7/28/2021

#136 Jagna Ambroziak - Garderoba

#136 Jagna Ambroziak - Garderoba

 Kryminał i thriller zawsze były moimi ulubionymi gatunkami literackimi. Nadszedł jednak moment, kiedy ograne schematy i podobni bohaterowie zaczęli mnie nużyć. Od jakiegoś czasu poszukuję zatem powieści spoza tych gatunków. Nie ma tu znaczenia, czy to będzie komedia romantyczna, literatura piękna, proza kobieca czy nawet fantastyka. Byle książka, styl autora i fabuła miały to magiczne coś, co sprawia, że nie sposób się od lektury oderwać. I właśnie takiej książki poszukiwałam, kiedy trafiłam na „Garderobę”, czyli debiut Jagny Ambroziak.


Zakładka theprettyart.com

Jagna Ambroziak - Garderoba


Jael wyprowadza się z Tel Awiwu do Paryża. NIby po to, by studiować historię sztuki. Wyprowadzka Jael jest jednak próbą ucieczki: przed własną kulturą, domem rodzinnym i jego problemami. A jednocześnie jest również gorączkowym poszukiwaniem: miłości, innego, wolnego od rodzicielskich przykazań życia, a przede wszystkim samej siebie.


Na miejscu okazuje się jednak, że zmiana adresu to za mało, by wypędzić z głowy to, czym była karmiona przez tyle lat. Tytułowa garderoba stanowi dla Jael przejście między Jael z Tel Awiwu a Jael z Paryża. Dziewczyna przebiera się, przywdziewa różne maski, w których wydaje się sobie być dla innych bardziej interesująca niż jest w rzeczywistości.


Oszukiwanie innych przychodzi jej z łatwością. Siebie samą jednak oszukać jest znacznie trudniej, szczególnie kiedy patrzy się na siebie jedynie przez pryzmat tego, jak jest się postrzeganym przez innych…


__________



__________


„Nie da się odmienić życia na własną rękę”.


„To, kim jestem, piękna czy szpetna, pożądana czy niechciana, zależy od innych. Od ich zachwyconego lub pogardliwego spojrzenia”.


Gdybym miała określić tę powieść jednym słowem, użyłabym określenia: „dziwna”. Nie byłabym jednak sprawiedliwa, bo jest to słowo nacechowane pejoratywnie i mogłabym kogoś odwieść od lektury. Tymczasem uważam, że choć „Garderoba” na pewno nie przypadnie do gustu każdemu, kto po nią sięgnie, to zdecydowanie jest to pozycja godna uwagi.


Na pochwałę zasługuje tu przede wszystkim przepełniony emocjami styl autorki. Narracja prowadzona jest pierwszoosobowo i od pierwszej do ostatniej strony współodczuwamy wraz z bohaterką tej historii. Jest to bardzo potężne narzędzie w rękach kogoś, kto ma świadomość tej umiejętności. I przede wszystkim umie prowadzić tę narrację w taki sposób, by nie przekroczyć tej magicznej granicy między bohaterem interesującym i formułującym myśli na papierze podobnie do tego, jak myślimy w rzeczywistości, a słownym misz-maszem, z którego niewiele wynika, ale liczba znaków w oddanym tekście się zgadza… Jagna Ambroziak zdecydowanie to potrafi. Jael jest człowiekiem z krwi i kości.



Brawa dla autorki należą się również za świetnie skonstruowany portret psychologiczny Jael. Jej rozterki, zachowania, pozy, mury obronne i schematy poznawcze są wiarygodne i bardzo znajome. Bo Jael pod wieloma względami jest dokładnie taka, jak większość kobiet. Przywdziewanie innych twarzy w zależności od sytuacji jest przecież doskonale znane nam wszystkim. 


Pewnie w tym momencie mogłabym zakończyć tę recenzję słowami: „warto przeczytać”, jednak nie byłabym sobą, gdybym nie dodała, że mnie ta powieść niestety nie porwała. I nie mam tu bynajmniej na myśli braku wartkiej akcji, bo to nie ten gatunek. Po prostu nie zawsze przemawiało do mnie to, co autorka miała do przekazania. Niektóre metafory były dla mnie zbyt „przeintelektualizowane” i wydumane. Czytałam tę ledwie trzystustronicową książkę ponad dwa tygodnie, bo zupełnie nie mogłam się w nią wczuć.


Z doświadczenia wiem jednak, że takie powieści muszą trafić do człowieka w odpowiednim momencie, w chwili, kiedy jego głowa będzie gotowa na taką, a nie inną lekturę. Widocznie w moim przypadku to nie był ten czas. 


Tytuł: Garderoba

Autor: Jagna Ambroziak

Wydawnictwo: Agora

Data wydania: 14 lipca 2021


Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu:




7/16/2021

#135 Monika Cieluch - A niech to szlag!

#135 Monika Cieluch - A niech to szlag!

