. Dzisiaj zdecydowanie preferuję jednak bardziej eleganckie kalendarze i planery, których zawartość jest nieco bardziej dostosowana do potrzeb ludzi... hmm... dorosłych.


9/22/2019

#89 Gabriela Gargaś - Kiedyś się odnajdziemy

#89 Gabriela Gargaś - Kiedyś się odnajdziemy
Myśl o przeczytaniu którejś z powieści Gabrieli Gargaś chodziła za mną od dłuższego czasu. Z literaturą kobiecą jest mi jednak nieco nie po drodze, dlatego ciągle odkładałam to na bliżej nieokreślone „później”. Ponieważ jednak kryminały i thrillery nieco mi się przejadły, a Czwarta Strona złożyła mi propozycję zrecenzowania najnowszej powieści autorki, stwierdziłam, że jest to dobry moment na spróbowanie czegoś innego. I tym sposobem w moje ręce wpadło „Kiedyś się odnajdziemy”. 

la reine margot


Gabriela Gargaś - Kiedyś się odnajdziemy 


Wyjątkowo posłużę się opisem fabuły z okładki, bo choćbym nie wiem, jak długo myślała, to nie jestem w stanie dodać do niego nic od siebie…

Janka ucieka z ogarniętego wojną Wołynia i musi zostawić młodszą siostrę u obcej rodziny. Obiecuje, że po nią wróci, lecz w tamtym czasie każde pożegnanie może być już na zawsze. I wtedy los stawia na jej drodze inną małą dziewczynkę, która została na świecie zupełnie sama. Czy Janka pokocha ją jak własną siostrę?
W Warszawie Tadek poznaje Annę, w której niebieskich oczach można się zatracić. Rodzące się uczucie wystawi na próbę więź łączącą go z najlepszym przyjacielem. Jaką cenę zapłaci za podjęte decyzje?
Po latach drogi Janki i Tadka się połączą. Tych dwoje doświadczyła wojna, ale przed nimi jeszcze całe życie…
Kiedyś się odnajdziemy to opowieść o miłości, która potrafi przetrwać największe cierpienie, stracie, której nie można przeboleć, i błędach, które trudno wybaczyć.

Nie moja bajka


Miałam ogromny dylemat, co napisać w tej recenzji. Z jednej strony okazało się bowiem, że ze stylem autorki jest mi zupełnie nie po drodze. Już podczas lektury pierwszych kilkunastu stron prawie zgrzytałam zębami. Gabriela Gargaś ma tendencję do nadużywania zdrobnień, których nie znoszę. O ile w pierwszym akapicie było to wręcz wskazane i który zapowiadał naprawdę przyjemną lekturę, o tyle dalej nie było według mnie niczym uzasadnione. 

Jestem w stanie jednak zrozumieć, dlaczego autorka ma rzesze oddanych fanek i co w jej powieściach może się podobać. Po pierwsze: czyta się to ekspresowo. Jeśli więc ktoś lubi relaks z akompaniamentem szelestu szybko przewracanych kartek, to Gargaś sprawdzi się na bank. Po drugie: jak już wspomniałam, jest to literatura typowo kobieca, a więc naszpikowana naiwnością, nadzieją i generalnie, choć niby ocierająca się o II Wojnę Światową, jest to powieść skonstruowana z przepoetyzowanych emocjonalnych opisów. A to większość kobiet lubi. 

Ja do nich nie należę.

