2/24/2020

[Głośno myślę...] Pisać każdy może, ale nie każdy powinien

W ostatnim czasie zauważyłam znaczny wzrost ilości profili bookstagramowych na Instagramie i nagle, jak grzyby po deszczu, pojawiło się również mnóstwo blogów, których autorzy recenzują książki. „Recenzują” to jednak określenie mocno na wyrost, bo to, co się dzieje w owych „recenzjach”, woła o pomstę do nieba. 


Pisać każdy może, ale nie każdy powinien


Długo nosiłam się z zamiarem napisania tego tekstu. Z jednej strony bardzo chciałam, żeby powstał, bo po cichu liczę na to, że coś to zmieni. Jeśli choć jedna osoba po lekturze tego wpisu wprowadzi jakąś zmianę w swoich recenzenckich tekstach, to będę to uważała za sukces, bo nie od razu Rzym zbudowano. Jedna osoba daje już kilka kolejnych szans, że od niej ktoś coś podejrzy i tym sposobem #dobrazmiana rozejdzie się dalej.

Z drugiej strony nie jestem naiwna i doskonale wiem, że większość osób, o których będzie poniżej mowa, ma głęboko w poważaniu, jaka jest jakość tego, co robią. Bo im się wydaje, że robią to dobrze. I mają rację: wydaje im się. Rozumiem jednak, że w przeważającej ilości przypadków, moje słowa nie zostaną przez takie osoby zrozumiane. Ludzie ci będą się dziwić, o co mi chodzi. Nie będą rozumieć, że pewne rzeczy wynikają z kultury (której ogólnie jest coraz mniej, a w internecie to tyle, co kot napłakał), inne z inteligencji, a jeszcze inne z edukacji.

Tekst jednak powstał, bo czułam potrzebę uzewnętrznienia swoich frustracji. A także wyjaśnienia, dlaczego większości recenzji nie czytam, a jeśli czytam, to dlatego, że lubię styl danej osoby albo książkę już sama przeczytałam.

Bo owszem, są osoby, które recenzje pisać potrafią. I są to teksty daleko leżące od miałkości, inteligentne, błyskotliwe i dobrze napisane. Jest ich całkiem sporo, są jednak w mniejszości w stosunku do tych, które są pisane językiem przedszkolaka, na próżno szukać w nich sensu, zawierają spoilery albo jedynym kryterium oceny przeczytanej lektury jest: „szybko się czytało”…

A wszystko wynika z tego, że wydawnictwa rozdają książki na lewo i prawo, bo liczy się, żeby się o książce mówiło i żeby była na zdjęciach. Mamy więc blogerów/instagramerów i wydawnictwa. Pozostaje pytanie, gdzie tu miejsce dla tych, którzy faktycznie te recenzje czytają? Gdzie miejsce dla czytelników (i klientów!) owych książek, którzy szukają nowych tytułów?

Zdaje się, że jakość to dzisiaj BYLEjakość i wszystko jedno „jak”, „byle”…

Jak pisać recenzje książek?


Nie ma na to jednej, słusznej odpowiedzi. Chyba że jesteś zawodowo krytykiem literackim, ale zawód ten chyba powoli kończy swój żywot, a nawet jeśli się utrzymuje, to oni już akurat wiedzą, jak poprawnie działać w swoim fachu.

Jeśli zaś recenzujesz hobbystycznie (nawet jeśli dostajesz za to pieniądze od wydawnictwa), to są pewne kwestie, których moim zdaniem przestrzegać należy. Bezwzględnie.

„ZakĄczenie z nikąt”, czyli poprawna polszczyzna


Jeśli bierzesz się za napisanie tekstu (jakiegokolwiek, nawet zwykłego posta „o niczym” w internecie), warto zadbać o to, by był on napisany poprawnie. O ile jestem w stanie przeboleć literówki, o tyle błędów ortograficznych już nie. Każdy nowy telefon ma coś takiego jak słownik. Wystarczy go włączyć i nie ignorować tego, co podpowiada. Teksty, w których błąd goni błąd i jest błędem poganiany, każą się jedynie zastanowić nad tym, czy osoba, która ów elaborat poczyniła, faktycznie książki czyta. Albowiem udowodnione jest naukowo, że książki wpływają na naukę poprawnego pisania. Acz odkąd odkryłam bookstagram, zaczynam w to mocno wątpić.

Jeśli już zabierasz się za pisanie, rób to poprawnie. Jak nie umiesz - skorzystaj z funkcji słownika, wpisz odpowiednie hasło w wyszukiwarkę, napisz tekst najpierw w Wordzie, zapytaj kogoś… Nie kalaj języka pisanego, a przede wszystkim nie krzywdź swoich odbiorców. Okaż im choć tyle szacunku, by zwracać się do nich w sposób poprawny. W internecie rozmawiamy literkami - większość z nas tego nie powie, bo uważamy to za oczywiste, ale będziemy naprawdę wdzięczni za czytanie postów/tekstów pozbawionych błędów.