 Wakacje to dobry moment, aby w ramach zwolnienia obrotów i relaksu sięgnąć po lżejsze lektury. A tych na rynku nie brakuje i najczęściej mają swoją premierę właśnie latem. Nie jest jednak łatwo wybrać spośród nich tę, która faktycznie pomoże nam się zrelaksować, odpocząć, pozwoli się może nawet trochę pośmiać. Opis z okładki może bowiem brzmieć zachęcająco, a po rozpoczęciu lektury może się okazać, że jest to historyjka naiwna i głupiutka. Zamiast relaksu mamy wtedy gwarantowaną frustrację… Jak jest w przypadku „A niech to szlag!” Moniki Cieluch?





Monika Cieluch - A niech to szlag!


Joanna traci pracę jako menadżerka restauracji. Pracę, którą lubiła i w której była naprawdę dobra. W desperacji przyjmuje propozycję siostry, aby przyjechać do Londynu i zastąpić ją jako opiekunka czterolatki. Na miejscu Aśka zastaje uroczą dziewczynkę, której całe dnie są zaplanowane co do minuty i jej ojca - mężczyznę przystojnego i bogatego, ale pozbawionego umiejętności okazywania uczuć swojej córce. To jest poza złością, zniecierpliwieniem i irytacją. Pojawienie się Joanny wcale nie pomaga. Aśka jest bowiem wybuchową i temperamentną kobietą, która bez zastanowienia potrafi palnąć, co ślina jej na język przyniosła… Kobieta stawia sobie jednak za punkt honoru sprawienie, by życie małej Grace nabrało barw i by dziewczynka miała prawdziwe, beztroskie dzieciństwo.



A niech to szlag!


Przyznać muszę, że nie miałam co do tej powieści żadnych oczekiwań. A nawet martwiłam się, że  otrzymam ckliwą, cukierkową historyjkę, a okładka, choć ładna, wcale się pozbyć tego wrażenia nie pomogła. Obawiałam się także, że będzie napisana jak większość tego typu książek - prosto, płasko i po „grafomańsku”, jak to zwykle przy tego typu książkach bywa na naszym rodzimym rynku…


Tymczasem do moich rąk trafiła lekka, przyjemna i naprawdę zabawna opowieść! Główna bohaterka została świetnie wykreowana i podbija serce czytelnika już od pierwszej strony. A im więcej kartek przewrócimy i tym samym, im więcej wpadek Aśka zaliczy (a te zdarzają się jej nagminnie!), tym bardziej ją lubimy. A duet Joanna i mała Grace to po prostu złoto!


Jeśli chodzi o fabułę, to nikt tu koła nie wynajduje i sięgając po taką książkę możemy z góry założyć, jakie będzie jej zakończenie, co jednak w żadnym wypadku nie oznacza, że nie możemy się po drodze świetnie bawić. A tutaj przyznać trzeba, co podkreślę po raz kolejny, że okazji do śmiechu nie brakuje, a nawet jeśli ktoś nie parsknie śmiechem w głos, to na pewno przynajmniej się uśmiechnie.


„A niech to szlag!” nie jest powieścią idealną, ma swoje wady i słabsze fragmenty. Mnie osobiście drażnią opisy seksu, które w tej książce występują, choć na szczęście rzadko. Nie do końca trafionym pomysłem było też przedstawienie przez autorkę męskiej perspektywy, która jest mało wiarygodna, bo napisana w stylu typowo kobiecym. A jednak mimo wszystko musiałam  zweryfikować swoje początkowe nastawienie do tej lektury i mruknąć pod nosem: „A niech to szlag! To jest naprawdę całkiem niezłe!”. 


Jeśli zatem jesteście w potrzebie i właśnie takiej lektury Wam trzeba: lekkiej, poprawiającej humor i w stylu najlepszych filmowych komedii romantycznych, to nie zastanawiajcie się dłużej, bo to jest właśnie książka dla Was.


Tytuł: A niech to szlag!

Autor: Monika Cieluch

Wydawnictwo: Amare

Data wydania: 14 lipca 2021


Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu:



__________



__________

7/08/2021

Co czytać, kiedy... nie ma co czytać? Lista dobrych książek

Co czytać, kiedy... nie ma co czytać? Lista dobrych książek

Ten rok nie upływa mi pod znakiem czytania. Od stycznia przeczytałam zaledwie kilka pozycji, a czas poświęcam na inne czynności. Kiedy jednak otrzymałam informację, że mój blog znalazł się w setce najlepszych polskich blogów w rankingu SeeBloggers (całe zestawienie do pobrania tutaj), poczułam, że czas najwyższy odkurzyć bloga i wrócić do regularnego publikowania wpisów. Tylko… o czym pisać na blogu poświęconym książkom, kiedy nie czyta się prawie wcale?




