10/17/2019

[Edycja zdjęć] Stwórz jesienny profil na Instagram dzięki Adobe Lightroom Mobile

[Edycja zdjęć] Stwórz jesienny profil na Instagram dzięki Adobe Lightroom Mobile
Na wstępie już zaznaczę, że nie jestem mistrzem Lightrooma. Oj, nie! Ale nadszedł taki moment w mojej instagramowej „karierze”, że zamarzyło mi się posiadać zdjęcia z filtrami, które są dopasowane dokładnie do moich fotografii, które pasują do siebie i nie są identyczne z cudzymi. Oczywiście nie ma się co oszukiwać, że zarówno zdjęcia, jak i ustawienia, których używam, są podobne do tych, które znajdziecie na innych profilach - w dzisiejszych czasach trudno o stuprocentową oryginalność, bo przeglądając setki czy tysiące zdjęć dziennie, tak czy siak w jakimś stopniu się inspirujemy cudzymi pracami. Temat inspiracja vs kopiowanie pozwolę sobie jednak zostawić na inny raz. Dzisiaj porozmawiamy o stworzeniu własnego presetu w aplikacji Lightroom.

Korzystanie z aplikacji Adobe Lightroom Mobile


Wersja mobilna aplikacji jest darmowa i można ją pobrać tu (iOS) albo tu (Android). Warto jednak rozważyć wykupienie miesięcznego abonamentu (kosztuje to zdaje się około 20 złotych), dzięki czemu odblokowują nam się wszystkie możliwości dostępne w mobilnej aplikacji.

Osobiście używam tej aplikacji stosunkowo od niedawna (może z pół roku), ale dzisiaj nie wyobrażam sobie, żebym jej nie miała. Na początku ogrom opcji i suwaków nieco mnie przytłoczył, a wszystkie początkowe próby edycji kończyły się przełączaniem do aplikacji VSCO i korzystaniem z dostępnych tam filtrów. Kiedy jednak aplikacja ta mnie zawiodła, albowiem za nic w świecie nie mogłam otrzymać na swoich zdjęciach takiego odcienia bieli, jaki mnie satysfakcjonował, zawzięłam się i przekopałam internet w poszukiwaniu darmowego presetu do Lightrooma, który da mi taką biel, jakiej oczekiwałam.

Nie znalazłam.

Owszem, jest całe mnóstwo płatnych presetów, które najprawdopodobniej wyglądałyby pięknie również na moich zdjęciach, ale ja jestem z tych, którzy nie lubią wydawać pieniędzy na rzeczy niematerialne, a które na dodatek można stworzyć samemu.

Moje zawzięcie doprowadziło do tego, że użyłam darmowego presetu, który dostosowałam do siebie (zajęło mi to parę godzin) i tym sposobem uzyskałam pierwszy własny zestaw ustawień, którego używałam do wszystkich zdjęć… przez jakiś czas. Później mi się znudziło i… zaczęłam kombinować samodzielnie. Dzisiaj mam zapisanych blisko piętnaście własnych presetów. Nie korzystam ze wszystkich, ale ciągła chęć poprawiania i dążenia do ideału sprawia, że co jakiś czas dla zabawy edytuję swoje fotki i tworzę coś nowego.

Ostatnio natomiast zamarzyły mi się jesienne zdjęcia. I to jesienne nie tylko za sprawą tego, co fotografie przedstawiają, ale również (a może nawet i przede wszystkim) dzięki odpowiedniej kolorystyce. 

W jeden wieczór (i pół nocy…) stworzyłam kilka jesiennych zestawów, które obecnie stosuję. Bo widzicie, sprawa nie jest taka prosta, że macie preset i jednym kliknięciem sprawicie, że każde zdjęcie będzie wyglądać tak samo. Każda fotografia przedstawia coś innego - w innej kolorystyce, oświetleniu, kontraście i tak dalej. Posiadanie presetu stanowi jedynie bazę wyjściową do dalszej edycji - należy go bowiem dostosować do warunków edytowanego zdjęcia. Dlatego właśnie w tej chwili korzystam z kilku presetów, dzięki którym moje posty na instagramie zestawione ze sobą, wyglądają spójnie (dlaczego spójność jest ważna możecie przeczytać w tym poście).

Przechodząc do meritum: dzisiaj pokażę Wam, jak stworzyć sobie taką piękną instagramową jesień. Podejrzewam, że nie muszę, ale podkreślę, że nie to ładne, co ładne, a to, co się komu podoba i osobiście jestem bardzo zadowolona z efektu tej edycji, co nie oznacza, że Wam również musi się podobać. Taki jednak przykład wybrałam (przesuń pasek na środku, żeby po prawej stronie zobaczyć efekt):





Tworzenie własnego presetu w Adobe Lightroom Mobile


Poniżej znajdziecie konkretne ustawienia, których użyłam. Będziecie też mogli zobaczyć na bieżąco, jakie zmiany zachodziły na zdjęciu podczas edycji.

