3/22/2020

#112 Karolina Macios - Czarne morze

#112 Karolina Macios - Czarne morze
Są takie książki, które wciągają od pierwszego zdania i choć nie są idealne, momentami wręcz nieco irytują, to czyta się je z zapartym tchem. Czasem po prostu powieść ma w sobie to „coś”. To ciężkie do określenia, nieco magiczne „coś”, co sprawia, że książka jest nieodkładalna. I właśnie taką książką jest „Czarne morze” Karoliny Macios.


Karolina Macios - Czarne morze


Joanna całe życie żyje w przekonaniu o tym, że posiada niezwykły dar, dzięki któremu po dotknięciu innej osoby widzi jej wspomnienia i poznaje jej tajemnice. Dla Joanny jednak nie jest to przyjemna sprawa, a kobieta od dzieciństwa kojarzy swoją umiejętność z negatywnymi sytuacjami.

Wracając z Gdyni, gdzie wraz z mężem i córką odwiedzała swoją matkę, dochodzi do wypadku, po którym całe życie Joanny zostaje wywrócone do góry nogami. 

Kobieta nie wie, co się z nią dzieje, co wydarzyło się przed wyjazdem z Gdyni, a na dodatek jej córka została odesłana do rodziców męża na czas jej rekonwalescencji po wypadku. Problem w tym, że nikt nie pozwala Joannie porozmawiać z córką nawet przez telefon… 

Gdzie jest córka Joanny? Co dzieje się z nią samą? I jaki ma to związek z jej przeszłością?

Thriller z naciskiem na „psychologiczny”


Zanim dotrze się do końca tej historii, można odnieść wrażenie, że to naprawdę świetna powieść. Nie brakuje napięcia, a tempo akcji jest dobrze wyważone. Nade wszystko jednak to, co zasługuje na brawa, to fakt, że Macios udało się skonstruować wstęp do swojej opowieści w sposób niebywale intrygujący. Dzięki temu przez kolejne strony chce się mknąć, byle poznać rozwiązanie tej historii.

Niestety koniec przynosi rozczarowanie. Wyjaśnienie całej sprawy jest sztampowe do bólu (i to podwójnie!), co jest dla czytelnika sporym zawodem. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że Macios zrobiła naprawdę świetną robotę przy konstrukcji swojej głównej bohaterki. Joanna jest bowiem postacią bardzo wiarygodną, mimo że jej historia, a szczególnie jej wyjątkowy „dar” mogą początkowo sprawiać inne wrażenie. Dlatego bardzo żałuję, że tak dobrze wykreowana postać zyskała ostatecznie banalną otoczkę, której nie brak w innych tego typu książkach…

Jest jeszcze jedna kwestia, która może podzielić czytelników. Macios ma tendencję do upychania wspomnień w narracji dotyczącej teraźniejszości, co miejscami zajmuje nawet kilka stron. Z jednej strony jest to ogromny minus, bo człowiek zapomina, w jakim miejscu była akcja „tu i teraz”. Z drugiej jest to zabieg, dzięki któremu czytelnikowi udziela się napięcie bohaterki, a nagłe przechodzenie między perspektywami czasowymi sprawia, że wyraźnie czuć, że mamy do czynienia z thrillerem psychologicznym. I to pełną gębą.

Zatem choć można mieć wobec tej powieści kilka zarzutów, to ostatecznie należy podkreślić, że Macios ma duży potencjał. „Czarne morze” czyta się bowiem znakomicie, a - koniec końców - przecież to jest w tego typu literaturze najważniejsze, prawda? 

Tytuł: Czarne morze
Autor: Karolina Macios
Wydawnictwo: Wielka Litera
Liczba stron: 304
Data wydania: 25 marca 2020


Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu:


3/11/2020

#111 Maciej Siembieda - Wotum

#111 Maciej Siembieda - Wotum
W dobie nadprodukcji książek i pędu na ilość, bardzo cenię sobie autorów, którzy w poważaniu mają pisanie na akord. Jednym z nich jest Maciej Siembieda, który wydaje jedną książkę na rok. I choć najchętniej czytałabym jego nowe powieści co kwartał, rozumiem, że napisanie historii dopracowanej w każdym szczególe wymaga czasu. Dobra powieść jest warta tego, by trochę poprzebierać z niecierpliwości nóżkami, prawda?

lareinemargotpl

Maciej Siembieda - Wotum


W najnowszej powieści Siembiedy znów spotykamy się z sympatycznym prokuratorem IPN, Jakubem Kanią. Tradycyjnie jednak, jak w każdej powieści autora, to nie on jest tutaj głównym bohaterem, choć Siembieda z każdą częścią wprowadza nas coraz głębiej w życie prywatne Kani. Dzięki temu czytelnik otrzymuje rozbudowaną warstwę obyczajową, która jest jednak idealnie wyważona i nigdy nie przesłania ani nie przyćmiewa głównego wątku.

Tym ostatnim, a zarazem głównym „bohaterem” powieści, jest największa świętość naszego Kościoła, czyli obraz Czarnej Madonny, do którego co roku pielgrzymują tysiące wiernych. Nie dość, że obraz zostaje zaatakowany, to pod znakiem zapytania stoi jego autentyczność. Jak można się domyślić, nikomu nie zależy na rozgłosie i prowadzeniu oficjalnego śledztwa.