Powodów tego, że rzadko w tym roku sięgam po książki, jest wiele. W pierwszej kolejności chodzi o czas, którego większość poświęcam na rozwijanie swojej firmy - the pretty art. Pod tą marką kryją się piękne dekoracyjne przedmioty tworzone przeze mnie z żywicy epoksydowej, takie jak tace czy podstawki dekoracyjne. Przede wszystkim jednak the pretty art to ogromny wybór absolutnie unikalnych i przepięknych zakładek do książek. Tworzenie, robienie zdjęć, umieszczanie w sklepie online (tutaj), administracja zamówień i wysyłanie paczek to obecnie moje główne zajęcia. Dlatego kiedy już cały dzień męczę oczy przy tych czynnościach, wieczorem prędzej obejrzę jakiś film niż sięgnę po książkę…


Nie zmienia to jednak faktu, że chętnie bym coś przeczytała. To taka wewnętrzna potrzeba, którą zna każdy miłośnik książek. To ta uporczywa myśl, która co chwilę pojawia się w głowie: „Coś bym przeczytała”. Problem jednak polega na tym, że… nie mam co. Nie potrafię się odnaleźć w zalewie nowości, opis żadnej z premierowych książek w tym roku nie sprawił, że poczułam, że MUSZĘ coś przeczytać. Owszem, było kilka pozycji, na myśl o których serducho mi szybciej zabiło, jednak każda z nich mnie rozczarowała, a niektórych nawet nie doczytałam do końca. Coraz częściej zatem patrzę na swoje bogato zastawione regały i sięgam po pozycje lekko już przykurzone, licząc na to, że wśród nich znajdę tę jedną perełkę. Choć jedną ksiażkę, która pochłonie mnie bez pamięci, której kartki będą się same przewracać i przez którą zarwę nockę, bo nie będę się mogła oderwać.


Zatrzymajmy się tutaj na chwilę. Jako bardzo aktywna użytkowniczka Instagrama i jako bloger książkowy obracam się w grupach ludzi związanych z książkami. Na wielu kontach jednak prezentowane są głównie nowości właśnie. Jest to całkowicie naturalne zjawisko, ale dość smutne. Bo co z tymi książkami, które mają 2, 5 czy nawet 10 lat? Przecież wsród nich może znajdować się coś, co może się okazać czyjąś „książką życia”. Może będzie tam pozycja, która zrobi na kimś tak ogromne wrażenie, że tzw. „kac czytelniczy” będzie tę osobę męczyć tygodniami? Albo po prostu książka, którą będzie się świetnie czytało i na kilka czy kilkanaście godzin oderwie nas od rzeczywistości przenosząc do swojego świata?


To był jeden z głównych powodów, dla których założyłam na Instagramie akcję #mójstoshańby (możecie o niej przeczytać tutaj), która - w dużym skrócie - polega na wyczytywaniu książek, które już jakiś czas zalegają na naszych regałach i nie mogą się doczekać na swoją kolej. Sama odkryłam w ten sposób kilka fantastycznych pozycji i głównym celem akcji - poza zmniejszaniem zaległych stosów oczywiście - jest odkrywanie „zapomnianych” książek. Bo wśród nich naprawdę może się kryć coś absolutnie wyjątkowego.


Ale! Jak każdy mól książkowy doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że często ochota na sięgnięcie po jakąś lekturę jest chwilowa i coś, co sobie zaplanowaliśmy do przeczytania jutro, dzisiaj już nas nie kręci. Czasem dotyka nas też zastój czytelniczy, czyli ta sytuacja, kiedy mamy ochotę poczytać, ale kompletnie nie wiemy, na co mamy chęć, a każdy okładkowy opis nas zniechęca.


I tutaj dochodzimy do sedna tego wpisu. Dobrze wiem, jakie to uczucie, kiedy chcemy coś przeczytać, ale mamy wygórowane oczekiwania i pragniemy książki, która będzie nam się w rękach czytać sama. Takiej, której literki będziemy zachłannie pożerać oczami i przy której będziemy kłamać jak z nut: „Jeszcze tylko jeden rozdział”… Ja mam listę takich książek i zdarza mi się do nich wracać, kiedy właśnie nie mam co czytać. To są moje pewniaki. Książki, które mnie całkowicie pochłonęły i które się po prostu świetnie czytało. Niektóre z nich czytałam już drugi raz i nadal znajdują się na liście tych, które wykonały swoje zadanie, czyli po prostu zapewniły mi świetną rozrywkę. Bo niezależnie od tematyki czy gatunku, czytanie książek to dla mnie przede wszystkim rozrywka. Najważniejsze jest właśnie to, by daną pozycję dobrze się czytało.


Subiektywna lista dobrych książek


Postanowiłam zatem podzielić się z Wami swoją bardzo subiektywną listą książek, które ja uważam za naprawdę świetne i których lektura sprawiła, że świat na jakiś czas przestał dla mnie istnieć. Oczywiście podkreślam raz jeszcze, że lista jest subiektywna. To, że mnie coś wciągnęło, nie oznacza automatycznie, że dana książka spodoba się każdemu. Jeśli jednak przeczytaliście choć kilka z moich recenzji i poczuliście, że mamy podobny gust, być może właśnie tu znajdziecie inspirację na kolejną lekturę. I być może któraś z tych książek znajdzie się także na Waszej liście pewniaków.


Kolejność tytułów jest przypadkowa, nie ma tu żadnych ocen, że któraś książka jest lepsza od innej. Są tu pozycje dające do myślenia i takie, które są po prostu czystą rozrywką. Wpis będzie aktualizowany za każdym razem, kiedy przeczytam lub przypomnę sobie o jakiejś fajnej pozycji.



