8/23/2021

#139 Stephen King - Billy Summers

#139 Stephen King - Billy Summers

Nie będę budowała napięcia i nie napiszę wstępu, z którego nic nie będzie wynikało, tylko po to, żebyście czytali ten tekst dalej. Od razu Wam powiem, że uważam, że „Billy Summers” to najlepsza książka, jaką Stephen King napisał od lat. I dalsza część tego wpisu będzie dość rozbudowaną argumentacją tej tezy. Powyższe stwierdzenie powinno wystarczyć tym, którzy pewnie po najnowszą powieść Kinga i tak by sięgnęli, ale zajrzeli tu z ciekawości, żeby potwierdzić nie „czy”, a „że” warto. Szczególnie biorąc pod uwagę wydane wcześniej w tym roku bardzo rozczarowujące „Później”. Więc tak, bierzcie i czytajcie… ten tekst do końca, żeby nie było później jojczenia, że książka nie sprostała Waszym oczekiwaniom. :)


la reine margot

Stephen King - Billy Summers


Billy Summers jest płatnym mordercą, który otrzymuje bardzo lukratywne zlecenie. To ma być jego ostatnia robota, a po wykonaniu zadania zainkasuje sporą kwotę i przejdzie na emeryturę. W końcu za dwie bańki można sobie spokojnie żyć. 


Człowiek, którego Billy ma zabić, mieści się w kategorii tych złych, a trzeba Wam wiedzieć, że Billy „kasuje” tylko takich. Komuś bardzo zależy na tym, żeby nie udało mu się wywinąć od kary śmierci, na którą najpewniej zostanie skazany. Chyba że pójdzie na układ i zacznie mówić…  I do tego właśnie ma nie dopuścić Billy.


Zlecenie jest bardzo rozciągnięte w czasie, Billy musi bowiem poczekać, aż zakończy się proces ekstradycyjny i jego cel zostanie przetransportowany. W międzyczasie Billy ma się wtopić w tło miasteczka i uwiarygodnić swoją przykrywkę. Jego zleceniodawcy zdecydowali, że będzie on udawał aspirującego pisarza. Billy podchodzi więc do zadania bardzo sumiennie i faktycznie zaczyna pisać powieść. 


I czeka.


Mogłabym się tutaj posłużyć słowami wydawcy i napisać: „Niestety, coś idzie nie tak”. Prawda jest jednak taka, że fabuła tej powieści jest nieco bardziej skomplikowana i w pewnym momencie skręca w zupełnie innym kierunku niż moglibyśmy podejrzewać. Nie chcę jednak nikomu zepsuć przyjemności samodzielnego jej poznania, pozostanę zatem przy odrobinę tylko rozszerzonym opisie okładkowym.


Dlaczego King jest królem?


Warstwę fabularną u Kinga można lubić lub nie. Nie każdemu muszą przypaść do gustu nadprzyrodzone wątki, na których przecież King zbudował całą swoją karierę. Fani jego horrorów mogą z kolei utyskiwać, że oczekiwali powieści możliwie najbardziej zbliżonej do jego najpopularniejszych dzieł, a otrzymali nic innego, jak kryminał. Bo tym - w dużym uproszczeniu, ale o tym zaraz - jest „Billy Summers”. Osobiście jednak wychodzę z założenia, że fabuła jest u Kinga kwestią drugorzędną. Brzmi to nieco abstrakcyjnie, w końcu powieści fabularne czyta się właśnie dla fabuły. Istotne jest jednak to, żeby opowiadana przez autora historia była na tyle interesująca, żeby czytelnik chciał ją poznać. W przypadku Kinga właśnie tak jest. Stephen King jest bowiem absolutnie genialnym gawędziarzem. Niezależnie od tematu, King po prostu potrafi opowiadać. 


Nie bez znaczenia jest tu oczywiście jego warsztat (a ten po tylu latach pisania jest po prostu doskonały), a także praca tłumacza, na którego barki spada tutaj naprawdę duża odpowiedzialność. King umieszcza w swoich powieściach sporo smaczków, które wyłapać można tylko znając jego dorobek. I choć innych powieści tego autora w przekładzie Tomasza Wilusza akurat nie czytałam, to uważam, że z „Billym Summersem” poradził sobie znakomicie, a efekt czyta się po prostu wyśmienicie.