Rozwikłanie zagadki, kto stoi za zamachem na świętość, należy do Jakuba Kani, na którego dyskrecję liczą wszyscy zainteresowani. Nie pozwalają oni jednak na poruszanie tematu autentyczności obrazu… Tylko czy Kania zdoła się oprzeć?

Fikcja versus fakty


Siembieda zdążył już przyzwyczaić swoich czytelników do tego, że jego historie nie są nigdy wyssane z palca. Tak jest też oczywiście w przypadku „Wotum”, choć nie będę zdradzać, która część opowieści jest prawdziwa, żeby nikomu nie zepsuć lektury.

Autor nie bał się podnieść ręki na Kościół, skrywane przezeń tajemnice i zamiatanie brudów pod dywan. Zrobił to jednak z właściwym dla siebie wyczuciem, więc szukający taniej sensacji będą rozczarowani. Siembieda bowiem więcej mówi między wierszami i skłania czytelnika do myślenia, niż wskazuje palcem na niewłaściwe i nie do końca moralne praktyki religijnych przedstawicieli zarówno Kościoła, jak i świata polityki.

Muszę przyznać, że główny wątek interesował mnie tu jednak najmniej. Nie jestem osobą religijną, od instytucji Kościoła trzymam się z daleka, dewocjonalia uważam za wyciąganie pieniędzy od naiwnych, a świętością są dla mnie zupełnie inne rzeczy niż obraz z Częstochowy… Dlatego do tej części fabuły „Wotum” podeszłam zupełnie bez emocji, choć wprowadzenie do historii przedstawione przez autora w prologu zapowiadało, że będzie inaczej.

Z zaciekawieniem jednak podążałam śladami prokuratora i obserwowałam wątki poboczne, które rekompensowały mi mój brak zainteresowania obrazem. 

Danie główne być może nie zaspokoiło moich oczekiwań, ale deser w postaci uwielbianego przeze mnie wyważonego, dojrzałego i błyskotliwego stylu skutecznie naprawił to wrażenie.

Instrukcja obsługi pralki


Książek Siembiedy łaknę jak kania dżdżu. Autor oczarował mnie swoją twórczością już jakiś czas temu, a „Miejscem i imieniem” zawiesił sobie poprzeczkę moich oczekiwań bardzo, bardzo wysoko. Nie mogę sobie jednak pozwolić na patrzenie na nowe powieści przez pryzmat „Miejsca i imienia”. Gdybym tak robiła, musiałabym powiedzieć, że rozczarowało mnie zarówno „Wotum”, jak i ubiegłoroczny „Gambit”, a gdybym „444” czytała po „Miejscu i imieniu”, musiałabym powiedzieć to samo. 

Każdy czytelnik ma w zbiorze twórczości danego autora ten jeden ulubiony tytuł, po którym nic już nie będzie dla niego aż tak dobre. Dla mnie jest to „Miejsce i imię”, dla innych będzie to inna książka Siembiedy.

Nie zmienia to jednak faktu, że Maciej Siembieda to jeden z moich ulubionych polskich pisarzy. Nie tylko dlatego, że „Miejsce i imię” wryło się na stałe w moją pamięć, a za bohaterem tej powieści tęsknię jak za przyjacielem. Prozę Siembiedy cenię przede wszystkim za to, że autor nie próbuje czytelnikowi niczego udowodnić, nie ściga się z innymi twórcami i nie sięga po chwytliwe, acz nie zawsze przekonujące twisty fabularne. Maciej Siembieda pisze tak, jak sam chce, a nie tak, jak ktoś mógłby oczekiwać i pozostaje przy tym wierny faktom nigdy nie naginając ich dla potrzeb fabularnej opowieści. I da się to odczuć w każdym zdaniu. Myślę, że właśnie dzięki tej wierności własnym przekonaniom tak dobrze się go czyta - zarówno w wydaniu fabularnym, jak i w reportażu czy nawet w postach w mediach społecznościowych. 

Dlatego mimo że w tematach religijnych jestem absolutną ignorantką i kompletnie mnie nie interesowały losy obrazu, „Wotum” przeczytałam z przyjemnością. 

Jak dla mnie Siembieda może pisać nawet o obsłudze pralki, a i tak będę się delektować każdym zdaniem.

Tytuł: Wotum
Autor: Maciej Siembieda
Wydawnictwo: Agora
Liczba stron: 380
Data wydania: 11.03.2020

Za możliwość przedpremierowej lektury oraz egzemplarz finalny powieści serdecznie dziękuję Wydawnictwu:


3/07/2020

#110 Donato Carrisi - W labiryncie

#110 Donato Carrisi - W labiryncie
Są takie książki, które opisem fabuły potrafią tak zainteresować, że wprost przebiera się nogami z niecierpliwości, żeby je dostać w swoje ręce. Tak właśnie było w przypadku „W labiryncie” - nie mogłam się doczekać, kiedy powieść do mnie trafi, a kiedy już to nastąpiło, porzuciłam aktualnie czytaną książkę i rzuciłam się na dzieło Donato Carrisiego. Oczekiwałam mieszanki thrillera psychologicznego z rasowym kryminałem, tymczasem skończyło się na mieszance, owszem, ale niedowierzania i rozczarowania…

lareinemargotpl

Donato Carrisi - W labiryncie


Samantha miała trzynaście lat, kiedy ślad po niej zaginął. Policja bezskutecznie jej poszukiwała, a zrozpaczeni rodzice nastolatki zatrudnili prywatnego detektywa, który wziął od nich grube pieniądze, a roboty nie wykonał.