––––––––––



__________



Stieg Larsson Trylogia „Millenium”


Tych pozycji nie może zabraknąć w tym zestawieniu i nie bez powodu pojawiają się jako pierwsze. Tak się bowiem złożyło, że trylogię o dziennikarzu, Mikaelu Blomkviście oraz genialnej reasercherce i hakerce, Lisbeth Salander, przeczytałam jedna po drugiej, bez jakiejkolwiek przerwy na inną książkę oraz… bez uczucia znużenia tymi samymi bohaterami. Wręcz przeciwnie: im więcej stron było za mną, tym więcej chciałam o tej dwójce czytać. Stąd też z chęcią sięgnęłam po każdą z książek pisanych przez Davida Lagercrantza, który kontynuował historię Salander i Blomkvista po śmierci Larssona. To już jednak nie było to samo, co pierwsze trzy części oryginału.


Dlaczego polecam te powieści? Fabuła, duszny skandynawski klimat oraz fenomenalnie wykreowani bohaterowie. 


Jeśli ktoś jakimś cudem jeszcze nie ma tej serii za sobą, a ma ochotę i lubi kryminalne zagadki (część pierwsza), a także nie ma nic przeciwko mariażowi gatunkowemu w postaci przenikających się kryminalnych i sensacyjnych wątków, to to jest zdecydowanie trylogia, po którą warto sięgnąć.



Terry Hayes „Pielgrzym”


Thriller sensacyjny, który czytałam już dwukrotnie i za każdym razem wciągnął mnie tak samo. Kartki przewracały mi się same, a ja nie mogłam iść spać, dopóki nie dobrnęłam do końca. Co prawda moi znajomi w większości nie podzielili mojego entuzjazmu wobec tej powieści, ja jednak uparcie tkwię przy swoim: „Pielgrzym” to kawał świetnie napisanej, naprawdę wciągającej powieści, która może przywoływać skojarzenia z Bournem czy popularnym serialem „Homeland”. 


Dużo się tu dzieje, ale przede wszystkim jest po prostu ciekawie. „Pielgrzyma” czyta się z taką sama przyjemnością, z jaką ogląda się dobry film sensacyjny. Naprawdę polecam!



Nathan Hill „Niksy”


Pozycja z gatunku literatury pięknej. Napisana fenomenalnie i naprawdę wciągająca. Niech Was nie zniechęci objętość (850 stron), bo to naprawdę znakomity kawałek literatury.


Obszerniej o tej powieści pisałam tutaj.





Beth O’Leary „Współlokatorzy”


Jeśli lubicie czasem sięgnąć po „lżejsze” powieści, ale nie sztampowe i płytkie, to na myśl przychodzi mi przede wszystkim ten właśnie tytuł. Ciepła, zabawna, świeża i tak przyjemna, że czyta się sama. 


Pisałam o tej powieści tutaj.



Peter James „Niezbity dowód”


Coś dla fanów powieści w stylu Dana Browna, choć moim zdaniem James pisze o niebo lepiej. Thriller sensacyjny, który ciężko odłożyć. A do tego temat, który mimo sensacyjnej otoczki, faktycznie daje do myślenia.


Moja opinia tutaj.


Taylor Jenkins Reid „Siedmiu mężów Evelyn Hugo”


Nie jestem fanką powieści obyczajowych z kategorii tych „kobiecych”. Jeśli sięgam po obyczaj, to raczej po ten z gatunku literatury pięknej, gdzie wiem, że dostanę coś więcej niż płytką  i wtórną historyjkę o miłości. Całe szczęście „Siedmiu mężów…” jest naprawdę świetnie napisaną powieścią, od której ciężko się oderwać, a miłość, o której tu mowa, bynajmniej nie ma nic wspólnego z banalnymi romansidłami.


Pisałam o niej tutaj.


Maciej Siembieda „444” i „Miejsce i imię”


Przejdźmy na chwilę na nasze rodzime podwórko, a tutaj nie może zabraknąć Macieja Siembiedy, który z reporterki przeszedł do beletrystyki, a zrobił to z wykorzystaniem historii, na które trafił podczas kariery reportera właśnie. Dzięki temu otrzymujemy fenomenalnie napisane powieści, w których fikcja przeplata się z faktami tak misternie, że ciężko określić, która część wydarzyła się naprawdę, a którą wykreował autor. Oczywiście pozostałe powieści autora również polecam, jednak te dwie zajmują szczególne miejsce w moim sercu.


Pisałam o nich tutaj i tutaj.


Frances de Pontes Peebles „Powietrze, którym oddychasz”


Przepięknie napisana powieść obyczajowa, która przenosi czytelnika w gorące brazylijskie klimaty. Czyta się na jednym tchu.


Więcej znajdziecie tutaj.



Bartosz Szczygielski trylogia pruszkowska: „Aorta”, „Krew” i „Serce”


Tych książek nie mogło tu zabraknąć. I wcale nie dlatego, że autor siedzi właśnie obok mnie, a dlatego, że na polskim rynku nie ma drugiej takiej trylogii. Są to powieści duszne, spowite dymem papierosowym, zagmatwane i wyróżniające się na tle innych polskich kryminałów. Nie są to zdecydowanie kryminały komercyjne, proste jak budowa cepa i niewymagające od czytelnika skupienia. O nie! To są powieści, przy których trzeba myśleć i bardzo uważać, może się bowiem okazać, że drobny, pozornie nic nie znaczący szczegół, stanowi bardzo istotną informację, której przegapienie może skutkować niezrozumieniem innego fragmentu. Książki dla tych, którzy lubią, kiedy autor nie traktuje ich jak idiotów i nie podaje wszystkiego na tacy.