„Billy Summers” to historia może nieco banalna, może odrobinę naiwna i z pewnością nieco już ograna, zarówno w literaturze, jak i w filmie, a mimo to ta powieść po prostu wciąga. Gatunkowo najbliżej jest jej do kryminału, choć moim zdaniem wymyka się schematom i nie da się jej jednoznacznie zakwalifikować do jednej kategorii. Uważam też, że nie ma sensu tego robić. Książki Kinga od zawsze mają bardzo rozbudowaną warstwę obyczajową, a autor nie raz i nie dwa pokazał, że jest doskonałym obserwatorem zwyczajnej rzeczywistości, ludzkich zachowań czy relacji. Dla mnie działa to na plus, bo nawet przy najbardziej zwariowanych paranormalnych fabułach, cała wiarygodność (jakkolwiek to brzmi) opowiadanej przez Kinga historii tkwi właśnie w konstrukcji postaci oraz otaczającej je rzeczywistości. Tylko i wyłącznie dlatego czytelnik nie przewraca oczami na nawiedzone domy, wysysające życie potwory, które w ten sposób przedłużają własną egzystencję, żyjące mordercze samochody i całą resztę złoczyńców z jego książek.


W opowieści o Billym Summersie znajdziemy także elementy klasycznej powieści drogi i odrobinę sensacji (bądź co bądź jest to historia płatnego zabójcy). King pokusił się także o umieszczenie powieści w powieści, na co początkowo trochę kręciłam nosem, jednak jak się nad tym zastanowić, to jest to coś, czego można się było po nim spodziewać i aż dziw bierze, że zdecydował się na to tak późno (nie czytałam wszystkich książek Kinga, więc jeśli się mylę, to proszę mnie poprawić). W końcu nie pierwszy raz w jego powieści pojawia się bohater-pisarz (choć w tym wypadku akurat dopiero aspirujący). I choć z jednej strony może się wydawać, że jest to dla tej konkretnej fabuły absolutnie zbędne, to finalnie King zostawia czytelnika z małym niedosytem. Bo chciałoby się poznać więcej szczegółów dotyczących właśnie tej powieści w powieści.


_


the pretty art

_


King korzysta z popkultury ile wlezie, a wprawne oko dostrzeże wszelkie - mniej lub bardziej zawoalowane - nawiązania zarówno do jego własnych powieści, jak i do klasyków kina sensacyjnego. Jeden film szczególnie wybija się na główny plan i wielka szkoda, że osoby piszące opinie w internecie nie potrafią wyrazić swoich wrażeń z lektury bez spoilerowania. Właściwie jakby się uprzeć, to można by powiedzieć, że „Billy Summers” jest zlepkiem wszystkich filmów o „ostatnim zleceniu”, ale ten jeden powinien przyjść na myśl każdemu czytelnikowi. Inspiracje zawsze były u Kinga wyraziste, choć zawsze brał to, co najlepsze i urabiał po swojemu. W „Billym Summersie” brakuje nieco młodzieńczej świeżości, ale autor nadrabia to fenomenalną kreacją swoich bohaterów. Nie wierzę w to, żeby ktokolwiek inny był w stanie sprawić, że czytelnik zapała aż taką sympatią do płatnego mordercy i doprowadza do tego, że kibicujemy mu przy wykonywaniu zlecenia…


Jest to powieść, w której akcja nie pędzi na łeb na szyję, jest raczej spokojnie, co poniekąd wymusza treść i fakt, że nasz protagonista sam zmuszony jest do czekania. I czytelnik czeka z nim, w międzyczasie poznając go bliżej. A kiedy już tak się stanie - nie ma wyjścia i musi przebyć całą drogę z Billym Summersem. Dowiedzieć się, jakie będą jego dalsze losy. 


W drugiej połowie książki nasz gawędziarz nieco przyspiesza, ale tempo wciąż pozostaje raczej zrównoważone. Ciekawostką jest to, że ma to swoje uzasadnienie w treści.  Ale to już zostawię Wam do samodzielnego wyłapania.