Nie, żeby Bruno Genko nie chciał jej wykonać. Chciał, ale już w momencie podejmowania się tego zlecenia wiedział, że szanse na znalezienie Sam są niewielkie.

Mija piętnaście lat, a dziewczyna pojawia się znikąd. W jaki sposób uciekła swojemu porywaczowi? Gdzie była przetrzymywana przez cały ten czas i co się z nią działo? I - co najważniejsze - kim jest jej oprawca?

Wydawać by się mogło, że odpowiedź na to ostatnie pytanie uda się uzyskać za pomocą terapii prowadzonej przez doktora Greena. 

Tymczasem detektyw Genko nękany wyrzutami sumienia, że nie udało mu się znaleźć dziewczynki, która musiała przez piętnaście długich lat cierpieć niewyobrażalne katusze, na nowo podejmuje się próby znalezienia porywacza. 

Uważaj, czego pragniesz


Po przeczytaniu opisu marzył mi się porządny thriller. Spodziewałam się konkretnego grzebania w głowie Samanthy przez wykwalifikowanego psychologa, liczyłam na niepokojące retrospekcje, które finalnie doprowadzą do sprawcy. Miałam nadzieję, że jego motywacje będą burzyć krew w żyłach. Że z zapartym tchem będę śledzić przebieg śledztwa detektywa…

Nie dostałam żadnej z tych rzeczy. To, co trafiło do moich rąk, jest przeciętnie napisanym i nie wzbudzającym większych emocji kryminałem z absolutnie niewiarygodnymi rozwiązaniami fabularnymi. Psychologii tu tyle, co kot napłakał, a sceny z udziałem policyjnego profilera i Samanthy są nie dość, że sztuczne, to cała ta relacja jest kompletnie zmarginalizowana ślamazarnym śledztwem detektywa. Dodać muszę, że detektywa, który jest zupełnie nijaki…

To moje pierwsze spotkanie z piórem włoskiego pisarza, ale jeśli we wszystkich jego książkach bohaterowie są tak kiepsko wykreowani, to chyba ostatnie. Pomijam kwestię tego, że nikogo nie da się tu lubić, bo na tej podstawie nie ocenia się warsztatu pisarza. Ale biorąc pod uwagę to, że owi bohaterowie są kompletnie niewiarygodni i nie wzbudzają w czytelniku żadnych emocji, można już wysnuć pewne wnioski…

Niewiarygodna historia


Nie mogę nie wspomnieć o tym, że cała historia, motywacje sprawcy i niektóre elementy śledztwa detektywa są totalnie abstrakcyjne. Nie jestem w stanie uwierzyć w to, co napisał Carrisi i nawet przy odrobinie dobrej woli nie kupuję rozwiązania, jakim poczęstował swoich czytelników. Szczególnie motywacje porywacza są dla mnie kompletnie niezrozumiałe i nie mają psychologicznych podstaw. 

To ostatnie może być winą sposobu, w jaki cała ta historia została przedstawiona, a przez całą lekturę odnosiłam wrażenie, że autor bardzo chciał przekazać coś głębszego, ale ślizgał się po powierzchni zagadnienia. Carissi wydaje się próbować uratować sytuację wciskając nagle pod koniec swojej książki jeden rozdział z perspektywą oprawcy Samanthy, w którym… wszystko czytelnikowi tłumaczy. Gorzej być nie mogło…

Na dodatek zakończenie, które miało czytelnika wbić w fotel albo przynajmniej sprawić, że uniesie brwi i szerzej otworzy oczy ze zdziwienia, stało się jedynie gwoździem do trumny. Po takiej byle jakiej historii ciężko by było uratować całość jednym twistem, który - choć się go nie spodziewałam - wywołał we mnie jedynie westchnienie rozczarowania.

Zastanawiałam się, czy jestem w stanie znaleźć jakiś plus. I jestem! Książka ma tylko 336 stron! 

Nie poszłam za swoją własną radą i nie odłożyłam tej książki wyłącznie dlatego, że do samego końca miałam nadzieję, że jednak Carrisi mnie pozytywnie zaskoczy… Nie lubię pisać negatywnych recenzji, ale bardziej nie lubię czytać słabych książek.

A ta niestety taka była.

Nawet bardzo.