Zaczynamy od zabawy suwakami od szeroko rozumianego światła (na poniższych screenach możecie zobaczyć, w którym miejscu ustawień jesteśmy dzięki białemu paskowi po prawej stronie, tutaj podkreśla "słoneczko") - zmieniamy między innymi ekspozycję czy kontrast:


lareinemargotpl



Następnie przechodzimy do ustawień kolorystycznych i dostosowujemy między innymi temperaturę i nasycenie kolorów:


lareinemargotpl

Od razu przechodzimy do tzw. "color mix", który znajduje się powyżej suwaków pokazanych na powyższym zdjęciu i dostosowujemy odcienie (fioletu i różu nie ruszałam):


lareinemargotpl

lareinemargotpl

lareinemargotpl

lareinemargotpl

lareinemargotpl

lareinemargotpl


Następnie przechodzimy do zakładki "Effects", gdzie klikamy na ikonę "Split toning" w prawym górnym rogu i dostosowujemy kolorystykę jasnych i ciemnych tonów:

lareinemargotpl

lareinemargotpl

Kolejny krok to "Details", gdzie wyostrzamy szczegóły zdjęcia:

lareinemargotpl

lareinemargotpl

Wracamy do "efektów" i przesuwamy trzy pierwsze suwaki:

lareinemargotpl


Wracamy do ustawień "światła", gdzie klikamy na "curve" (krzywe tonowe) i pozostając na palecie barw RGB (kolorowe kółeczko po prawej) dostosowujemy jak poniżej. Bardzo ogólnie sprawę ujmując, rzecz dotyczy kontroli nad cieniami i światłem.

lareinemargotpl


Żeby zapisać ustawienia jako gotowy preset, dzięki któremu kolejnym razem będziemy mogli zmienić nasze zdjęcie kilkoma kliknięciami, wybieramy trzy kropeczki w kółeczku, które wyświetlają się w prawym górnym rogu zdjęcia i zapisujemy preset:

lareinemargotpl


 Gotowe!


lareinemargotpl


Z wielką chęcią wyjaśniłabym Wam, na czym to wszystko polega, ale nie umiem - nigdy nie byłam dobra w tłumaczeniu czegokolwiek, dlatego pokazuję na zrzutach ekranu. Ja to po prostu widzę i wiem, co mi daje korzystanie z tego narzędzia. Wydaje się ono skomplikowane, ale wcale takie nie jest. Wystarczy odrobina praktyki i człowiek zaczyna rozumieć, o co tutaj chodzi i jakich efektów można się spodziewać. 

Jeśli spodobał się Wam ten preset, będzie mi bardzo miło, jeśli będziecie oznaczać mnie na instagramie na przerobionych nim zdjęciach - bardzo chciałabym go zobaczyć "w akcji" u Was. Powtórzę jednak raz jeszcze: samo nałożenie gotowego presetu na inne zdjęcie może nie dać Wam upragnionego efektu. Każda fotografia jest inna i niektóre ustawienia trzeba za każdym razem poprawiać. Czasem zmienić odcień w "Split toning", czasem ekspozycję, innym razem podbić temperaturę itd. Jest to jednak jakaś baza wyjściowa do zabawy Lightroomem i tworzenia własnych ustawień, a tym samym - do stworzenia pięknej jesiennej siatki zdjęć na Instagramie.

I co? Nie było tak strasznie, prawda?

Inne zdjęcia z użyciem tego presetu:

lareinemargotpl


Jeśli spodobał Ci się ten wpis, będzie mi miło, jak zostawisz komentarz. 😊






















10/17/2019

Anna Zamojska - Nigdy więcej (fragment)

Anna Zamojska - Nigdy więcej (fragment)
Są takie książki, które sprawiają, że człowieka boli sama świadomość tego, że istnieją. Że opisane w nich sytuacje miały miejsce w świecie rzeczywistym, a nie tylko tym wyimaginowanym. Że ktoś musiał przejść przez piekło, by dana historia mogła ostatecznie pojawić się zapisana na kartkach papieru. A zanim mogło do tego dojść, ktoś musiał poskładać swoje potrzaskane na kawałki życie w całość. 

Tą osobą jest Anna Zamojska, która spisała swoje wspomnienia. Trudne, bolesne, druzgocące. Autorka bowiem przeżyła koszmar, a jej oprawcą była osoba duchowna.

To książka bardzo potrzebna. To kolejny krok w stronę uświadamiania społeczeństwa, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami kościołów i plebanii. 

Dzięki uprzejmości wydawnictwa Insignis mam dla Was fragment tej poruszającej historii, w którym znajdziecie wstęp Reginy Brett, której książki skłoniły autorkę "Nigdy więcej" do przekazania swojej historii światu. Wystarczy, że klikniecie na poniższe zdjęcie.