Reasumując. „Billy Summers” to naprawdę kawał znakomitej powieści, która wymyka się schematom gatunkowym, dając czytelnikowi to, co w powieści fabularnej najważniejsze: wciągającą historię. Stephen King potrafi opowiadać jak mało kto, dlatego przed lekturą pozbądźcie się oczekiwań i po prostu zacznijcie czytać. Dla samej przyjemności obcowania z prozą mistrza.


Tytuł: Billy Summers

Autor: Stephen King

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Data wydania: 3 sierpnia 2021


Książkę można kupić tutaj.

8/16/2021

#138 Augustín Martínez - Monteperdido

#138 Augustín Martínez - Monteperdido

 Dawno nie pisałam o żadnym kryminale czy thrillerze. Wynika to z tego, że od dłuższego czasu nie mogę trafić na żaden, który mnie faktycznie do siebie przekona. Większość nowości zniechęca mnie do siebie albo pierwszoosobową narracją albo sztampową fabułą. Mam serdecznie dość wszelkich dziewczyn i kobiet z okien, walizek, lodów, pociągów i tym podobnych. Mam dość nudnych śledczych, których prywatne problemy opisywane są na co drugiej stronie, byle liczba znaków się zgadzała, a ich samotność i wyobcowanie opisywane są za pomocą powtarzalnych dzień w dzień czynności typu jedzenie wciąż tych samych kanapek czy przez podkreślanie, że wracają do pustego mieszkania. Nade wszystko jednak nuży mnie powtarzalność fabularna. Coraz rzadziej zdarza się, żeby zagadka naprawdę mnie zaintrygowała. A tak właśnie było z „Monteperdido” - zwyciężyła ciekawość.



Augustín Martínez - Monteperdido


Monteperdido, małym pirenejskim miasteczkiem, wstrząsa wieść o zaginięciu dwóch dziewczynek, Any i Lucíi. Poszukiwania nie przynoszą jednak efektu, a rodziny muszą nauczyć się żyć ze stratą. Nie jest to jednak proste zadanie, a zaginięcie Any i Lucíi odciska swoje piętno na wszystkich członkach obu rodzin. 


Po pięciu latach nieopodal miasteczka rozbija się samochód. Kierowca ginie na miejscu, jednak pasażerce udaje się ujść z życiem. Pasażerce, którą okazuje się być Ana.


Po powrocie dziewczyny pytania zdają się jedynie mnożyć, a zdezorientowana nastolatka nie na wszystkie potrafi odpowiedzieć. Przed inspektor Sarą Campos i jej szefem Santiagiem Bainem stoi nie lada wyzwanie: odkryć, kto stoi za porwaniem dziewczynek i zdążyć odnaleźć Lucíę zanim będzie za późno…


Małomiasteczkowy, duszny klimat


Muszę przyznać, że ta powieść wciągnęła mnie od pierwszych stron. Na ten sukces składa się kilka czynników, żaden z nich jednak nie jest nadrzędny względem pozostałych. Uważam bowiem, że usunięcie któregokolwiek z nich z tego równania, mogłoby spowodować, że „Monteperdido” byłoby kryminałem, obok którego można przejść obojętnie. 


Zanim jednak zacznę wymieniać niewątpliwe zalety tej powieści, muszę podkreślić, że „Monteperdido” w żadnym wypadku nie mieści się w definicji thrillera (chociaż w dzisiejszych czasach można odnieść wrażenie, że co druga książka to thriller… a w każdym razie według wydawców). „Monteperdido” to według mnie rasowy kryminał. Do określenia tej powieści mianem dreszczowca brakuje… napięcia. Jest tu tajemnica i jest trzymanie czytelnika w niepewności, jednak akcja nie jest prowadzona w taki sposób, by lekturze towarzyszył taki poziom napięcia, który nie pozwala odłożyć książki dopóty, dopóki nie rozwiąże się zagadka. Zamiast tego mamy tu kryminał o lekkim zabarwieniu twórczością Agathy Christie - wszyscy są tu bowiem podejrzani, główni bohaterowie prowadzą klasyczne policyjne śledztwo, a duszny klimat miasteczka zamkniętego pomiędzy górskimi szczytami tylko to porównanie potęguje.