Znaki interpunkcyjne to nie ozdobniki


WIem, że po tym stwierdzeniu może paść wiele światopoglądów, ale… one mają swoją ściśle określoną rolę! To nie są wyłącznie emotikony z nich powstające…

Przecinek potrafi zmienić sens całego zdania, a jeśli o tym nie wiesz, to może czas przypomnieć sobie elementarne podstawy z języka polskiego. I nauczyć się czytać ponownie to, co się napisało - z uwzględnieniem pauzy, jaką poniekąd stanowi ów „ogonek”. 

„Książkę czytało się szybko do końca nie wiadomo było o co chodzi.”
„Książkę czytało się szybko, do końca nie wiadomo było, o co chodzi.”
„Książkę czytało się, szybko do końca, nie wiadomo było, o co chodzi.”
„Książkę czytało się szybko do końca, nie wiadomo było, o co chodzi.”

Zdanie - za przeproszeniem - nieco z dupy, ale wzięte z jednej z recenzji, na którą niedawno trafiłam. Zostawmy może jednak kwestie merytoryczne, a skupmy się na interpunkcji. Oryginalna pisownia to zdanie pierwsze. Jak widać, przecinek można wstawić w wielu miejscach i za każdym razem zmienia on wydźwięk wypowiedzi.

Dlatego dbajmy o to, by znajdował się on w odpowiednim miejscu.

Ach, byłabym zapomniała! Przed przecinkiem, kropką, pytajnikiem i każdym innym znakiem interpunkcyjnym NIE klikaj w spację! Takie teksty źle się czyta, a wtedy znaki interpunkcyjne faktycznie są tylko ozdobnikami…

Używanie mądrze brzmiących słów nie podnosi poziomu inteligencji


Nie jest to nic nowego, bo od dawna znane jest przecież nagminne używanie „bynajmniej” w znaczeniu „przynajmniej”, podczas gdy w rzeczywistości jest to zaprzeczenie, a także używanie słowa „tudzież” jako „albo”…

Powstaje jednak coraz więcej tekstów, których autorzy za wszelką cenę silą się na erudycję, a efekt wychodzi karykaturalny i odbiorca zamiast zachwycić się Twoją błyskotliwością i oczytaniem, parsknie śmiechem albo zrobi zrzut ekranu i prześle znajomym, żeby się z nimi z Ciebie pośmiać. 

Serio. Też to robię. 

Dlaczego? Bo to po prostu śmieszne.

Nie ma nic gorszego, niż tekst, w który są na siłę upchnięte „mądre” słowa. Robi się z tego pseudointelektualny bełkot, którego nie da się brać na poważnie.

Jeśli zaś chcesz wiedzieć, jak powinno się pisać teksty, w których owe słowa nie rażą, serdecznie zapraszam do Jarka Czechowicza.

Relacja oceny do opinii


Wejdźmy teraz głębiej w warstwę merytoryczną recenzji. Chciałabym zwrócić Waszą uwagę na zależność opinii (czyli tego, co piszecie) i oceny (czyli punktacja, którą przyznajesz książce). Coraz częściej dostrzegam bowiem rozbieżność pomiędzy tym, co widnieje w treści, a tym, ile „gwiazdek” przyznaje się książce.

Jeśli czytam recenzję, która jest pozytywna i w której na próżno szukać jakiegokolwiek zdania, że coś się recenzentowi w danej książce jednak nie do końca podobało, a na końcu wystawiona jest ocena 7/10, to odczuwam pewien dyskomfort… 

No bo jak to? Książka była super, fabuła rewelacyjna, styl autora niesamowity, bohaterowie wyraziści i świetnie skonstruowani, no nie ma się do czego przyczepić, więc dlaczego finalnie nie została doceniona maksymalną ilością punktów? Gdzie wytłumaczenie, argument merytoryczny określający choćby i mgliste poczucie, że autorowi recenzji jednak czegoś zabrakło, aby dać jej „maksa”?

I w drugą stronę: spotkałam się z bardzo negatywnymi opiniami podsumowanymi na przykład oceną 6/10. W treści zero plusów, same minusy, no wydawać by się mogło, że książka to totalny gniot, a tu nagle na końcu 6/10, czyli właściwie wcale nie tak najgorzej, prawda?

I dlatego właśnie nienawidzę portalu Lubimy Czytać. Ocenianie książki gwiazdkami i cyferkami, które nie idzie w parze z opinią, jest dla mnie po prostu głupie. Tak, głupie.