Tytuł: Kiedyś się odnajdziemy
Autor: Gabriela Gargaś
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Liczba stron: 445
Data wydania: 14 sierpnia 2019


Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu:


9/21/2019

[Głośno myślę...] Kiedyś było lepiej, czyli jak zmieniły się zasięgi na Instagramie

[Głośno myślę...] Kiedyś było lepiej, czyli jak zmieniły się zasięgi na Instagramie

Jakiś czas temu u którejś z samozwańczych specjalistek od Instagrama przeczytałam, że Instagram wcale nie zmienił algorytmów. Bardzo mnie zdziwiło to stwierdzenie i nie daje mi spokoju. Głównie dlatego, że ludzie łykają takie bzdury jak pelikany i później chodzą i powtarzają. Nie mam oczywiście żadnego dowodu w postaci „pracownik IG powiedział, że…”, ale wystarczy odrobina pomyślunku i obserwacji. Po wyzwaniu Dominiki z @kobiecafotoszkola mogę na własnym przykładzie pokazać Wam, że coś jednak z tą zmianą algorytmów jest na rzeczy.


Wyzwania zwiększają zasięgi na Instagramie


Zacznę od wyjaśnienia, czym jest wspomniane wyzwanie. Dominika prowadzi kursy fotograficzne i dwa razy do roku organizuje na Instagramie #wyzwaniekfs. Przez pięć dni wszyscy chętni publikują zdjęcia na zadane przez Dominikę tematy i wzajemnie się odwiedzają przeglądając posty pod przypisanymi hasztagami - lajkują i komentują. W całości chodzi zarówno o naukę fotografii (Dominika codziennie wysyła newsletter z praktycznymi informacjami, prowadzi live na Instagramie z poradami itd.), jak i o zabawę, ale także o to, by się wzajemnie inspirować, poznawać i... jak by nie było: zwiększać swoje zasięgi. 

Pierwszy raz wzięłam w tej zabawie udział w marcu tego roku. Bawiłam się świetnie - zarówno podczas przygotowywania zdjęć, ale też po ich publikacji. Ilość polubień i komentarzy, a także przyrost nowych obserwatorów przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Na podobne efekty liczyłam również tym razem. Niestety Instagram wie lepiej i wyzwanie nie spełniło moich oczekiwań. Poniżej tłumaczę dlaczego.

Porównanie marzec vs wrzesień


Weźmy jedno ze zdjęć, które opublikowałam podczas marcowej edycji wyzwania. 

lareinemargotpl

Celowo nie używam tutaj postu, który zdobył wtedy ze wszystkich moich zdjęć największą ilość polubień, bo chcę Wam to pokazać na przeciętnym zdjęciu.

Zdjęcie nie jest brzydkie, ale też - nie oszukujmy się - nie jest to nawet jedna z lepszych moich prac. Dzięki wyzwaniu Dominiki dostało aż 971 serduszek. To rewelacyjny wynik.

lareinemargotpl

Spójrzmy jednak na zasięgi, bo to nas najbardziej interesuje:

la reine margot
Zdjęcie dotarło do 4635 indywidualnych użytkowników, z czego aż 74% mnie w tamtej chwili nie obserwowało. 74% to bardzo, bardzo dobry wynik.

Ale żeby wiedzieć, co tu się zadziało, musimy wejść w te statystyki trochę głębiej. 

lareinemargotpl


3572 wyświetlenia z hasztagów to naprawdę sporo jak na takie zdjęcie. Domyślam się (bo jeszcze w Polsce nie mamy opcji sprawdzenia w statystykach, które hasztagi pomogły nam najbardziej), że najlepszą robotę zrobiły tutaj hasztagi związane z wyzwaniem, bo w całej akcji chodzi o to, żeby odkrywać - nie tylko swoje umiejętności, ale też inne zdolne osoby. Co istotne, po tym zdjęciu zaczęło mnie obserwować 8 nowych osób. Podczas całej edycji wyzwania (5 dni) przybyło ich 72. 

W tamtym czasie miałam (przed wyzwaniem) 4444 obserwatorów.

Teraz spójrzmy na zdjęcie, które w nowej edycji wyzwania zdobyło najwięcej polubień.

la reine margot
la reine margot


(Uwaga, pro tip! Jak dodasz dwa zdjęcia, to osoby, które zobaczą je za pierwszym razem i nie zareagują, za jakiś czas na swoim głównym feedzie zobaczą drugie z Twoich zdjęć, które być może spodoba im się bardziej i wtedy klikną serduszko 😉).