Uznanie jednak tej książki jako kryminału wcale jej nie ujmuje, a wręcz przeciwnie.


Na pierwszym miejscu zalet tej powieści należy podkreślić styl autora i pracę tłumaczki. „Monteperdido” czyta się bowiem znakomicie, na co z kolei duży wpływ ma fabuła, która jest po prostu intrygująca. Przede wszystkim otrzymujemy tu naprawdę interesującą zagadkę. Kto porwał dziewczynki i dlaczego? Co działo się z nimi przez te pięć lat? Jakim cudem Ana uciekła? Czy mężczyzna, który zginął w wypadku, był jej oprawcą czy wybawicielem? No i najważniejsze: czy Lucía jeszcze żyje? Te i wiele innych pytań czytelnik stawia sobie przez prawie całą lekturę. 


Co prowadzi nas do kolejnej zalety tej historii: nie ma tu podejrzanego, który wybija się na pierwszy plan. Przez prawie całą lekturę można zachodzić w głowę, obstawiać coraz to innych bohaterów, a finalnie i tak możemy się mylić. Moim zdaniem prawdopodobieństwo wskazania winowajcy jest niewielkie, a jeśli to się komuś uda, to raczej będzie to szczęśliwy ślepy traf niż dedukcja. Mnogość bohaterów, ich wzajemne powiązania i małomiasteczkowy klimat, gdzie każdy zna każdego, a do tego wszyscy mają swoje tajemnice, sprawiają, że „Monteperdido” utrzymuje zainteresowanie czytelnika aż do ostatnich stron. 


_



_


Pomiędzy początkiem a zakończeniem książki (o którym aż mnie świerzbi, żeby napisać, ale na tym blogu się nie spoileruje, więc powiem tylko, że jest zaskakujące i naprawdę znakomite) dzieje się naprawdę wiele i nie ma tu miejsca na nudę, choć autor nie poskąpił opisów. Ponieważ jednak akcja dzieje się w malowniczych Pirenejach, a Martínez bardzo wiarygodnie zbudował swoje fikcyjne Monteperdido, owe opisy są tutaj jedynie przyjemnym dodatkiem.


Jedyne, co może tutaj zgrzytać, to postać głównej śledzczej, Sary Campos, która nie do końca mnie do siebie przekonała i której brakuje nieco wiarygodności psychologicznej. Nie da się tej postaci lubić ani nie lubić, pozostaje dla czytelnika neutralna, jakby była jedynie narzędziem do rozwiązania zagadki porwania dziewczynek. Jeśli taki był zamysł autora i Martínez nie zamierza stworzyć cyklu z Sarą, to można przymknąć na to oko. 


„Monteperdido” to moim zdaniem naprawdę udany debiut i powinien sięgnąć po niego każdy, kto ma ochotę na intrygujący kryminał, przy lekturze którego będzie zachodził w głowę obstawiając winnego. 


Tytuł: Monteperdido

Autor: Augustín Martínez

Wydawnictwo: Literackie

Data wydania: 28 lipca 2021


Książkę można kupić tutaj.


Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu:



8/11/2021

Bartosz Szczygielski - Nie chcesz wiedzieć [fragment]

Bartosz Szczygielski - Nie chcesz wiedzieć [fragment]

Za zgodą wydawnictwa Czwarta Strona oraz samego autora (nie wiem, czy pamięta, ale szturchnęłam go podczas wczorajszego seansu klasycznego sensacyjnego filmu z lat dziewięćdziesiątych i zapytałam, czy mogę) mam ogromną przyjemność przedstawić Wam fragment z jego najnowszej książki.

"Nie chcesz wiedzieć" to przede wszystkim nieszablonowa konstrukcja, która zrzuci Wam czapki z głów, więc czytajcie fragment, a później klikajcie zamówienia w księgarniach. Nie będziecie żałować!