10/15/2019

#96 Jonathan Carroll - Mr. Breakfast

#96 Jonathan Carroll - Mr. Breakfast
Pierwszą książką Jonathana Carrolla, którą przeczytałam mając wówczas lat siedemnaście, była „Kraina chichów”. Powieść tę podsunęła mi koleżanka z klasy i… przepadłam. Od tamtej pory w zawrotnym tempie przeczytałam wszystkie wydane dotychczas książki autora. Miłość do jego prozy trwała w najlepsze również przez pierwsze lata moich studiów, po czym umarła podczas lektury „Zakochanego ducha” w 2007 roku. Od tamtej pory nie sięgnęłam ani po nowsze książki Carrolla, ani nie wróciłam do starych, mimo że w 2017 roku miałam okazję spotkać autora przy okazji jego wizyty w jednym ze szczecińskich empików, kiedy to kupiłam wydany wówczas zbiór opowiadań, „Kolacja dla wrony”, do której to książki zresztą do tej pory nie zajrzałam. Kiedy pojawiła się zapowiedź „Mr. Breakfast”, w pierwszej chwili zignorowałam tę informację. A później z ciekawości przeczytałam opis fabuły. Zaintrygował mnie na tyle, by zamówić książkę w przedsprzedaży i przeczytać ją w dwa wieczory. Czy było warto?

lareinemargotpl


Jonathan Carroll - Mr. Breakfast


Graham Patterson to facet, któremu trochę w życiu nie wyszło. Rozstał się z ukochaną, a jego wymarzona kariera komika zakończyła się fiaskiem. Graham postanawia zatem wyruszyć do Kalifornii, gdzie być może podejmie się pracy w firmie swojego brata. Po drodze jednak trafia do wyjątkowego studia tatuażu, w którym decyduje się na jeden ze wzorów. Okazuje się, że wybrany przez niego tatuaż daje mu możliwość przemieszczania się pomiędzy trzema wersjami jego własnego życia. Na koniec mężczyzna musi zdecydować, którym Grahamem Pattersonem ostatecznie chce pozostać.
W międzyczasie, w odległej przyszłości, inny mężczyzna, James Arthur, pisze biografię Grahama Pattersona - znanego i cenionego fotografika. 
Które życie zatem zdecydował się wieść Patterson i jakie wydarzenia doprowadziły do podjęcia przez niego takiej, a nie innej decyzji?

Czasem stara miłość jednak rdzewieje


O ile cała historia prowadzi do zaskakującego finału i czyta się ją dość przyjemnie, o tyle nie mogę powiedzieć, żebym była tą lekturą usatysfakcjonowana. Mniej więcej do 2/3 powieści byłam przekonana, że Jonathan Carroll postawił tej historii za cel przekazanie nieco banalnej prawdy: że inne życie nigdy nie jest lepsze niż to, które mamy, a liczy się tylko to, w jaki sposób nim pokierujemy. Otóż nie. Okazało się, że moje przypuszczenia były błędne i… zabijcie mnie, ale nie wiem, jaki miał być przekaz tej książki. Ot, historyjka z intrygującym początkiem, specyficznym rozwinięciem i przyzwoitym zakończeniem.

Dziwna.

Tak, to jest słowo najlepiej opisujące moje odczucia co do tej lektury. Niby znając większą część wcześniejszej twórczości autora, mniej więcej wiedziałam, czego się spodziewać. Że z kart tej powieści wyzierać będzie odrobina fantastyki zmieszana z realizmem magicznym i że na pewno zostanę przez autora poczęstowana wieloma truizmami o życiu, które jednak zawsze w wykonaniu Carrolla czyta się do tego stopnia przyjemnie, że człowiek zapisuje je w jakimś notatniku.

I dokładnie to otrzymałam. Całościowo jednak ani nie mogę powiedzieć, że przeczytałam świetnie napisaną powieść, ani że fabuła jest znakomita. 

"Co jest lepsze: życie wyjątkowe czy spokojne?"


Były jednak w „Mr. Breakfast” fragmenty, które sprawiły, że zastanowiłam się nad własnym życiem. I kiedy tak rozmyślałam, stwierdziłam, że żadnej z książek Carrolla nie czytałam dla opisanej w nich historii. Każda z nich bowiem skłaniała mnie do refleksji, z których część pamiętam do dzisiaj, jeśli zaś zapytać mnie o fabułę którejkolwiek z tych powieści, nie umiałabym opisać żadnej… 

Siła prozy Carrolla nie leży dla mnie w świetnie skonstruowanej intrydze czy doskonale napisanych bohaterach. Ona leży w sposobie oddziaływania na czytelnika i jego myśli w trakcie, a także po lekturze. 

I tego odmówić mu nie mogę.