Jeśli to Was jeszcze nie przekonuje, to zajrzyjcie tutaj, tutaj i tutaj.


Jakub Małecki „Horyzont”


Tego Pana nie trzeba nikomu przedstawiać i podejrzewam, że wśród fanów jego twórczości wywołałabym niemałe poruszenie wyborem właśnie tego tytułu, ale na mnie właśnie „Horyzont” zrobił największe wrażenie. Zdaję sobie sprawę, że Małecki nie jest dla wszystkich i że nie każdy ma ochotę na taki kaliber, ale jeśli lubicie historie trudne, traumatyczne i emocjonalne, jednocześnie fenomenalnie napisane, a nie mieliście jeszcze do czynienia z książkami Małeckiego, to ja zachęcam do sięgnięcia właśnie po ten tytuł.


Więcej tutaj.


Stephen King „TO”,”Bastion”,”Lśnienie”,”Instytut”


Z bogatej bibliografii mistrza horroru wybrałam cztery tytuły. Trzy starsze i jeden nowszy - a wszystkie tak samo wciągające. I choć King tworzy niestworzone historie, to przede wszystkim jest niesamowicie uważnym obserwatorem codzienności i w każdej swojej książce buduje fenomenalną warstwę obyczajową. I choć jestem już za stara na to, by którakolwiek jego książka faktycznie mnie wystraszyła, to wciąż czytam Kinga z zapartym tchem. Bo ten facet po prostu umie pisać. 


Daniel Keyes „Człowiek o 24 twarzach”


Choć mamy tu do czynienia z reportażem, to „Człowieka o 24 twarzach” czyta się niczym najlepszą fabularną powieść. Ta historia jest niesamowita i lekturze towarzyszy notoryczne kręcenie głową z niedowierzania. Przede wszystkim jest to niesamowicie smutny obraz stanu, w jakim jeszcze niedawno była psychiatria, a także tego, jak uprzedzenia i brak wyobraźni mogą doprowadzić do czyjejś ogromnej krzywdy. Polecam z całego serca, nawet tym, którzy za reportażami nie przepadają.


Szczegóły tutaj.


__________


Na razie to tyle, ale ta lista na pewno będzie się powiększać z czasem. Mam jeszcze w zanadrzu kilka tytułów do opisania, liczę też na to, że moja kiepska passa wkrótce minie i będę mogła dorzucić tutaj trochę nowszych pozycji. 


Z oczywistych względów nie wprowadzałam na tę listę książek, w których byłam zakochana dziesięć lat temu, bo - czego by nie mówić - człowiek się zmienia, a wraz z nim zmieniają się gusta. I coś, czym mogłam się wtedy zachwycać, dzisiaj nie zrobiłoby na mnie żadnego wrażenia, a nawet mogłabym przez niektóre pozycje nie przebrnąć. Dziś wiem na przykład, że po takich autorów jak Lackberg czy nasz najpopularniejszy autor o mroźnym nazwisku, już bym nie sięgnęła, a kiedyś się  zaczytywałam... ;)



5/06/2021

O tym, jak sprawić, by Polacy czytali jeszcze mniej, czyli o jednolitej cenie książki

O tym, jak sprawić, by Polacy czytali jeszcze mniej, czyli o jednolitej cenie książki

Książkę ze zdjęcia kupiłam sobie sama. Nie jest to żaden wyczyn, dlaczego więc o tym mówię? 


la reine margot



Mam ten przywilej, że nie muszę wszystkich książek kupować sama. Współpracuję z wydawnictwami i otrzymuję wiele nowości. Często jeszcze przed premierą. Bynajmniej nie oznacza to, że sama książek nie kupuję. Chciałabym! Mój portfel byłby mi wdzięczny. 


Wydaję rocznie górę pieniędzy na książki. Ale jest to góra ograniczona i do Everestu jej daleko. Szukam zatem zawsze najlepszej oferty. 


Czy kupowałabym tyle książek, gdyby były w cenie okładkowej? Wątpię. Kupowałabym wyłącznie te, które czytałabym od razu. Czyli robiłabym zakupy pojedynczo, a biorąc pod uwagę, ile w roku czytam vs. ile kupuję, to szala zawsze jest przechylona na tę drugą stronę. 

Kupuję więcej niż czytam. Bo mogę sobie pozwolić. Bo chcę jakąś książkę mieć już, natychmiast. Bo podoba mi się okładka. Bo chcę coś przeczytać, ale „kiedyś”, więc niech sobie leży na półce. Bo tak. 


Projekt ustawy zakłada, że przez pierwszych 12 miesięcy od wypuszczenia książki na rynek nie będzie można nabyć jej w obniżonej cenie (maksymalny rabat to 5%). 


I cały czas się zastanawiam, jakim cudem ktokolwiek ma na tym cokolwiek zyskać. Tym bardziej, że ustawa nie porusza w ogóle kwestii umów wydawców z dystrybutorami, a nie ma się co oszukiwać, ale to tutaj wydawcy topią najwiecej pieniędzy. 