Bartosz Szczygielski - Nie chcesz wiedzieć

 Zrobiło jej się żal kobiety, która – choć młodsza od niej o przynajmniej pięć lat – wyglądała na dużo starszą. Agata zbliżała się do czterdziestki wielkimi krokami. Zrobi jeszcze dwa i znajdzie się w miejscu, z którego nie będzie już powrotu. Po czterdziestce czekało na nią zniechęcenie, żylaki i dodatkowe kilogramy, których już nigdy się nie pozbędzie. To wywróżyła jej matka, kiedy Agata miała dwanaście lat. Im bardziej zbliżała się do tej magicznej liczby, tym większą miała nadzieję, że przepowiednia się nie sprawdzi. Ukradkiem zerknęła na swoje uda i z żalem zauważyła, że jeszcze rok temu było ich znacznie mniej.

Zamknęła oczy i cicho westchnęła.

– Świat. – Przesunęła dłoń nad ostatnią z kart.

– Co to oznacza?

– Wszystko zmierza ku szczęśliwemu zakończeniu. – Agata się uśmiechnęła. – Pani zmierza ku szczęściu. Odnajdzie się w nowym miejscu i nowej sytuacji. Przed panią wiele ciepłych chwil, ciepłych dni. Świat stoi przed panią otworem.

Zauważyła, jak kobieta momentalnie się rozluźniła. Przestała pocierać dłonie i sama nawet lekko wykrzywiła usta, co miało chyba udawać uśmiech. Widocznie jej ulżyło, bo nagle karta Śmierci przestała mieć znaczenie. Dalej leżała na środku stołu, ale nie była już tak przerażająca w zestawieniu ze Światem oraz Kochankami.

– Dziękuję. – Klientka podniosła się z krzesła i gdyby nie stół, rzuciłaby się na Agatę, by ją uściskać. – Dziękuję, bardzo dziękuję.

– Ja tylko podzieliłam się tym, co zobaczyłam – odparła Agata.

Zebrała karty ze stołu i przesunęła nimi nad ogniem świecy. Po każdym wróżeniu należało je oczyścić, by przy kolejnym obraz nie został przekłamany. Agata wyrobiła sobie ten nawyk przed laty i działała automatycznie. Tylko kilka razy w życiu musiała skorzystać z odpukania w karty, gdy tuż przed sesją zabrakło jej świec. Teraz bardzo pilnowała tego, by w składziku zawsze znajdował się odpowiedni zapas.

– A… Czy mogę mieć jeszcze jedno pytanie?

– Nasza sesja się zakończyła – ucięła temat wróżka. – Mogę sprawdzić w kalendarzu, kiedy mam następny wolny termin. Może uda mi się coś znaleźć w przyszłym tygodniu.

– Szybkie pytanie. – Kobieta obeszła stół i sięgnęła do torebki, z której wyciągnęła zwitek banknotów. – Zapłacę dodatkowo.

Pieniądze wylądowały na stole. Więcej niż za standardową, godzinną sesję. Agata spodziewała się podobnego zachowania. Co jakiś czas trafiali się klienci, którzy próbowali wyssać z niej wszystkie informacje za jednym razem. Dowiedzieć się jak najwięcej jak najmniejszym kosztem. To żadnej ze stron nie przynosiło korzyści. Ona mogła dzięki temu trochę dorobić, mniej jednak, niż dostawała za normalną, godzinną sesję. Wprawdzie chętnie wzięłaby teraz dodatkowe kilka stów, bo dach zaczął w jednym miejscu przeciekać, ale miała też swoje zasady.

I tych łamać nie zamierzała.

– Przykro mi. – Ułożyła karty na stole. – Nie mogę.

– Ja tylko zerknę. – Kobieta wyciągnęła dłoń i złapała za leżącą na wierzchu kartę.

– Proszę przestać!

Agata zerwała się z krzesła, które z łoskotem upadło na podłogę. Nie pierwszy raz podczas sesji zdarzały się takie rzeczy i w myślach dziękowała sama sobie, że nie wyrzuciła mebla po śmierci matki. Jej służył przez całe lata i Agata miała nadzieję, że i jej posłuży równie długo. Obejrzała się za siebie i sprawdziła, czy oparcie jest całe. Odetchnęła z ulgą, kiedy okazało się, że tak. Teraz mogła zająć się kolejną, nie mniej ważną sprawą.