Tytuł: W labiryncie
Autor: Donato Carrisi
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 336

Data wydania: 26 lutego 2020

Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu:


2/28/2020

#109 Andrew Gross - Ocalić jednego

#109 Andrew Gross - Ocalić jednego
Kiedy zaczęłam czytać tę książkę, byłam święcie przekonana, że się z nią nie polubię. Kiedy ją kończyłam, żałowałam, że dotarłam do ostatniej strony. Andrew Gross obalił moją teorię o tym, że już po pierwszych zdaniach można ocenić, czy dana książka przypadnie nam do gustu. Okazuje się bowiem, że można zacząć kiepsko… a później skutecznie zaanektować całą uwagę czytelnika.


lareinemargotpl

Andrew Gross - Ocalić jednego


Co może łączyć nastolatka z podstarzałym profesorem fizyki?
Wydawać by się mogło, że nic. I gdyby ta dwójka spotkała się w innym czasie i w innych warunkach, być może nie zamieniliby ze sobą ani jednego słowa. Los złączył ich ścieżki w Auschwitz, gdzie profesor w obawie o swoje zdrowie i życie usiłuje przekazać chłopakowi całą swoją wiedzę.

Wiedzę tak cenną, że rząd Stanów Zjednoczonych wysyła człowieka na - zdawać by się mogło - samobójczą misję wyprowadzenia profesora z obozu.

Karkołomne zadanie przypada Żydowi, który uciekł z krakowskiego getta i udało mu się przedostać za ocean. Jak skończy się dla niego powrót do kraju? Czy jego misja zakończy się sukcesem?

Jeden za jednego


Jak pisałam we wstępie - prolog był okropny. Zarówno fabularnie, jak i stylistycznie mocno mi tam zgrzytało. Było chaotycznie, a dialogi były drętwe. Jakoś jednak przez tych kilka stron przebrnęłam i jestem sobie bardzo wdzięczna, bo dalej czekała na mnie niesamowita przygoda, która nie dość, że była naprawdę przyzwoicie napisana, to na ogromne pochwały zasługuje przede wszystkim pomysł na fabułę.

Z góry zaznaczę, że książki tej nie należy wrzucać do jednego worka z tzw. „literaturą obozową”. „Ocalić jednego” jest powieścią z fabułą osadzoną w czasach II Wojny Światowej i w okropnym miejscu, jakim był obóz koncentracyjny Auschwitz, jednak sądzę, że choć nie pozbawiona wartości historycznej, jest to jednak literatura raczej rozrywkowa (o ile można tak określić jakąkolwiek historię o tamtych czasach).

Powieść tę czyta się bowiem jak najlepszą przygodówkę, mimo że dotyczy ona przecież czasów okrutnych i wcale nie jest pozbawiona dobitnych opisów tamtych realiów. Grossowi udało się jednak przenieść ciężar fabuły na bohaterów i wykreować ich jako postaci, do których czytelnik od samego początku pała sympatią. I choć co i rusz potykałam się o mało przyjemne sytuacje, których przecież w tamtych czasach nie brakowało, z rozgorączkowaniem przewracałam strony, aby dowiedzieć się, jak potoczą się losy bohaterów i czy misja wysłannika USA się powiedzie. 

Przy okazji mamy tu również bardzo ładnie zarysowane tło obyczajowe, które nie jest jedynie „zapychaczem” służącym do zapełnienia stron, a dopełnia cały obraz wpływając na emocje czytelnika. Gdyby autor nie zadbał o te drobiazgi, opowieść byłaby znacznie mniej wiarygodna.

Tymczasem otrzymujemy historię, która mogła zdarzyć się naprawdę. Gross w posłowiu wyjaśnia pewne kwestie, pozwolił sobie bowiem na dość znaczące zmiany w historii, które jednak w żadnym stopniu nie wpływają na odbiór całości.

Ja tę historię kupiłam.
I przeżyłam.


Tytuł: Ocalić jednego
Autor: Andrew Gross
Wydawnictwo: Sonia Draga
Liczba stron: 456
Data wydania: 14 lutego 2018


2/24/2020

[Głośno myślę...] Pisać każdy może, ale nie każdy powinien

[Głośno myślę...] Pisać każdy może, ale nie każdy powinien
W ostatnim czasie zauważyłam znaczny wzrost ilości profili bookstagramowych na Instagramie i nagle, jak grzyby po deszczu, pojawiło się również mnóstwo blogów, których autorzy recenzują książki. „Recenzują” to jednak określenie mocno na wyrost, bo to, co się dzieje w owych „recenzjach”, woła o pomstę do nieba. 


Pisać każdy może, ale nie każdy powinien


Długo nosiłam się z zamiarem napisania tego tekstu. Z jednej strony bardzo chciałam, żeby powstał, bo po cichu liczę na to, że coś to zmieni. Jeśli choć jedna osoba po lekturze tego wpisu wprowadzi jakąś zmianę w swoich recenzenckich tekstach, to będę to uważała za sukces, bo nie od razu Rzym zbudowano. Jedna osoba daje już kilka kolejnych szans, że od niej ktoś coś podejrzy i tym sposobem #dobrazmiana rozejdzie się dalej.

Z drugiej strony nie jestem naiwna i doskonale wiem, że większość osób, o których będzie poniżej mowa, ma głęboko w poważaniu, jaka jest jakość tego, co robią. Bo im się wydaje, że robią to dobrze. I mają rację: wydaje im się. Rozumiem jednak, że w przeważającej ilości przypadków, moje słowa nie zostaną przez takie osoby zrozumiane. Ludzie ci będą się dziwić, o co mi chodzi. Nie będą rozumieć, że pewne rzeczy wynikają z kultury (której ogólnie jest coraz mniej, a w internecie to tyle, co kot napłakał), inne z inteligencji, a jeszcze inne z edukacji.