I tak dystrybutor nadal będzie procentowo chciał tyle samo, a na końcu czytelnik ma zapłacić za jedną książkę te 40 czy 45 zł z okładki. 


I stracą na tym wszyscy. 


Czytelnik kupi mniej i raczej postawi na coś, co już zna, bo wyższa cena zmusi go do obejrzenia każdej złotówki dwa razy. 


Może nie chcieć zaryzykować i kupić wychwalanego na IG debiutu, bo wszyscy wiemy, jak z wychwalaniem jest, a przy debiucie zawsze jest większe ryzyko, że jednak lektura może rozczarować. 


Kupi jedną książkę, a nie dwie, albo dwie, a nie cztery, czyli będą straty dla księgarni, wydawcy i autora. Dla księgarni, bo zostanie z książkami, których nikt nie kupi, a co za tym idzie - w przyszłości zmieni ilość i sposób zamawiania asortymentu. Straci na tym wydawca, któremu będą schodzić tylko pewniaki. A w końcu straci na tym autor, którego ktoś mógł dorzucić do koszyka z chęci sprawdzenia jego twórczości przy okazji kupowania czegoś innego, ale tego nie zrobił, bo mu nie starczyło pieniędzy. 


I wcale nie chodzi o to, że czytelnicy żałują pieniędzy na książki, tylko o to, że nasz budżet nie jest z gumy. 


Wracając do meritum - moim zdaniem na tej ustawie skorzystać mogą wyłącznie duzi gracze. Empik dalej będzie największy, nie miejmy złudzeń. Skorzystają wydawcy, którzy mają mocne nazwiska w ofercie. Czyli finalnie skorzystają ci autorzy, którzy już i tak są popularni. 


A kto straci? 

Przede wszystkim czytelnik. Raz, że kupi mniej, bo - jak już wspomniałam - budżet nie jest z gumy. A dwa, że będzie poznawać mniej nowych autorów, bo będzie mieć de facto mniejsze możliwości dokonania zakupu książek pisarzy mniej znanych. Bo nie będzie mógł sobie na nie pozwolić, a może mieć też finalnie problem ze znalezieniem ich książek, bo księgarnie mogą nie chcieć ich kupować, skoro im się nie będą sprzedawać. Czyli znów: straci również wydawca. 


Kółko się zamyka. 


Nie rozumiem tego pomysłu. 

Nie rozumiem, kto ma na tym cokolwiek zyskać. Sięganie do portfela czytelników jest strzałem w stopę. Bo czytelnik raz czy drugi „zaszaleje” i dorzuci do koszyka kolejną książkę. Ale nie będzie tego robił w taki sposób, jak dzieje się to obecnie. W konsekwencji będzie poznawał mniej nowych autorów, a także zastanowi się dwa razy nad tym, czy kupić jedną nowość czy dwie starsze książki. Matematyka jest w tym wypadku dość prosta. 


A skoro spadnie zainteresowanie nowościami, to kto je będzie chciał kupować w pierwszym roku? A kto będzie o nich pamiętał po roku? Czy będzie je w ogóle można znaleźć? A może nakłady będą tak niskie, że po jednym „wrzucie” do księgarń już ich nie będzie? Co się stanie z mniej popularnymi autorami? Czy będą w ogóle wydawani? A może zostanie nam na regale jedynie wybór między Tokarczyk, Mrozem a Lipińską? 


To są ważne pytania, na które pomysłodawcy nie potrafią odpowiedzieć. Szefowa Polskiej Izby Książki w obronie projektu tej ustawy podnosi argumenty w stylu: „bo gdzieś tam za granicą to działa”. Może i działa, droga Pani, ale my nie jesteśmy za granicą, jesteśmy w Polsce. I zarabiamy też po polsku. Podniesienie cen książek do tych okładkowych jest próbą zrobienia z czytania rozrywki ekskluzywnej. 


I owszem, są darmowe rozwiązania, jak biblioteki. 

Których też nie będzie stać na zakup tylu nowości, co do tej pory. Ich budżet także z gumy nie jest. 


Argumentów przeciwko temu pomysłowi nie brakuje. Jeśli i Wy jesteście mu przeciwni, zachęcam do podpisania petycji: 


https://www.petycjeonline.com/protestczytelnikow 


---


---

4/01/2021

Wyczytujemy zaległości, czyli o akcji #mójstoshańby

Wyczytujemy zaległości, czyli o akcji #mójstoshańby

Wśród miłośników książek niewiele jest osób, które mogłyby powiedzieć, że od razu czytają wszystkie przyniesione do domu książki i nic im na regałach nie zalega. Większość z nas cierpi jednak na przypadłość kupowania „na zapas”, co skutkuje posiadaniem co najmniej kilku, a w niektórych przypadkach nawet kilkuset książek, które czekają na swój moment. Ponieważ ja jestem przypadkiem beznadziejnym i kupuję lub otrzymuję masę książek, moja lista ciągle się powiększa.

la reine margot


Dlatego półtora roku temu wpadłam na pomysł stworzenia na Instagramie akcji, którą prowadzę pod hasztageiem #mójstoshańby. Akcja ma na celu zmniejszanie owych stosów o co najmniej sześć pozycji w kwartale. Założenie jest takie, aby na początku każdego kwartału wybrać sześć konkretnych pozycji, które czekają na swoją kolej co najmniej pół roku. A później po prostu je przeczytać i podzielić się swoim sukcesem z innymi uczestnikami akcji za pomocą udostępnionej na stories specjalnej planszy, którą udostępniam na swoim profilu @lareinemargotpl.