Dbaniem o swoją reputację.

– Dotykanie kart sprawia, że wróżby stają się życzeniowe – wyjaśniła, kiedy dostrzegła strach w oczach klientki. – Możesz wtedy zobaczyć rzeczy, które chcesz ujrzeć, a nie te, które mogłabyś zobaczyć. A to wszystko zmienia. Życzenia nie staną się rzeczywistością, choćbyś tego bardzo pragnęła. Będziesz wtedy patrzyła nie w tę stronę, co trzeba. Los wie, co ma robić, a próba oszukania go może się źle skończyć. Rozumiesz?

– Nie do końca…

– Wystarczy, że ja rozumiem.

_

_

Książkę można kupić tutaj.

Bartosz Szczygielski - Nie chcesz wiedzieć

Śmierć zwykle oznacza koniec.

Nie tym razem.

Dla Agaty przeszłość nie istnieje. Za to przyszłość nie ma przed nią tajemnic. Spogląda na karty i widzi

w nich to, co może się wydarzyć. Każdą drogę, każdą ścieżkę. I wie, która z nich oznacza niebezpieczeństwo. Przynajmniej tak uważała do tego feralnego dnia, kiedy zwykły seans przerwała tragedia. Teraz, kiedy wróżka zamyka oczy, widzi tylko krew. Coś, co wcześniej uważała za dar, stało się przekleństwem. Jej życie zamieniło się w desperacką ucieczkę przed nieuchronnym fatum. Osaczona przez śmierć, policję, dziennikarzy i tropiącego ją mordercę Agata próbuje odkryć w swojej przeszłości coś, co przesądziło o jej losie – i dlaczego musi zginąć.


Wojciech Chmielarz o książce pisze tak:

„Szczygielski w swojej najnowszej powieści pokazuje, że powinniśmy się obawiać nie tego, co

przyniesie przyszłość, ale tego co kryje mrok przeszłości. Świetna, intrygująca, diabelnie inteligentna”.


Powyższy opis pochodzi od wydawcy.

8/10/2021

Fannie Flagg - Powrót do Whistle Stop [fragment w ramach Book Tour]

Fannie Flagg - Powrót do Whistle Stop [fragment w ramach Book Tour]

Na zaproszenie Wydawnictwa Literackiego biorę udział w akcji Book Tour z Fannie Flagg. W tym tygodniu do księgarń trafi Powrót do Whistle Stop, najnowsza powieść Fannie Flagg, kontynuacja Smażonych zielonych pomidorów. Mam przyjemność przedstawić Wam jej fragment. W akcji oprócz mnie biorą też udział cztery inne blogerki: Agnieszka z bloga  Książka od kuchni, Monika z bloga Prowincjonalna nauczycielka, Monika z bloga Nie samą pracą i Ola z bloga Hygge Blog.

Na kolejny fragment powieści zapraszam jutro o 10:00 na blog Moniki z bloga Prowincjonalna nauczycielka. Poprzedni znajdziecie tutaj

Dobrej lektury!