Nie wspominając o tym, że wszyscy wiemy, jak to działa i że oceny można powystawiać nawet książkom, których się nie czytało, ale sobie powrzucać „jedynki” każdej jednej pozycji. Albo „dyszki”. Bo czemu nie?

Opinia tymczasem ma znacznie większą wartość. O ile oczywiście została poprawnie napisana, a nie: „fajna książka”, bo to potencjalnemu nowemu czytelnikowi jednak niewiele mówi. Ale o tym za moment.

Wracając do ocen: oceniać również trzeba umieć. Wybierz sobie skalę ocen, np. szkolną i zdecyduj, co oznacza każdy stopień. I oceniaj adekwatnie do opisywanych odczuć. 

A najlepiej… nie oceniaj wcale. 

Co i ja porzuciłam na swoim blogu i „gwiazdki” już nie wrócą.

Zabił lokaj


Opis fabuły to nie to samo, co streszczenie książki. Ten pierwszy to subtelne nakreślenie wydarzeń opisywanych w danej książce. Nie musisz opisać każdej kropki, żeby po Twoim tekście było widać, że książkę faktycznie przeczytałeś/aś. Nie musisz zdradzać każdego ukrytego znaczenia jakiegoś wydarzenia, żeby się pochwalić, że rozumiesz, co autor chciał przekazać. A już wreszcie - to, że opisujesz pierwsze XX stron, a nie końcówkę, nie jest równoznaczne z tym, że nie spoilerujesz.

Bo spoiler, moi mili, nie jest wyłącznie zdradzeniem zakończenia. Spoiler to popsucie czytelnikowi jakiegokolwiek zaskoczenia, które przygotował autor w swoim tekście. Niezależnie od tego, czy mowa o czymś z piętnastej czy trzysetnej strony.

Jeśli nie umiesz swoimi słowami opisać fabuły, to tego po prostu nie rób - po to jest opis od wydawcy, żeby potencjalny czytelnik mógł się dowiedzieć, o czym dana książka traktuje.

Pisz mądrze albo nie pisz wcale


Pozwolę sobie na przykładach - pisownia oryginalna.

W recenzji thrillera psychologicznego:


I drugie:


Czyli że niewiadome mają być w wątkach pobocznych czy co?

W obu przypadkach mam tylko jedną myśl: za recenzję tej książki wzięły się osoby, które na co dzień czytają inne gatunki literackie albo osoby, które po prostu połasiły się na darmowy egzemplarz książki od wydawnictwa. Inną kwestią jest to, że poziom obu wypowiedzi przeczy tezie, że czytanie jest rozrywką ludzi inteligentnych.

Niestety.

Autor nie jest Twoim kolegą


Ponieważ żyję z pisarzem, wiem, że często ludzie, których on osobiście nie zna, piszą o nim w recenzjach po imieniu. To, że media społecznościowe skracają dystans pomiędzy czytelnikiem i pisarzem, nie oznacza, że możemy sobie wypalać per „ty” do każdego, o kogo książce piszemy. Trochę szacunku i kultury jeszcze nikomu nie zaszkodziło…

A skoro już przy szacunku jesteśmy, to pozwolę sobie znowu na przykładzie o innej kwestii:


I spróbuję w tym samym tonie:

Nie wiem, jaką trzeba być amebą umysłową, żeby na podstawie książki fabularnej wyciągać tak daleko idące wnioski dotyczące osoby autora. Traktowanie fikcji literackiej jako odzwierciedlenia faktycznych przekonań pisarza jest po prostu bezdennie głupie. Idąc tym tropem powinniśmy pozamykać w więzieniach wszystkich twórców kryminałów (bo skoro opisują zbrodnie, to na bank jakieś popełnili!), a autorów horrorów zamknąć w psychiatrykach…

Nie, jednak w tym samym tonie chyba mi się nie udało. Nie umiem zejść do takiego poziomu…

I tak, od razu powiem, że wszystkie trzy cytaty pochodzą z recenzji „Kroku trzeciego” na portalu Lubimy Czytać. I nie, nie chodzi o to, że to recenzje negatywne. Każdy ma prawo do tego, żeby mu się jakiś tytuł nie spodobał. Gusta są różne. Ale to, że książka się komuś nie spodobała, nie usprawiedliwia - za przeproszeniem - pieprzenia głupot. 

Wybór padł na powyższe cytaty i to akurat w charakterze negatywnym wyłącznie dlatego, że ostatnio czytałam recenzje tej właśnie książki. Przygotowując się do napisania niniejszego tekstu, miałam szczery zamiar wyszukać więcej przykładów i nawet się za to zabrałam, ale… nie mogę. Czytanie takich bzdur po prostu mnie boli i szkoda mi na to czasu. Jestem jednak pewna, że każdy z Was trafia na takie wątpliwej jakości recenzje i wie, o czym mówię.

