3/11/2020

#111 Maciej Siembieda - Wotum

W dobie nadprodukcji książek i pędu na ilość, bardzo cenię sobie autorów, którzy w poważaniu mają pisanie na akord. Jednym z nich jest Maciej Siembieda, który wydaje jedną książkę na rok. I choć najchętniej czytałabym jego nowe powieści co kwartał, rozumiem, że napisanie historii dopracowanej w każdym szczególe wymaga czasu. Dobra powieść jest warta tego, by trochę poprzebierać z niecierpliwości nóżkami, prawda?

lareinemargotpl

Maciej Siembieda - Wotum


W najnowszej powieści Siembiedy znów spotykamy się z sympatycznym prokuratorem IPN, Jakubem Kanią. Tradycyjnie jednak, jak w każdej powieści autora, to nie on jest tutaj głównym bohaterem, choć Siembieda z każdą częścią wprowadza nas coraz głębiej w życie prywatne Kani. Dzięki temu czytelnik otrzymuje rozbudowaną warstwę obyczajową, która jest jednak idealnie wyważona i nigdy nie przesłania ani nie przyćmiewa głównego wątku.

Tym ostatnim, a zarazem głównym „bohaterem” powieści, jest największa świętość naszego Kościoła, czyli obraz Czarnej Madonny, do którego co roku pielgrzymują tysiące wiernych. Nie dość, że obraz zostaje zaatakowany, to pod znakiem zapytania stoi jego autentyczność. Jak można się domyślić, nikomu nie zależy na rozgłosie i prowadzeniu oficjalnego śledztwa.

Rozwikłanie zagadki, kto stoi za zamachem na świętość, należy do Jakuba Kani, na którego dyskrecję liczą wszyscy zainteresowani. Nie pozwalają oni jednak na poruszanie tematu autentyczności obrazu… Tylko czy Kania zdoła się oprzeć?

Fikcja versus fakty


Siembieda zdążył już przyzwyczaić swoich czytelników do tego, że jego historie nie są nigdy wyssane z palca. Tak jest też oczywiście w przypadku „Wotum”, choć nie będę zdradzać, która część opowieści jest prawdziwa, żeby nikomu nie zepsuć lektury.

Autor nie bał się podnieść ręki na Kościół, skrywane przezeń tajemnice i zamiatanie brudów pod dywan. Zrobił to jednak z właściwym dla siebie wyczuciem, więc szukający taniej sensacji będą rozczarowani. Siembieda bowiem więcej mówi między wierszami i skłania czytelnika do myślenia, niż wskazuje palcem na niewłaściwe i nie do końca moralne praktyki religijnych przedstawicieli zarówno Kościoła, jak i świata polityki.

Muszę przyznać, że główny wątek interesował mnie tu jednak najmniej. Nie jestem osobą religijną, od instytucji Kościoła trzymam się z daleka, dewocjonalia uważam za wyciąganie pieniędzy od naiwnych, a świętością są dla mnie zupełnie inne rzeczy niż obraz z Częstochowy… Dlatego do tej części fabuły „Wotum” podeszłam zupełnie bez emocji, choć wprowadzenie do historii przedstawione przez autora w prologu zapowiadało, że będzie inaczej.

Z zaciekawieniem jednak podążałam śladami prokuratora i obserwowałam wątki poboczne, które rekompensowały mi mój brak zainteresowania obrazem. 

Danie główne być może nie zaspokoiło moich oczekiwań, ale deser w postaci uwielbianego przeze mnie wyważonego, dojrzałego i błyskotliwego stylu skutecznie naprawił to wrażenie.

Instrukcja obsługi pralki


Książek Siembiedy łaknę jak kania dżdżu. Autor oczarował mnie swoją twórczością już jakiś czas temu, a „Miejscem i imieniem” zawiesił sobie poprzeczkę moich oczekiwań bardzo, bardzo wysoko. Nie mogę sobie jednak pozwolić na patrzenie na nowe powieści przez pryzmat „Miejsca i imienia”. Gdybym tak robiła, musiałabym powiedzieć, że rozczarowało mnie zarówno „Wotum”, jak i ubiegłoroczny „Gambit”, a gdybym „444” czytała po „Miejscu i imieniu”, musiałabym powiedzieć to samo. 

Każdy czytelnik ma w zbiorze twórczości danego autora ten jeden ulubiony tytuł, po którym nic już nie będzie dla niego aż tak dobre. Dla mnie jest to „Miejsce i imię”, dla innych będzie to inna książka Siembiedy.

Nie zmienia to jednak faktu, że Maciej Siembieda to jeden z moich ulubionych polskich pisarzy. Nie tylko dlatego, że „Miejsce i imię” wryło się na stałe w moją pamięć, a za bohaterem tej powieści tęsknię jak za przyjacielem. Prozę Siembiedy cenię przede wszystkim za to, że autor nie próbuje czytelnikowi niczego udowodnić, nie ściga się z innymi twórcami i nie sięga po chwytliwe, acz nie zawsze przekonujące twisty fabularne. Maciej Siembieda pisze tak, jak sam chce, a nie tak, jak ktoś mógłby oczekiwać i pozostaje przy tym wierny faktom nigdy nie naginając ich dla potrzeb fabularnej opowieści. I da się to odczuć w każdym zdaniu. Myślę, że właśnie dzięki tej wierności własnym przekonaniom tak dobrze się go czyta - zarówno w wydaniu fabularnym, jak i w reportażu czy nawet w postach w mediach społecznościowych. 

Dlatego mimo że w tematach religijnych jestem absolutną ignorantką i kompletnie mnie nie interesowały losy obrazu, „Wotum” przeczytałam z przyjemnością. 

Jak dla mnie Siembieda może pisać nawet o obsłudze pralki, a i tak będę się delektować każdym zdaniem.

Tytuł: Wotum
Autor: Maciej Siembieda
Wydawnictwo: Agora
Liczba stron: 380
Data wydania: 11.03.2020

Za możliwość przedpremierowej lektury oraz egzemplarz finalny powieści serdecznie dziękuję Wydawnictwu:


1 komentarz:

  1. Bardzo zaciekawiłaś mnie tą książką i jestem jej bardzo ciekawa tym bardziej, że nie miałam okazji poznać twórczości autora.

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 la reine margot , Blogger