Tytułów nie zmieniamy w trakcie trwania całej edycji (czyli trzech miesięcy) i faktycznie czytamy te książki, które wybraliśmy na początku. W końcu chodzi o to, by nie rezygnować z poznania jakiejś historii, bo „jest tyle nowości”. Starsze wydania wcale nie muszą być gorsze od tych nowych, a nawet można trafić na coś, co zwali nas z nóg i okaże się jedną z najlepszych książek, jakie się przeczytało przez cały rok.


Zdaję sobie sprawę z tego, że wiele osób ma problem z odłożeniem książki, która ich nie wciągnęła i czują wewnętrzny przymus do skończenia danej lektury. Ja jednak wychodzę z założenia, że życie jest za krótkie na kiepskie książki i jeśli mi jakaś nie podchodzi, to bez żalu ją odkładam. Tym samym można taką pozycję wykreślić z listy stosu hańby. W końcu zrobiliśmy do niej podejście, nie spodobała nam się i tym samym książka nie znajduje się już na stosie „do przeczytania”. Tak czy inaczej: stos się zmniejszył, a o to w całej akcji chodzi!


Nie ma też sensu mieć wyrzutów sumienia, jeśli się akcji nie ukończyło z wynikiem 6/6. Każda pojedyncza pozycja, która spada ze stosu, a tym samym go zmniejsza, to już sukces! 


Oczywiście kluczowa jest tutaj uczciwość - zarówno wobec siebie, jak i wobec innych uczestników akcji. Bo można sobie udostępnić przygotowaną przeze mnie planszę i zaznaczyć, że przeczytało się wszystkie książki. Tylko jaki w tym cel? 


W tym kwartale postanowiłam nagrodzić jedną osobę, która będzie aktywnie brać udział w akcji. Do tej osoby pofrunie wybrana przez nią zakładka z mojego sklepu theprettyart.com - od razu uprzedzę jednak, że będzie to nagroda za aktywność, a nie za udostępnienie planszy z odhaczonymi wszystkimi pozycjami. :)


la reine margot



W pierwszym kwartale tego roku nie przeczytałam ani jednej książki ze stosu. Ani jednej! Czy jest mi z tego powodu źle? Może trochę, ale bardziej dlatego, że w tym kwartale w ogóle bardzo mało czytałam. A to nie było czasu, a to znowu nie było ochoty. I to też jest ok! Czytanie to nie wyścig, a akcja #mójstoshańby to zabawa, która ma Was skłonić do tego, żebyście czytali starsze książki. One wcale nie są od tych nowych gorsze. :)


Ponieważ dziś mamy pierwszy dzień nowego kwartału, na Instagramie ruszyła nowa, siódma już edycja akcji. Przyłączycie się?


-----



-----

3/24/2021

#134 Agnieszka Bednarska - Piętno Katriny

#134 Agnieszka Bednarska - Piętno Katriny

Po lekturze poprzedniej powieści Agnieszki Bednarskiej bardzo byłam ciekawa kolejnej książki autorki. "Zanim się obudzę" bardzo mi się podobała i choć można by się przyczepić do tego i owego, to finalnie była to naprawdę przyzwoita historia. Nie zawiesiłam autorce poprzeczki zbyt wysoko, wobec jej nowej książki miałam bowiem bardzo niewygórowane oczekiwania: chciałam wciągającej fabuły, która zapewni mi kilka godzin rozrywki. Czy to się udało?

la reine margot


„Piętno Katriny” to powieść, której fabuła osadzona jest w małym miasteczku w Luizjanie, w którym wspomnienie tragicznego w skutkach huraganu jest wciąż żywe. W tę scenerię i życie miejscowości, w której zachowaniami ludzi steruje pogoda, wrzucone zostają dwa wątki. Pierwszy z nich, moim zdaniem mniej interesujący, dotyczy Amy, dziewczyny o polsko-amerykańskim obywatelstwie, która ucieka przed konsekwencjami swoich działań, choć tak naprawdę można odnieść wrażenie, że - kolokwialnie mówiąc - strzela focha na swoją rodzinę i postanawia nie informować ich o miejscu swojego pobytu. 

Drugi wątek natomiast... żeby nie zdradzić za dużo, powiem tylko tyle: dobrze funkcjonujący socjopata próbuje sobie ułożyć życie według własnego planu. A w planie tym na pierwszym miejscu znajduje się ślepa miłość jego żony, która przeżywa osobistą tragedię, podczas gdy nasz socjopata powoli traci cierpliwość. Czekanie, aż kobieta znowu będzie patrzeć na niego jak sroka w gnat zaczyna mu doskwierać. Plany planami, a życie życiem: okazuje się bowiem, że miejsce, w którym chciał ze swoją rodziną prowadzić idylliczną egzystencję, nie było jednak najlepszym wyborem. Jako psychiatra ma tam jednak ręce pełne roboty: okazuje się bowiem, że prawie każdy jego pacjent widzi swoich bliskich... zmarłych podczas huraganu. 