Tekst jednak powstał, bo czułam potrzebę uzewnętrznienia swoich frustracji. A także wyjaśnienia, dlaczego większości recenzji nie czytam, a jeśli czytam, to dlatego, że lubię styl danej osoby albo książkę już sama przeczytałam.

Bo owszem, są osoby, które recenzje pisać potrafią. I są to teksty daleko leżące od miałkości, inteligentne, błyskotliwe i dobrze napisane. Jest ich całkiem sporo, są jednak w mniejszości w stosunku do tych, które są pisane językiem przedszkolaka, na próżno szukać w nich sensu, zawierają spoilery albo jedynym kryterium oceny przeczytanej lektury jest: „szybko się czytało”…

A wszystko wynika z tego, że wydawnictwa rozdają książki na lewo i prawo, bo liczy się, żeby się o książce mówiło i żeby była na zdjęciach. Mamy więc blogerów/instagramerów i wydawnictwa. Pozostaje pytanie, gdzie tu miejsce dla tych, którzy faktycznie te recenzje czytają? Gdzie miejsce dla czytelników (i klientów!) owych książek, którzy szukają nowych tytułów?

Zdaje się, że jakość to dzisiaj BYLEjakość i wszystko jedno „jak”, „byle”…

Jak pisać recenzje książek?


Nie ma na to jednej, słusznej odpowiedzi. Chyba że jesteś zawodowo krytykiem literackim, ale zawód ten chyba powoli kończy swój żywot, a nawet jeśli się utrzymuje, to oni już akurat wiedzą, jak poprawnie działać w swoim fachu.

Jeśli zaś recenzujesz hobbystycznie (nawet jeśli dostajesz za to pieniądze od wydawnictwa), to są pewne kwestie, których moim zdaniem przestrzegać należy. Bezwzględnie.

„ZakĄczenie z nikąt”, czyli poprawna polszczyzna


Jeśli bierzesz się za napisanie tekstu (jakiegokolwiek, nawet zwykłego posta „o niczym” w internecie), warto zadbać o to, by był on napisany poprawnie. O ile jestem w stanie przeboleć literówki, o tyle błędów ortograficznych już nie. Każdy nowy telefon ma coś takiego jak słownik. Wystarczy go włączyć i nie ignorować tego, co podpowiada. Teksty, w których błąd goni błąd i jest błędem poganiany, każą się jedynie zastanowić nad tym, czy osoba, która ów elaborat poczyniła, faktycznie książki czyta. Albowiem udowodnione jest naukowo, że książki wpływają na naukę poprawnego pisania. Acz odkąd odkryłam bookstagram, zaczynam w to mocno wątpić.

Jeśli już zabierasz się za pisanie, rób to poprawnie. Jak nie umiesz - skorzystaj z funkcji słownika, wpisz odpowiednie hasło w wyszukiwarkę, napisz tekst najpierw w Wordzie, zapytaj kogoś… Nie kalaj języka pisanego, a przede wszystkim nie krzywdź swoich odbiorców. Okaż im choć tyle szacunku, by zwracać się do nich w sposób poprawny. W internecie rozmawiamy literkami - większość z nas tego nie powie, bo uważamy to za oczywiste, ale będziemy naprawdę wdzięczni za czytanie postów/tekstów pozbawionych błędów.

Znaki interpunkcyjne to nie ozdobniki


WIem, że po tym stwierdzeniu może paść wiele światopoglądów, ale… one mają swoją ściśle określoną rolę! To nie są wyłącznie emotikony z nich powstające…

Przecinek potrafi zmienić sens całego zdania, a jeśli o tym nie wiesz, to może czas przypomnieć sobie elementarne podstawy z języka polskiego. I nauczyć się czytać ponownie to, co się napisało - z uwzględnieniem pauzy, jaką poniekąd stanowi ów „ogonek”. 

„Książkę czytało się szybko do końca nie wiadomo było o co chodzi.”
„Książkę czytało się szybko, do końca nie wiadomo było, o co chodzi.”
„Książkę czytało się, szybko do końca, nie wiadomo było, o co chodzi.”
„Książkę czytało się szybko do końca, nie wiadomo było, o co chodzi.”

Zdanie - za przeproszeniem - nieco z dupy, ale wzięte z jednej z recenzji, na którą niedawno trafiłam. Zostawmy może jednak kwestie merytoryczne, a skupmy się na interpunkcji. Oryginalna pisownia to zdanie pierwsze. Jak widać, przecinek można wstawić w wielu miejscach i za każdym razem zmienia on wydźwięk wypowiedzi.

Dlatego dbajmy o to, by znajdował się on w odpowiednim miejscu.

