9/25/2019

[Głośno myślę...] Blogowanie jako nowa forma żebractwa

Po sukcesie ebooków zawierających wiedzę dostępną za darmo sądziłam, że nic mnie już nie zdziwi. Och, jakże się myliłam! Zanim jednak przejdę do meritum, przyznam, że w sumie cieszą mnie takie sytuacje, bo przynajmniej dostarczają mi kolejnych tematów do felietonów. Bo mimo że zdarza się, że ktoś odejdzie z grona moich obserwujących, to mam wrażenie, że jakoś nikt nie ma odwagi wytykać palcem tych absurdów, które dzieją się w blogosferze, a ja nie lubię, jak mówi się o tym tylko szeptem po kątach czy w prywatnych wiadomościach. Pewne rzeczy moim zdaniem trzeba tępić i mówić o nich głośno.

I o ile uważam, że każdy może sobie na własnym blogu robić, co chce - na zasadzie: bloguj i pozwól blogować innym, o tyle czasem mnie krew zalewa, jak ktoś mi podeśle takiego „kwiatka”.

O czym mowa?

Okazuje się, że dzisiaj można żebrać o to, żeby ludzie zapłacili za to, że ktoś bloguje. I nie na zasadzie platformy Patronite, gdzie można zbierać na przykład na lepszy sprzęt do zdjęć, co można usprawiedliwić, jeśli ktoś naprawdę robi piękne fotografie, które na przykład później drukuje i wysyła do swoich sponsorów w ramach podziękowania. 

Nie, wyobraźcie sobie, że dzisiaj można prosić o wpłacanie kasy za to, że się prowadzi bloga o książkach. Czyli na chłopski rozum: ktoś dostaje książkę od wydawnictwa, najprawdopodobniej również pieniądze za recenzję i posty na Instagramie, a taki bloger jeszcze montuje na swojej stronie przycisk do płatnej subskrypcji. Żeby mu czytelnicy płacili za to, że robi to, co chce robić. A chce pisać recenzje. I nazywa to „formą wspierania blogerów”…

Na Patronite osoba zbierająca na siebie kasę z góry musi określić, co od niej otrzymają osoby, które wpłacą na nią wyznaczoną kwotę. Czasem są to rzeczy fizyczne, czasem jest to coś związanego bezpośrednio z robotą blogerską. Tymczasem pomysł, o którym ja piszę, polega na tym, że najpierw płacisz „w ciemno”, tak o, bo nie masz co z hajsem robić, a później, jeśli bloger uzna, że wpłacane kwoty mu odpowiadają, to może wymyśli jakieś fajne rzeczy dla subskrybentów… 

Już prędzej zrozumiem te ebooki o niczym. A właściwie to ja je wręcz doskonale rozumiem, bo skoro coś się sprzedaje, to czemu tego nie robić. Nie rozumiem strony kupującej, ale o tym już pisałam w felietonie, który znajdziecie tutaj.

A teraz mamy nowoczesną formę żebractwa - na miarę XXI wieku.
Zapłać mi za to, że będę robić to, co dotychczas.
Co dostaniesz w zamian?
Figę z makiem.

To może ja też spróbuję:

Ej, drodzy Czytelnicy, zapłaćcie mi, to wstanę jutro z łóżka.


6 komentarzy:

  1. Chmm... z jednej strony się zgodzę, bo faktycznie trochę to głupie, ale z drugiej no własnie mamy ten XXI wiek i każdy ma prawo robić co chce, o ile to nie szkodzi drugiej osobie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne, niech robią, co chcą. Wyszłam z tego samego założenia pisząc ten tekst. :)

      Usuń
  2. I ktos wplaca? Ja chyba bym takiego blogera olala.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie interesowałam się, czy są takie osoby, ale wnioskując po gównoburzy, jaka po tym tekście wybuchła, nie mam wątpliwości i potrzeby sprawdzania...

      Usuń
  3. Co do ebooków zgadzam się, bo jest wiele tak banalnych, nawet nie są ebookami tylko bardziej prezentacjami w PowerPoint, co do "żebractwa" po pierwsze przyznam, że o tym nie słyszałam, po drugie jeśli dobrze zrozumiałam to dość dziwne, sama z pewnością bym się na coś takiego nie zdecydowała. Z drugiej, jeśli ludzie Cię czytają, w jakimś sensie "wymagają" dyspozycyjności, chcą, żebyś odpowiadała, podpowiadała, wrzucała jak najczęściej posty na bloga, instagram, instastories to w sumie nie ma się co dziwić, że ktoś czegoś za to chce. Pieniądze są potrzebne po to, żeby kanał się rozwijał. Tylko być może nie do końca zrozumiałam o co chodzi z tym żebractwem, bo nie znam tego zjawiska.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, Aniu, zgadzam się z tymi ebookami i niestety znaczna ich większość to ładne graficznie teksty o niczym. Co do drugiej kwestii, to ja rozumiem, że wielu blogerów "na pełen etat" zwyczajnie traktuje to jako pracę i zarabia na blogowaniu. Ale właśnie: zarabia, a nie prosi o to, żeby mu wpłacano pieniądze. To drugie w mojej opinii nie różni się zupełnie niczym od wyjścia na ulicę i proszenia przechodniów o jałmużnę. Człowiek ma pracę, zarabia, jedzenia mu nie brakuje, ale prosi o pieniądze na swoje - w gruncie rzeczy - hobby. Zarabianie na blogu - tak, proszenie o to, żeby czytelnicy po prostu wpłacili na konto, bo lubią czytać czyjeś teksty? To jest dla mnie żebractwo. Sama dobrze pewnie wiesz, że na blogu da się zarabiać. Proszenie o wpłaty jest pójściem na łatwiznę i podejściem w stylu: "a może znajdzie się jakiś frajer, który wpłaci, to będę mieć kasę za nic". Tym bardziej, że to nie była prośba w stylu Patronite, gdzie zostało obiecane, że jeśli zbierze się dana kwota, to na blogu pojawi się coś specjalnego. Nie, to było: dajcie mi, a ja może kiedyś pomyślę, czy zrobić tu coś ekstra...

      Usuń

Copyright © 2016 la reine margot , Blogger