Moja ocena: 👍👍/5

Tytuł: Mr. Breakfast
Autor: Jonathan Carroll
Wydawnictwo: Rebis
Liczba stron: 272
Data wydania: 16 października 2019

10/11/2019

#95 Michael Katz Krefeld - Sekta

#95 Michael Katz Krefeld - Sekta
„Wykolejony”, czyli pierwsza część przygód Thomasa Ravnsholdta, był powieścią wyjątkową. Brudną, brzydką i niesamowicie wciągającą. Klimat stworzony przez Krefelda nie opuszczał mnie długo po lekturze. Sposób prowadzenia narracji, podzielenie jej na trzy odrębne historie, które ostatecznie łączą się w jedną spójną opowieść i przede wszystkim działanie na emocje czytelnika sprawiły, że przepadłam w tej powieści bez reszty. Licząc na podobne odczucia, sięgnęłam po część drugą, „Zaginionego”. Niestety nie spełnił on moich oczekiwań. Wciąż jednak był przyzwoitym kryminałem. Zabierając się za trzecią odsłonę cyklu, „Sektę”, niczego z góry nie zakładałam. Po prostu zaczęłam czytać. I żałuję. To jest książka, której czytać nie warto. Dlaczego? O tym w dalszej części tekstu.


Michael Katz Krefeld - Sekta


W trzeciej części cyklu zastajemy Thomasa Ravnsholdta tam, gdzie go zostawiliśmy po lekturze „Zaginionego” - na jego nieco rozpadającej się barce, Biance, która stoi zacumowana w kanale w jednej z dzielnic Kopenhagi. Jego towarzyszami nieodłącznie są: angielski buldog, Moffe, Hiszpan z sąsiedniej barki, Eduardo oraz butelka, a raczej jej wysokoprocentowa zawartość. Ravn od czasu do czasu przyjmie jakąś detyktywistyczną fuchę, którą zapewne wykonałby w mgnieniu oka, gdyby nie jego pociąg do butelki. Tym razem dostaje dobrze płatne zlecenie odnalezienia syna właściciela ogromnej korporacji. Ów syn, Jakob Mesmer, jest liderem sekty Wybrańcy Boga. Znalezienie go nie powinno stanowić większego wyzwania. Problem w tym, że raz już zatrudniono detektywa do śledzenia Jakoba i… słuch po nim zaginął. Czy Ravn podzieli jego los?

Historia nieudacznika


Ravn, były gliniarz, zatopiony w rozpaczy po utracie żony i równie głęboko zatopiony w alkoholu, jest postacią na wskroś sztampową. Większość kryminałów posiada właśnie takiego bohatera: alkoholika, nieudacznika, człowieka złamanego, z problemami natury osobistej (i psychicznej, jeśli pytacie mnie o zdanie), który nie ma po co żyć, ale jakoś egzystuje z dnia na dzień, od czasu do czasu stając na chwilę na nogi, by za moment znów się stoczyć. No nie ma w takim człowieku nic, co mogłoby sprawić, że czytelnik go polubi. I ja nie lubię. Nie znoszę Ravna od pierwszej części, a czytam książki Krefelda, bo w jego powieściach wszystko poza jego głównym bohaterem jest warte tego, żeby poświęcić swój czas na ich lekturę. 

Nie inaczej było w przypadku „Sekty”, w której widmo starej rodzinnej tajemnicy i groza towarzysząca obrazowi manipulacji ludźmi, by w imię Boga służyli swojemu ziemskiemu Mistrzowi, wciągają tak, że nie da się tej powieści odłożyć. Krefeld od początku tego cyklu udowadnia, że opisywanie brudów, którymi potrafi być wypełniona ludzka psychika, nie stanowi dla niego żadnego wyzwania. Robi on to bowiem tak plastycznie i wiarygodnie, że czytelnik może być naprawdę przerażony, bo autentycznie wierzy, że takie rzeczy mogą się dziać w rzeczywistym świecie. Co prawda zastrzeżenia można mieć do tego, że Ravn, niczym jakiś Rambo czy inny John MacClaine, obrywa po mordzie milion razy, zostaje skopany, otruty, związany, ogłuszony i co tam jeszcze można sobie wymyślić, ale oczywiście staje na nogach i przeistacza się w superbohatera. No ale taką konwencję wybrał autor i albo się to akceptuje i czyta kolejne części albo nie.

Lepiej sobie tę powieść darować


I tutaj wracamy do powodu, dla którego nie warto po tę książkę sięgać. Owszem, czyta się to przyjemnie, większych zastrzeżeń do fabuły mieć nie można, ale całość serii spleciona jest postacią Thomasa Ravnsholdta - człowieka, któremu zamordowano żonę. Od samego początku Krefeld podkreśla ten wątek, a w trzeciej części następuje niewielki przełom w sprawie odkrycia, kto za owym morderstwem może stać. Niestety raczej się nie dowiemy, ponieważ kolejne części nie są wydawane na polskim rynku. Czwarty tom serii został wydany w Danii w 2016 roku. Mamy obecnie 2019 i nic nie zapowiada, by książka miała się kiedykolwiek u nas pojawić…

Zatem uważam, że nie ma sensu czytać wszystkich trzech dostępnych u nas powieści. Jeśli ktoś ma chęć na bardzo dobry, brudny, czarny kryminał, polecam potraktować „Wykolejonego” jako powieść stand-alone i zignorować istnienie pozostałych. Inaczej czeka Was nie lada rozczarowanie, kiedy przeczytacie ostatnie strony „Sekty” i zdacie sobie sprawę, że nie dowiecie się, co działo się dalej.