Ach, byłabym zapomniała! Przed przecinkiem, kropką, pytajnikiem i każdym innym znakiem interpunkcyjnym NIE klikaj w spację! Takie teksty źle się czyta, a wtedy znaki interpunkcyjne faktycznie są tylko ozdobnikami…

Używanie mądrze brzmiących słów nie podnosi poziomu inteligencji


Nie jest to nic nowego, bo od dawna znane jest przecież nagminne używanie „bynajmniej” w znaczeniu „przynajmniej”, podczas gdy w rzeczywistości jest to zaprzeczenie, a także używanie słowa „tudzież” jako „albo”…

Powstaje jednak coraz więcej tekstów, których autorzy za wszelką cenę silą się na erudycję, a efekt wychodzi karykaturalny i odbiorca zamiast zachwycić się Twoją błyskotliwością i oczytaniem, parsknie śmiechem albo zrobi zrzut ekranu i prześle znajomym, żeby się z nimi z Ciebie pośmiać. 

Serio. Też to robię. 

Dlaczego? Bo to po prostu śmieszne.

Nie ma nic gorszego, niż tekst, w który są na siłę upchnięte „mądre” słowa. Robi się z tego pseudointelektualny bełkot, którego nie da się brać na poważnie.

Jeśli zaś chcesz wiedzieć, jak powinno się pisać teksty, w których owe słowa nie rażą, serdecznie zapraszam do Jarka Czechowicza.

Relacja oceny do opinii


Wejdźmy teraz głębiej w warstwę merytoryczną recenzji. Chciałabym zwrócić Waszą uwagę na zależność opinii (czyli tego, co piszecie) i oceny (czyli punktacja, którą przyznajesz książce). Coraz częściej dostrzegam bowiem rozbieżność pomiędzy tym, co widnieje w treści, a tym, ile „gwiazdek” przyznaje się książce.

Jeśli czytam recenzję, która jest pozytywna i w której na próżno szukać jakiegokolwiek zdania, że coś się recenzentowi w danej książce jednak nie do końca podobało, a na końcu wystawiona jest ocena 7/10, to odczuwam pewien dyskomfort… 

No bo jak to? Książka była super, fabuła rewelacyjna, styl autora niesamowity, bohaterowie wyraziści i świetnie skonstruowani, no nie ma się do czego przyczepić, więc dlaczego finalnie nie została doceniona maksymalną ilością punktów? Gdzie wytłumaczenie, argument merytoryczny określający choćby i mgliste poczucie, że autorowi recenzji jednak czegoś zabrakło, aby dać jej „maksa”?

I w drugą stronę: spotkałam się z bardzo negatywnymi opiniami podsumowanymi na przykład oceną 6/10. W treści zero plusów, same minusy, no wydawać by się mogło, że książka to totalny gniot, a tu nagle na końcu 6/10, czyli właściwie wcale nie tak najgorzej, prawda?

I dlatego właśnie nienawidzę portalu Lubimy Czytać. Ocenianie książki gwiazdkami i cyferkami, które nie idzie w parze z opinią, jest dla mnie po prostu głupie. Tak, głupie.

Nie wspominając o tym, że wszyscy wiemy, jak to działa i że oceny można powystawiać nawet książkom, których się nie czytało, ale sobie powrzucać „jedynki” każdej jednej pozycji. Albo „dyszki”. Bo czemu nie?

Opinia tymczasem ma znacznie większą wartość. O ile oczywiście została poprawnie napisana, a nie: „fajna książka”, bo to potencjalnemu nowemu czytelnikowi jednak niewiele mówi. Ale o tym za moment.

Wracając do ocen: oceniać również trzeba umieć. Wybierz sobie skalę ocen, np. szkolną i zdecyduj, co oznacza każdy stopień. I oceniaj adekwatnie do opisywanych odczuć. 

A najlepiej… nie oceniaj wcale. 

Co i ja porzuciłam na swoim blogu i „gwiazdki” już nie wrócą.

Zabił lokaj


Opis fabuły to nie to samo, co streszczenie książki. Ten pierwszy to subtelne nakreślenie wydarzeń opisywanych w danej książce. Nie musisz opisać każdej kropki, żeby po Twoim tekście było widać, że książkę faktycznie przeczytałeś/aś. Nie musisz zdradzać każdego ukrytego znaczenia jakiegoś wydarzenia, żeby się pochwalić, że rozumiesz, co autor chciał przekazać. A już wreszcie - to, że opisujesz pierwsze XX stron, a nie końcówkę, nie jest równoznaczne z tym, że nie spoilerujesz.

Bo spoiler, moi mili, nie jest wyłącznie zdradzeniem zakończenia. Spoiler to popsucie czytelnikowi jakiegokolwiek zaskoczenia, które przygotował autor w swoim tekście. Niezależnie od tego, czy mowa o czymś z piętnastej czy trzysetnej strony.

Jeśli nie umiesz swoimi słowami opisać fabuły, to tego po prostu nie rób - po to jest opis od wydawcy, żeby potencjalny czytelnik mógł się dowiedzieć, o czym dana książka traktuje.

Pisz mądrze albo nie pisz wcale


Pozwolę sobie na przykładach - pisownia oryginalna.

W recenzji thrillera psychologicznego:


I drugie:


Czyli że niewiadome mają być w wątkach pobocznych czy co?

W obu przypadkach mam tylko jedną myśl: za recenzję tej książki wzięły się osoby, które na co dzień czytają inne gatunki literackie albo osoby, które po prostu połasiły się na darmowy egzemplarz książki od wydawnictwa. Inną kwestią jest to, że poziom obu wypowiedzi przeczy tezie, że czytanie jest rozrywką ludzi inteligentnych.