Pisz na chłodno albo nie pisz wcale


Jeśli książka naprawdę nie przypadła Ci do gustu i męczysz się brnąc przez kolejne strony… odpuść. Nie czytaj dalej. Raz, że nie będziesz się samobiczować, a dwa, że odpadnie Ci pisanie recenzji, której pisać nie masz ochoty. Przyznaję, że dojście do tego zajęło mi trochę czasu i choć mam na koncie kilka bardzo niepochlebnych recenzji, to dzisiaj już bym ich nie napisała. Nie wspominając o tym, że tych książek bym nie dokończyła. 

Dlaczego o tym wspominam? Bo kiedy coś się recenzentowi bardzo nie podoba, często ponoszą go emocje i wielu z nich nie potrafi ugryźć się w język. Zauważyłam, że wycieczki osobiste w stronę autorów to norma. Na podstawie powyższego przykładu: „autor musi bardzo nienawidzić kobiet” - to tak samo głupi wniosek, jak szukanie głębszego sensu w tym, że autor napisał, że zasłony były niebieskie. Takie zdanie, jak wspomniany cytat, może napisać tylko ktoś, kto jest całkowicie pozbawiony wyobraźni. Bo tak się składa, że na przykład pełną przemocy i brutalnych, szczegółowych opisów książkę może napisać ktoś, kto w prawdziwym życiu jest „do rany przyłóż”. Nie wspomnę już o tym, że wysuwanie takich wniosków świadczy o zwyczajnym braku kultury.

Kolejną kwestią jest to, że często spotykam negatywne recenzje, które nie mają żadnego merytorycznego uzasadnienia. Cały sens takiej recenzji można podsumować jako: „książka była zła, bo nie była dobra”. Ręce opadają.

Dlatego apeluję: jeśli bardzo, ale to bardzo nie podoba Ci się lektura, którą właśnie czytasz - odłóż ją. Jeśli jest to egzemplarz od wydawnictwa, napisz do osoby kontaktowej z informacją, że bardzo przepraszasz, ale recenzji nie napiszesz. Wyjaśnij dlaczego i przede wszystkim podaj konkretne argumenty stojące za Twoim zdaniem o danej pozycji. 

Oczywiście mowa tutaj o książkach, przez które naprawdę ciężko przebrnąć. Każdy z nas czasem na takie trafia - to normalna rzecz. Zamiast jednak wylewać na tytuł pomyje i obrzucać autora błotem, lepiej zachować się jak kulturalny człowiek i temat po prostu przemilczeć. 

Opcjonalnie, bo przecież podniosą się zaraz głosy, że jak coś jest słabe i się o tym nie napisze, to się oszukuje odbiorców, zawsze można wystosować na bloga czy Instagram wpis o tym, że dana pozycja tak bardzo nie leży w naszym guście, że po prostu ją odkładacie i nie czytacie dalej.

Dlaczego?


„Książka mi się nie podobała.”
Dlaczego?

„Książka była nudna.”
Dlaczego?

„Książka mnie nie wciągnęła.”
Dlaczego?

„Ta książka to majstersztyk.”
Dlaczego?

„Przez tę lekturę się mknie.”
Dlaczego?

I tak dalej. Nikogo nie interesuje samo stwierdzenie, że coś uważasz za „jakieś tam”, tylko Twoje uzasadnienie, a więc odpowiedź na pytanie: „dlaczego?”. Dobrze sformułowana recenzja zawsze zawiera część informacyjną, analizę i ocenę. Jeśli poprzestaniemy wyłącznie na „fajna” vs. „niefajna”, to równie dobrze możemy wrócić do pisma obrazkowego (w stronę którego zresztą powoli zmierzamy…) i podsumowywać każdą lekturę wyłącznie kciukiem w dół lub w górę…

Recenzowanie nie jest dla każdego


To, że ktoś czyta książki, nie jest równoznaczne z tym, że powinien zabierać się za ich recenzowanie. Niestety doskonale zdaję sobie sprawę, że jak ktoś się uprze, to go nic nie powstrzyma… I choć sama prowadzę bloga z recenzjami, to na inne blogi zaglądam rzadko. I w gruncie rzeczy jest ich tylko kilka: spadlomizregala.pl, zaciesz.com, krytycznymokiem.blogspot.com oraz zaczytasy.blogspot.com

Generalnie jednak stronię od recenzji, bo większość z nich zawiera co najmniej jeden z wyżej opisanych elementów. I ta większość jest niestety zatrważająca. Dlatego właśnie uważam, że pisać każdy może, ale nie każdy powinien. 


A niektórzy wręcz powinni mieć zakaz.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2016 la reine margot , Blogger