No chyba że Wasz angielski jest na tyle dobry, że zamówicie kolejne części w tej wersji językowej.

Co prawdopodobnie i ja uczynię.

Tyle że to już nie to samo.

Moja ocena: 👍👍👍/5

Tytuł: Sekta
Autor: Michael Katz Krefeld
Wydawnictwo: Literackie
Liczba stron: 364
Data wydania: 3 listopada 2016


10/07/2019

#94 Stephen King - Instytut

#94 Stephen King - Instytut
Twórczość Stephena Kinga można kochać albo nienawidzić. Moim zdaniem nie ma innej opcji. Jeśli ktoś twierdzi, że powieści spod pióra mistrza grozy są mu obojętne, należy zadać mu pytanie: Dlaczego? Zazwyczaj wtedy zacznie się wymienianie całej listy powodów, dla których ktoś książek Kinga nie trawi. A wtedy wiadomo, że jest w tej drugiej grupie. Pewnie, jak każdy pisarz, King również ma na swoim koncie książki lepsze i gorsze, ale jedno jest pewne: wobec jego prozy nie można pozostać obojętnym. Czy po lekturze „Instytutu” King zdobędzie nowych fanów czy wręcz przeciwnie? Na co będą narzekać jego dotychczasowi wielbiciele? A może nikt nie będzie miał żadnych zastrzeżeń? 


lareinemargotpl


Stephen King - Instytut


„Instytut” rozpoczyna się od historii Tima Jamiesona, który pod wpływem impulsu decyduje się odstąpić swoje miejsce w samolocie agentowi federalnemu i decyduje się na podróż autostopem. Tim zostawił za sobą całe swoje dotychczasowe życie i zdaje się podróżować bez celu. Tym sposobem trafia do prowincjonalnego miasteczka DuPray, gdzie obejmuje posadę nocnego strażnika.

W międzyczasie młody, bo zaledwie dwunastoletni geniusz, Luke Ellis zamierza właśnie zdawać egzaminy na dwie prestiżowe uczelnie, gdzie będzie mógł zaspokoić swój głód wiedzy. Niestety nie dane mu będzie rozpocząć wymarzone studia, ponieważ pewnej nocy jego rodzice zostają zamordowani, a on sam uprowadzony. Luke budzi się w pokoju, który wygląda jak jego pokój, a jednak nim nie jest, a poza nim w tym obcym miejscu znajdują się również inne dzieci… i ciągle przybywają nowe. A starzy lokatorzy… znikają. Szybko okazuje się, że Instytut to miejsce, gdzie prowadzi się różnego rodzaju eksperymenty na dzieciach wykazujących zdolności telekinetyczne lub telepatyczne. Nieprzyjemne eksperymenty. Zwykle trwają one kilka tygodni, a później dzieci przenoszone są do innej części placówki. Co jednak dzieje się z nimi dalej - nikt nie wie…

Drogi Tima i Luke’a przetną się w dość dramatycznych okolicznościach, a ich spotkanie na zawsze odmieni ich życie.

Stara miłość nie rdzewieje


Choć od dawna nie zaczytuję się w książkach Kinga, wciąż podziwiam jego umiejętność snucia opowieści, które są teoretycznie o niczym, w taki sposób, że ciężko się oderwać. Weźmy na przykład pierwsze 50-60 stron "Instytutu": mamy tu opis bohatera, jego drogi, spotkanych przez niego ludzi i podjęcia przez niego decyzji o pozostaniu na prowincji. Gdyby to był jakikolwiek inny pisarz, człowiek zacząłby się zastanawiać: „Ale halo, Panie King, co mi Pan tu pieprzysz o jakimś Timie, jak przecież opis z okładki mówi, że ta książka ma być o czymś zupełnie innym?”. Opcjonalnie, czytelnik mógłby się zwyczajnie, po ludzku znudzić. Ale nie w przypadku Kinga. Facet ma łeb na karku i, mimo swoich słusznych lat, wciąż potrafi budować nastrój, a że zajmuje mu to kilkadziesiąt, a nie kilkanaście stron? W przypadku kingowego stylu - pełnego trafnych obserwacji i spostrzeżeń, zwłaszcza w zakresie ludzkiej psychiki - jest to wyłącznie zaleta.