Niestety.

Autor nie jest Twoim kolegą


Ponieważ żyję z pisarzem, wiem, że często ludzie, których on osobiście nie zna, piszą o nim w recenzjach po imieniu. To, że media społecznościowe skracają dystans pomiędzy czytelnikiem i pisarzem, nie oznacza, że możemy sobie wypalać per „ty” do każdego, o kogo książce piszemy. Trochę szacunku i kultury jeszcze nikomu nie zaszkodziło…

A skoro już przy szacunku jesteśmy, to pozwolę sobie znowu na przykładzie o innej kwestii:


I spróbuję w tym samym tonie:

Nie wiem, jaką trzeba być amebą umysłową, żeby na podstawie książki fabularnej wyciągać tak daleko idące wnioski dotyczące osoby autora. Traktowanie fikcji literackiej jako odzwierciedlenia faktycznych przekonań pisarza jest po prostu bezdennie głupie. Idąc tym tropem powinniśmy pozamykać w więzieniach wszystkich twórców kryminałów (bo skoro opisują zbrodnie, to na bank jakieś popełnili!), a autorów horrorów zamknąć w psychiatrykach…

Nie, jednak w tym samym tonie chyba mi się nie udało. Nie umiem zejść do takiego poziomu…

I tak, od razu powiem, że wszystkie trzy cytaty pochodzą z recenzji „Kroku trzeciego” na portalu Lubimy Czytać. I nie, nie chodzi o to, że to recenzje negatywne. Każdy ma prawo do tego, żeby mu się jakiś tytuł nie spodobał. Gusta są różne. Ale to, że książka się komuś nie spodobała, nie usprawiedliwia - za przeproszeniem - pieprzenia głupot. 

Wybór padł na powyższe cytaty i to akurat w charakterze negatywnym wyłącznie dlatego, że ostatnio czytałam recenzje tej właśnie książki. Przygotowując się do napisania niniejszego tekstu, miałam szczery zamiar wyszukać więcej przykładów i nawet się za to zabrałam, ale… nie mogę. Czytanie takich bzdur po prostu mnie boli i szkoda mi na to czasu. Jestem jednak pewna, że każdy z Was trafia na takie wątpliwej jakości recenzje i wie, o czym mówię.

Pisz na chłodno albo nie pisz wcale


Jeśli książka naprawdę nie przypadła Ci do gustu i męczysz się brnąc przez kolejne strony… odpuść. Nie czytaj dalej. Raz, że nie będziesz się samobiczować, a dwa, że odpadnie Ci pisanie recenzji, której pisać nie masz ochoty. Przyznaję, że dojście do tego zajęło mi trochę czasu i choć mam na koncie kilka bardzo niepochlebnych recenzji, to dzisiaj już bym ich nie napisała. Nie wspominając o tym, że tych książek bym nie dokończyła. 

Dlaczego o tym wspominam? Bo kiedy coś się recenzentowi bardzo nie podoba, często ponoszą go emocje i wielu z nich nie potrafi ugryźć się w język. Zauważyłam, że wycieczki osobiste w stronę autorów to norma. Na podstawie powyższego przykładu: „autor musi bardzo nienawidzić kobiet” - to tak samo głupi wniosek, jak szukanie głębszego sensu w tym, że autor napisał, że zasłony były niebieskie. Takie zdanie, jak wspomniany cytat, może napisać tylko ktoś, kto jest całkowicie pozbawiony wyobraźni. Bo tak się składa, że na przykład pełną przemocy i brutalnych, szczegółowych opisów książkę może napisać ktoś, kto w prawdziwym życiu jest „do rany przyłóż”. Nie wspomnę już o tym, że wysuwanie takich wniosków świadczy o zwyczajnym braku kultury.

Kolejną kwestią jest to, że często spotykam negatywne recenzje, które nie mają żadnego merytorycznego uzasadnienia. Cały sens takiej recenzji można podsumować jako: „książka była zła, bo nie była dobra”. Ręce opadają.

Dlatego apeluję: jeśli bardzo, ale to bardzo nie podoba Ci się lektura, którą właśnie czytasz - odłóż ją. Jeśli jest to egzemplarz od wydawnictwa, napisz do osoby kontaktowej z informacją, że bardzo przepraszasz, ale recenzji nie napiszesz. Wyjaśnij dlaczego i przede wszystkim podaj konkretne argumenty stojące za Twoim zdaniem o danej pozycji. 

Oczywiście mowa tutaj o książkach, przez które naprawdę ciężko przebrnąć. Każdy z nas czasem na takie trafia - to normalna rzecz. Zamiast jednak wylewać na tytuł pomyje i obrzucać autora błotem, lepiej zachować się jak kulturalny człowiek i temat po prostu przemilczeć. 

Opcjonalnie, bo przecież podniosą się zaraz głosy, że jak coś jest słabe i się o tym nie napisze, to się oszukuje odbiorców, zawsze można wystosować na bloga czy Instagram wpis o tym, że dana pozycja tak bardzo nie leży w naszym guście, że po prostu ją odkładacie i nie czytacie dalej.