Liczba polubień:

lareinemargotpl


Zasięg: bida z nędzą… 

la reine margot


Wyświetlenia:

lareinemargotpl


Zasięg z hasztagów jest co najmniej żenujący. Dodam, że są tu hasztagi, które zawsze pomagały mi z zasięgiem. Na zdjęciach są również lubiane przez moich stałych odbiorców elementy: regały oraz stosy książek.

Oczywiście o gustach się nie dyskutuje i być może ludziom się te zdjęcia nie podobają - przyjmuję  taką możliwość. Tyle tylko, że w pierwszą godzinę zdjęcie miało prawie 300 polubień, co oznacza, że algorytm powinien wypuszczać je dalej - poza grono moich obserwatorów. Tymczasem zasięg, a przede wszystkim wyświetlenia z hasztagów pozostają na żałosnym poziomie.


Im więcej obserwujących, tym gorzej


Obecnie obserwują mnie 5343 osoby.

I tutaj jest miejsce na mój wniosek, który klarował się już od jakiegoś czasu. Odkąd przekroczyłam 5000 obserwujących (a przekroczyłam dwa razy, ponieważ raz wyczyściłam konto z obserwatorów, którzy obserwują tysiące kont, mają nieaktywne konta itd.) moje zasięgi poleciały na łeb na szyję. Widzę sporo osób, które mają 1000-3000 obserwujących i ich zdjęcia mają znacznie więcej polubień. 

Można wnioskować, że użyłam słabych hasztagów. 

Problem polega na tym, że niedawno przeprowadziłam test. Kilkukrotnie zrobiłam podobne zdjęcia (oczywiście nie kopiując czyjejś pracy, a nie oszukujmy się - ręka z kubkiem na tle biblioteczki nie jest jakoś mega oryginalnym pomysłem, tak jak selfie z czaszką czy flatlay z nogami i śniadaniem na łóżku…) i użyłam tych samych hasztagów, co ktoś z mniejszym kontem, kto pod takim zdjęciem miał blisko tysiąc polubień. U mnie się nie sprawdziło.

A i ja więcej polubień (z wyzwaniem czy bez) zdobywałam, kiedy miałam znacznie mniejsze grono obserwatorów.

Konkluzja jest zatem taka, że owszem, istnieją algorytmy, które ograniczają zasięg. I choćby nie wiem co - nie przeskoczymy tego. A jak mi nie wierzycie, to zajrzyjcie na jakieś konto kogoś kto ma 5-20k obserwujących i zwróćcie uwagę, że liczba polubień waha się (w zależności od jakości zdjęcia) między 5 a 10%. Rzadko kiedy przekraczając 10%. A należy wziąć pod uwagę fakt, że przecież polubienia zgarnia się nie tylko od osób, które nas obserwują.

Zatem nie wierzcie w bajki, że zmiana algorytmów to bzdura.

A przede wszystkim to dzisiaj chyba trzeba już po prostu przyjąć, że „jest jak jest” i zamiast walczyć o zasięgi i polubienia, wrócić do traktowania tego wszystkiego z przymrużeniem oka i po prostu wyciskać z tego fun! I wierzcie mi, że rozumiem, jeśli się frustrujecie, bo ja sama zgrzytam zębami. Nie po to wszyscy się staramy, żeby nasze prace widziała garstka ludzi, do których równie dobrze moglibyśmy wysłać fotografie w prywatnej wiadomości. Tak samo, jak nie po to klikamy „obserwuj” na czyimś koncie, żeby później nie widzieć jego postów. Niestety ta frustracja do niczego nie prowadzi i niczego nie zmieni. 

Dlatego właśnie ja od niedawna zmieniam nieco mój profil na Instagramie i też trochę zaniedbałam spójność. Stawiam po prostu na to, co mi się podoba i co sprawia mi radość. I to samo polecam Wam.


Back to basics.
Copyright © 2016 la reine margot , Blogger