King wziął na tapet temat, który nowym czytelnikom może się nieco kojarzyć z popularnym serialem "Stranger Things". Mądry odbiorca doskonale jednak wie, że to ST ma kingowy klimat, a nie odwrotnie. W „Instytucie” większość akcji dotyczy bowiem dzieci, co jest wspólnym mianownikiem pomiędzy serialem a powieścią, prawda jest jednak taka, że King czerpie garściami z całej swojej wcześniejszej twórczości. 

Bo może. 

Znajdziemy tu zatem wiele nawiązań do poprzednich książek autora, ale nie będę zdradzać, jakie ja znalazłam, żeby nikomu nie zepsuć zabawy przy czytaniu.

King pisze coraz gorzej?


Od wielu lat czytelnicy kręcą nosem, że „to już nie ten sam King”, że „facet się wypalił”, a „wcześniejsze książki były znacznie lepsze”. Osobiście mam pewną teorię na ten temat. Kilkanaście lat temu praktycznie nie sięgałam po książki, które nie miały na okładce napisu „Stephen King”, a dzisiaj prawie w ogóle nie interesuję się literaturą zawierającą jakiekolwiek elementy nadprzyrodzone, paranormalne czy jakkolwiek nazwać to, co wyobraźnia Kinga potrafi stworzyć. Kiedy jednak do moich rąk trafia jakaś nowość sygnowana królewskim nazwiskiem, przepadam. I choć fabuła niekoniecznie mnie porywa (patrz: „Outsider”), to czytanie książek Kinga zawsze jest taką samą przyjemnością. Bo ten facet po prostu potrafi pisać. I niezależnie od tego, czy pisze o wściekłym psie, małej podpalaczce, szalonym pisarzu (albo szalonej fance pisarza) czy o prześladowanej w szkole nastolatce albo o dzieciach, na których przeprowadza się eksperymenty, to zawsze opowiadana przez niego historia jest rewelacyjnie skonstruowana. To natomiast, że ja już z niektórych tematów wyrosłam, jest zupełnie inną kwestią...

Następnym razem zatem, kiedy sięgniecie po książkę Kinga i powiecie, że „to nie ten sam King, co kiedyś”, zastanówcie się, czy to King pisze gorzej, czy to Wy, drodzy czytelnicy, wyrośliście z jego prozy i zmienił się Wasz gust.

Wracając jednak do przedmiotu mojej recenzji: „Instytut” to kawał świetnej powieści, która udowadnia, że Mistrz wciąż ma się dobrze.

A nawet bardzo dobrze.

Moja ocena: 👍👍👍👍👍/5

Tytuł: Instytut
Autor: Stephen King
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 672
Data wydania: 11 września 2019

Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu:





10/07/2019

[Głośno myślę...] Kiedy bookstagram wejdzie za mocno, czyli o blogerach książkowych

[Głośno myślę...] Kiedy bookstagram wejdzie za mocno, czyli o blogerach książkowych
W poprzedniej odsłonie pisałam o minusach współpracy z wydawnictwami (tekst znajdziecie tu), zatem - dla zachowania równowagi i sprawiedliwości - przyszedł czas, aby się przyjrzeć drugiej stronie medalu. Blogerzy książkowi dzielą się bowiem na dwie grupy: tych rzetelnych i szczerych oraz… na całą resztę. Tak w każdym razie wynika z moich obserwacji.


Biorę je wszystkie!

Chciwość to jeden z siedmiu grzechów głównych, a blogerzy książkowi tę chciwość praktykują na każdym kroku. I o ile zrozumiałe jest, że jak zaczynają do człowieka spływać pierwsze propozycje współprac, to rzuca się na każdą jak szczerbaty na suchary, o tyle w późniejszym czasie powinna następować selekcja. Niestety moje obserwacje wskazują, że jest mnóstwo osób, które biorą wszystko, jak leci: od obyczajówki po kryminał, przez poradniki i reportaże, do literatury młodzieżowej, a nawet i dla dzieci. W tym ostatnim nie byłoby nic dziwnego, gdyby ów bloger dziecko posiadał…

Zapytacie: co w tym złego? Przecież można mieć szerokie zainteresowania!

A i owszem, można, a nawet się chwali, tyle tylko, że otrzymywanie pięciu nowych książek dziennie automatycznie równa się temu, że większość z nich nie zostanie przeczytana. 
Tak, wiem, że czasem, a nawet pokuszę się o tezę, że w większości przypadków, wystarczy książkę pokazać na Instagramie, żeby wzbudzić nią zainteresowanie - wcale nie trzeba pisać jej recenzji. W czym więc problem?