Dlaczego?


„Książka mi się nie podobała.”
Dlaczego?

„Książka była nudna.”
Dlaczego?

„Książka mnie nie wciągnęła.”
Dlaczego?

„Ta książka to majstersztyk.”
Dlaczego?

„Przez tę lekturę się mknie.”
Dlaczego?

I tak dalej. Nikogo nie interesuje samo stwierdzenie, że coś uważasz za „jakieś tam”, tylko Twoje uzasadnienie, a więc odpowiedź na pytanie: „dlaczego?”. Dobrze sformułowana recenzja zawsze zawiera część informacyjną, analizę i ocenę. Jeśli poprzestaniemy wyłącznie na „fajna” vs. „niefajna”, to równie dobrze możemy wrócić do pisma obrazkowego (w stronę którego zresztą powoli zmierzamy…) i podsumowywać każdą lekturę wyłącznie kciukiem w dół lub w górę…

Recenzowanie nie jest dla każdego


To, że ktoś czyta książki, nie jest równoznaczne z tym, że powinien zabierać się za ich recenzowanie. Niestety doskonale zdaję sobie sprawę, że jak ktoś się uprze, to go nic nie powstrzyma… I choć sama prowadzę bloga z recenzjami, to na inne blogi zaglądam rzadko. I w gruncie rzeczy jest ich tylko kilka: spadlomizregala.pl, zaciesz.com, krytycznymokiem.blogspot.com oraz zaczytasy.blogspot.com

Generalnie jednak stronię od recenzji, bo większość z nich zawiera co najmniej jeden z wyżej opisanych elementów. I ta większość jest niestety zatrważająca. Dlatego właśnie uważam, że pisać każdy może, ale nie każdy powinien. 


A niektórzy wręcz powinni mieć zakaz.

2/05/2020

#108 Julien Sandrel - Pokój wspaniałości

#108 Julien Sandrel - Pokój wspaniałości
Obawiałam się trochę tej książki. Opis brzmiał zachęcająco, ale jednak to literatura obyczajowa, a z tą rzadko mi po drodze. Kiedy jednak do mnie dotarła, nie ociągałam się z sięgnięciem po nią i z myślą „raz kozie śmierć” zabrałam się za lekturę. I nie żałuję.

lareinemargotpl

Julien Sandrel - Pokój wspaniałości 


Thelma robi karierę i wychowuje dwunastoletniego syna, Louisa. Kobieta skupia się jednak głównie na tym, by fakt, że jest matką w żaden sposób nie wpłynął na jej pracę w korporacji. Pewnego dnia wychodzą razem z domu. Louis próbuje coś matce powiedzieć, ta jednak zajęta jest rozmową przez telefon. Chłopak, jak to nastolatek, „strzela focha” i odjeżdża na deskorolce rozpędzając się jak najbardziej, aby wyładować emocje i zrobić na złość matce. Wystarczyła chwila nieuwagi i Louis zostaje potrącony przez ciężarówkę, a całe życie Thelmy zostaje wywrócone do góry nogami.

Louis zapada w śpiączkę, a kobieta otrzymuje od lekarzy informację, że jeśli chłopak nie wybudzi się w ciągu miesiąca, będzie musiała pogodzić się z jego śmiercią. Thelma nie bierze tego w ogóle pod uwagę i postanawia zrobić wszystko, by wybudzić syna. I choć nikt nie wie, czy człowiek w śpiączce słyszy, co się do niego mówi, Thelma się nie poddaje. Postanawia spełnić wszystkie marzenia swojego syna. I będzie to podróż, która odmieni całe jej życie.

Coś więcej, niż tylko historyjka


Julien Sandrel stworzył powieść, którą czyta się lekko, przyjemnie i szybko (liczy sobie ona bowiem mniej niż trzysta stron), a która jednocześnie daje mocno do myślenia. I choć przesłanie, które raczej tajemnicą nie jest, bo można je wywnioskować z opisu książki, jest dość banalne, to osobiście uważam, że w dzisiejszych czasach co druga powieść powinna taka być. Żyjemy szybko i ciągle za czymś gonimy. Co rusz mówi się nam o tym, żebyśmy nauczyli się zwalniać tempa, zatrzymywać i być „tu i teraz” i niby każdy to rozumie, a jednak następnego dnia znowu wracamy do gonienia za statusem, który ma imponować ludziom, których nie lubimy i pieniędzmi, których nie mamy kiedy wydać…

Dlatego, choć „Pokój wspaniałości” nie jest literackim majstersztykiem, uważam, że jest to ładna i potrzebna opowieść o tym, że są rzeczy ważne i WAŻNIEJSZE. I z całego serca polecam ją wszystkim tym, którzy potrzebują, żeby im przypomnieć o tym, co w życiu liczy się najbardziej. I mowa tu nie tylko o miłości do dziecka, ale także, a może nawet przede wszystkim, o miłości do siebie samego.


Tytuł: Pokój wspaniałości
Autor: Julien Sandrel
Wydawnictwo: Sonia Draga
Liczba stron: 272
Data wydania: 29 stycznia 2020


Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu:

lareinemargotpl


Copyright © 2016 la reine margot , Blogger