Powieść tę czyta się naprawdę dobrze, choć nie ukrywam, że ma swoje wady - w tym nieco infantylne zachowania jednej z bohaterek. Ciekawie poprowadzony jest wątek „wysokofunkcjonującego socjopaty” i uważam, że jest to najlepsza część „Piętna Katriny” i to właśnie ona utrzymuje uwagę czytelnika przy tej historii. Na uwagę zasługuje również wplątana w fabułę prawdziwa historia pewnego krematorium - o czym jednak więcej pisać nie będę, bo wiadomo, spoilery. 


Agnieszka Bednarska lubi sięgać po tematy związane z życiem pozacielesnym. Z góry należy więc oswoić się z myślą, że nie dostaniemy tu zwyczajnej obyczajówki i należy oderwać stopy od ziemi i pozwolić autorce działać na naszą wyobraźnię. Jeśli jednak jesteście fanami „Szóstego zmysłu” czy powieści spod pióra Stephena Kinga, to „Piętno Katriny” zasługuje na Waszą uwagę. Nie jest idealnie, kilka rzeczy można by tu zmienić, wielu domyślamy się zanim wpadną na to bohaterowie, ale i tak jest to lektura, która spełnia swoje zadanie nie tylko jako rozrywka, ale też zostawia czytelnika z refleksją. 


Tytuł: Piętno Katriny

Autor: Agnieszka Bednarska

Wydawnictwo: Media Rodzina

Data wydania: 10 marca 2021


Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu:



1/14/2021

#133 Maja Lunde "Ostatni"

#133 Maja Lunde "Ostatni"

Nie miałam wcześniej do czynienia z powieściami Mai Lunde, dlatego do lektury „Ostatniego” podeszłam bez jakichkolwiek oczekiwań. Skusił mnie opis, a szczególnie zdanie z tylnej okładki mówiące o ludzkim dążeniu do samozagłady. Zanim przystąpiłam do lektury, a także w jej trakcie, cały czas się jednak zastanawiałam... co z tym mogą mieć wspólnego dzikie konie? 

la reine margot



„Ostatni” podzielony jest na trzy historie osadzone w trzech różnych płaszczyznach czasowych. Cofamy się zatem do lat osiemdziesiątych XIX wieku i wraz z zoologiem Michaiłem wyruszamy w emocjonującą wyprawę z Rosji do Mongolii. 


W to samo miejsce wyruszamy z Niemką Karin ponad 100 lat później. 


Następnie wybieramy się w przyszłość, do roku 2064 roku, gdzie obserwujemy zmagania właścicielki farmy, która nie chce jej opuścić, mimo że świat jest w ruinie, coraz trudniej o wykarmienie zwierząt, nie wspominając o sobie samej i jej nastoletniej córce. 


Wszystkie trzy opowieści łączy motyw koni Przewalskiego, koni dziko żyjących, które zostały złapane i rozwiezione po ogrodach zoologicznych i prywatnych „kolekcjach” bogatych ludzi. 


la reine margot



Muszę przyznać, że przeczytałam „Ostatniego” pod koniec ubiegłego roku i do tej pory zastanawiam się, jaki związek mają owe konie z ludzką samozagładą. Bo że Lunde pokazała, że gatunek prawie wyginął, a później został odbudowany z ludzką pomocą, to się zgodzę - i zrobiła to nie skąpiąc czytelnikowi szczegółów dotyczących zachowań tych zwierząt. 


Każda jednak z trzech opowiedzianych przez autorkę historii, choć wokół koni krąży, tak naprawdę jest opowieścią o ludzkiej naturze, miłości i przywiązaniu. I choć rok 1882 i 1992 bardzo skupiają się na wątku o koniach, tak historia z przeszłości ledwie temat muska. Tym samym kompletnie też do pozostałych nie pasuje. Dostajemy tu szczegółowy opis życia na farmie po (tego można się jedynie domyślić) katastrofie klimatycznej, ale ciężko się w tę opowieść wczuć. Wyczuwam tu trochę „Drogi” McCarthy’ego - mamy świat PO, tylko brakuje informacji jak i dlaczego... 


Mimo tego, że fabularnie podobała mi się jedynie opowieść z 1882 roku, która zahacza o wątek homoseksualny, tak trudny przecież w tamtych czasach, to muszę przyznać, że całość czytało mi się bardzo dobrze. Lunde niewątpliwie ma talent, a ja z przyjemnością sięgnę po pozostałe książki z tetralogii o zmianach klimatycznych. 


Żałuję jedynie, że w „Ostatnim” fabularnie jednak czegoś zabrakło. Nie otrzymałam także odpowiedzi na pytanie, które postawiłam w pierwszym akapicie - jaki jest związek między końmi Przewalskiego a ludzką zagładą? Nie mam pojęcia. Albo zwyczajnie tej powieści nie zrozumiałam. 


Bywa i tak. 



Tytuł: Ostatni

Autor: Maja Lunde

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 13 stycznia 2021



Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu:




Copyright © 2016 la reine margot , Blogger