W zwyczajnym i starym jak świat oszustwie. A konkretniej: w wysypie recenzji zwanych przeze mnie „gównorecenzjami”, które z rzetelnością nie mają nic wspólnego, bo zostały napisane… bez czytania książki. To widać, serio. Teksty pełne ogólnych sformułowań, opis fabuły zerżnięty z okładki, brak wyraźnie zarysowanej własnej opinii albo - co jeszcze gorsze - opinia brzmiąca: „fajnie się czytało, polecam!”…

Tego typu „recenzji” jest całe mnóstwo, nawet duże i znane konta bookstagramowe mają na swoich kontach takie teksty, co jest tym bardziej przerażające i - moim zdaniem - obrzydliwe, że w większości książki, o których pisze się w takich recenzjach nie mają opinii neutralnej, a pozytywną… Czyli: „widać, że nie przeczytałem/am, ale i tak Wam polecę, przecież nie napiszę źle, bo… nie czytałem/am”…

A najzabawniej jest wtedy, kiedy czytamy taką opinię, która została napisana przez osobę, która daną książkę objęła patronatem. I wzięła za to pieniądze.

…i wszystkie chwalę!

Nie znam ani jednej osoby, która w ciągu ostatniego roku nie trafiła na choć jedną lekturę, która nie przypadła jej do gustu. Tymczasem w blogowym światku książkowym zdaje się, że większość blogerów czyta same dobre książki… Szczerze zazdroszczę! Ja nawet przy solidnej selekcji, jakiej dokonuję podczas zamawiania egzemplarzy recenzenckich, przynajmniej raz na jakiś czas trafiam na zgniłe jajo. A po opisie fabuły naprawdę sądziłam, że skorupka jest nienaruszona i że środek będzie cacy…

Okazuje się jednak, że naprawdę da się czytać wyłącznie książki „genialne”, „rewelacyjne”, „majstersztyki”, a każda jest lepsza, niż poprzednia.

Dlaczego? Ano dlatego, że zdaje się, że żyjemy w czasach, kiedy książka jest przedmiotem niebywale kosztownym, dlatego trzeba się kurczowo trzymać współpracy recenzenckiej i pisać same dobre opinie, bo nie daj Boże wydawnictwo obrazi się za szczerość (patrz: felieton o wydawcach) i zostanie się bez książek! No przecież nie można sobie na to pozwolić, bo nie stać nas na ich kupowanie…

Oczywiście jest też możliwość, że ktoś jest po prostu mało wymagający i faktycznie wszystko mu się podoba, ale niestety wiarygodność blogerów jest coraz bardziej bliska zeru, a ja osobiście ufam tylko kilku osobom, bo wiem, że są szczere w swoich poleceniach.

Wydawnictwo takie złe!

Nikt nie lubi ludzi, którzy narzekają. A ja nie lubię ludzi, którzy narzekają, bo dostali coś za darmo, ale poczta/kurier to zmaltretował i jest jazda na całego, jakie to wydawnictwa są be i fuj, że nie stać ich na lepsze zapakowanie książki i że w ogóle (uwaga, autentyk!) „ja nie będę robić zdjęć książce, która ma zagięty róg, bo mi to popsuje wygląd feedu na Instagramie!”.

Oczywiście nie jest fajne, kiedy książka dociera w kiepskim stanie. Ale jeszcze gorsza jest publiczna niesprawiedliwa chłosta. Można udostępnić stories i napisać, że poczta czy kurier zawaliły, co faktycznie jest nie do przyjęcia i nie powinno tak wyglądać, ale zwalanie winy na wydawnictwo i publiczne ogłaszanie, że są beznadziejni i że w ogóle jak tak można jest moim zdaniem bardzo nie na miejscu. W firmach są różne ustalenia, różne budżety i osoby odpowiedzialne za wysyłkę mogą nie mieć żadnego wpływu na to, że jedyną dostępną dla nich opcją pakowania jest koperta bąbelkowa, która - jak wszyscy wiemy - rzadko kiedy przeżywa w całości starcie z bezwzględną machiną Poczty Polskiej, gdzie paczki traktuje się gorzej niż worki z ziemniakami…

Nie zapominajmy również o tych, którzy narzekają, że dostali książkę z pieczątką w środku albo z autografem autora (a owszem, tacy również się zdarzają…), bo przecież książki nie można później sprzedać… Ach, złe te wydawnictwa, oj, złe!

…a autor jeszcze gorszy!

Wyobraźcie sobie, że można być do tego stopnia bezczelnym, małostkowym i mściwym, żeby napisać do autora z pretensjami, że wydawnictwo nie zaproponowało blogerowi patronatu i że w ogóle „dlaczego, przecież ja jestem taki zajebisty?!”, a później - w ramach zadośćuczynienia za krzywdę, jakiej ów bloger z tego tytułu doznał - nie zrecenzować książki WCALE? I wiecie, to wina tego biednego autora, że wydawca „źle” wybrał patronów. Pomijam już kwestię tego, że ów bloger wcale jakimś specjalnym fanem wcześniejszych książek autora nie był, a objęcie książki jego patronatem kończy się jedynie na zorganizowaniu jednego czy dwóch rozdań…

Blogerzy potrafią również żebrać u pisarzy o ich książki, bo „ja bym bardzo chciał/a przeczytać, proszę mi wysłać!”, czego nawet komentować nie będę, bo jest to dla mnie zwyczajnie żenujące.

Wielu, a w mojej opinii zbyt wielu, blogerów książkowych strasznie zadziera nosa. Wydaje się, że skoro mają więcej niż 10k obserwujących na Instagramie, to oni są już KIMŚ i to kimś ważniejszym od pisarza. Tak jakby napisanie opinii o książce było wyczynem znacznie bardziej wymagającym niż napisanie książki…

Dajcie, dajcie jeszcze!

Czyli wieczne żebranie… „Drogi wydawco, organizuję rozdanie z okazji moich urodzin, daj książkę…”. „Drogi wydawco, organizuję rozdanie, bo wstało dzisiaj słońce, daj książkę…”

Żeby nie było - nie mam nic przeciwko rozdaniom i konkursom. Pod warunkiem, że ich głównym celem jest promocja konkretnego tytułu, czy autora. Czy nawet wydawnictwa. Nie rozumiem za to ściągania dziesiątek książek od różnych wydawnictw po to tylko, żeby je rozdać na łapu capu wedle własnego widzimisię, co nie służy promocji nikogo innego, jak… samego siebie. „Patrzcie, jaki/a jestem super i daję wam książki!” Oczywiście nikt się na to nie obruszy, bo przecież można dostać książki za darmo, ale dlaczego wydawnictwa się na to zgadzają? Tego nie rozumiem.

Inną kwestią jest zbieranie książek od wydawców na promocję na przykład jakiegoś kryminalnego festiwalu - wtedy taki bloger promuje nie tylko siebie, ale również taką akcję. I to jest jak najbardziej ok.

Dajcie mi patronat, a ja… nie zrobię nic

Pomijając kwestię tego, że nie rozumiem tego całego patronowania i rzucania się blogerów na to, żeby ich logo znalazło się na okładce książki (nie znam nikogo, kto by patrzył na patronów i później wchodził na te strony…), to w większości przypadków wygląda to tak, że blogerzy nie robią absolutnie nic, żeby taką książkę faktycznie promować. Oczywiście uogólniam, bo są takie osoby, które rzeczywiście są zachwycone daną lekturą i chcą się tym zachwytem podzielić z innymi, ale większość robi absolutne minimum, czyli recenzja plus rozdanie. Czyli to samo, co robi multum ludzi, którzy patronami nie są… Ale w gruncie rzeczy ciężko mieć o to pretensje, jeśli pozostali patroni medialni (portale, gazety itp.) dają kiepski przykład. I tu powinno wkroczyć wydawnictwo i zadbać o to, żeby ta promocja miała ręce i nogi. No ale to już oddzielny temat, który zresztą poruszałam kiedyś w innym tekście.

Kupię sobie followersów i lajki, to dostanę więcej książek

Doszliśmy do punktu, w którym ciężko będzie mi nie rzucać mięsem. Proceder znany wszystkim, a i tak nadal popularny. I tak, dotyka również bookstagrama - zarówno polskiego, jak i zagraniczne. Punkt, który osobiście mnie boli (i nie tylko mnie), bo człowiek ciężko pracuje, przykłada się, rozwija w robieniu zdjęć, prowadzi rzetelnie bloga, a jakaś Karyna kupi sobie obserwatorów, zapisze się do jakiejś lajkowej grupy wsparcia, wrzuci gówniane zdjęcie i bęc! Współprace się sypią z lewa i prawa… Oczywiście tutaj jest sporo winy wydawnictw i braku znajomości narzędzi do sprawdzenia konta, albo nawet i zwyczajnych zasad działania social mediów. To widać, a osoby, które faktycznie obserwują takie konta, zwyczajnie dają się nabrać i dają przyzwolenie na takie praktyki. Kiedy tymczasem same często mają lepsze zdjęcia i kontent, a tym samym są zwyczajnie pokrzywdzone przez - nie bójmy się nazwać tego po imieniu - oszustów.

...



To tylko kilka przykładów, ale takich najbardziej rzucających mi się w oczy. Zdaję sobie sprawę, że ktoś się może po tym tekście obrazić, chociaż wytykałam palcami osoby, których już nie ma w gronie moich obserwatorów i których ja sama nie obserwuję - głównie ze względu na powyższe powody. Starałam się napisać ten tekst bardzo ogólnie, a jeśli ktoś poczuje się osobiście dotknięty… to znaczy, że trafiłam. Oczywiście nie musicie się ze mną zgadzać, macie do tego pełne prawo, tak jak ja mam prawo do wypowiedzenia swojego zdania. I właśnie to zrobiłam narażając się pewnie wielu osobom, które klikną „unfollow”. No coż, życie. 
Copyright © 2016 la reine margot , Blogger