Dwadzieścia pięć lat później

FAIRHOPE, ALABAMA

21 grudnia 1964


Whistle Stop było kiedyś tętniącym życiem miasteczkiem kolejowym położonym dziesięć mil od Birmingham. Ponad dwustu jego mieszkańców pracowało na kolei. Kiedy jednak podróże koleją powoli zaczęły stawać się coraz rzadsze, a do tego zamknięto i przeniesiono gdzie indziej pobliską dużą stację rozrządową, ludzie musieli szukać pracy w innych miejscowościach, więc populacja miasteczka się zmniejszyła. Wyjeżdżało mnóstwo osób, a tygodniowe biuletyny Dot z miesiąca na miesiąc stawały się coraz cieńsze. Pozostali mieszkańcy Whistle Stop starali się trzymać jak najdłużej, ale prawdziwy początek końca nastąpił, gdy Idgie Threadgoode niespodziewanie zamknęła kawiarnię i przeprowadziła się na Florydę. Potem przez wiele tygodni starsi ludzie i mali chłopcy zaglądali za deski, którymi zabito okna kawiarni, z nadzieją, że to wszystko nie wydarzyło się naprawdę. Niestety, taka była rzeczywistość. A kiedy oprócz salonu piękności i kawiarni zamknięto również Placówkę pocztową, ta niegdyś ruchliwa ulica, i jednocześnie centrum całej społeczności, przemieniła się w długi, pusty teren. Miasteczko właściwie przestało istnieć, a ci, którzy jeszcze zostali, znaleźli się na kompletnym odludziu, bez pracy i sklepów. W końcu nawet tacy starzy, oporni na zmiany konserwatyści jak Dot i Wilbur Weems byli zmuszeni pogodzić się z tym, co nieuchronne, i wyjechać.


Zamieszkali w niewielkim miasteczku Fairhope na południu Alabamy, w małym, białym domku naprzeciwko Mobile Bay, odnogi Zatoki Meksykańskiej. Dot polubiła to miejsce, ale wciąż tęskniła za starymi przyjaciółmi i sąsiadami z Whistle Stop, za ludźmi, z którymi się wychowała, i za tymi, którzy dorastali na jej oczach. I chociaż większość rozjechała się na wszystkie strony, Dot nadal się z nimi kontaktowała. Oni również odzywali się do niej, czy to telefonicznie, czy listownie, i informowali ją, co się dzieje w ich życiu.


Już nie wydawała swojego tygodnika, ale zaczęła w każde święta Bożego Narodzenia wysyłać listy, starając się podtrzymać więzi w starej społeczności Whistle Stop.


Tego dnia, jak co roku o tej porze, Dot siedziała z ołówkiem za uchem przy kuchennym stole, na którym piętrzyły się stosy papierów, listów, zdjęć, gumek i notesów. Na samym środku tego bałaganu zrobiła miejsce dla swojej starej maszyny do pisania marki Royal. Już miała zabrać się do pisania, gdy do kuchni dostojnym krokiem wszedł jej mąż, Wilbur, w brązowym szlafroku w kratkę. Nalał sobie kawy do filiżanki i od razu wyszedł. Wiedział, że lepiej się nie odzywać, kiedy jego żona pracuje. Zaraz potem Dot napisała:


Boże Narodzenie 1964


Witacie, ludziska! Aż trudno uwierzyć, że mija już kolejny rok. Czy tym razem Boże Narodzenie rzeczywiście nadeszło szybciej niż zwykle, czy tylko mnie tak się wydaje? Mam wrażenie, jakbyśmy dosłownie tydzień temu obchodzili święto 4 lipca. W tym roku święta spadły na mnie tak szybko, że ledwo zdążyłam pozbierać wszystkie notatki, ale już przekazuję, co następuje:


Wieści z mojego domu: z radością informuję, że potym, jak Wilbur spadł z werandy za domem, już nie musi używać balkonika, ale jest stuknięty jak zawsze. W każdym razie prosił, żebym Was wszystkich pozdrowiła. Serdecznie dziękujemy za kartki i listy z życzeniami powrotu do zdrowia. Bardzo poprawiły nastrój mojemu staremu zrzędzie.


Idgie Threadgoode jak zwykle zaopatrzyła nas na święta w ogromną ilość miodu i przysłała wielką skrzynię pomarańczy. Mówi, że słoneczko świeci, a interes kwitnie! Poza tym jej brat Julian doczekał się nowiutkiego kompletu zębów i teraz ciągle się do wszystkich uśmiecha.


Z Tennessee napisała do nas Gladys Kilgore. Jej mąż, szeryf Grady Kilgore, w maju wreszcie przechodzi na emeryturę. Oboje planują pojechać na Florydę, żeby odwiedzić Juliana i Idgie, a w drodze powrotnej może zatrzymają się i u nas. Mam nadzieję, że im się uda.


Ze smutnych wiadomości: z żalem informuję, że w tym roku opuścił nas Albert, syn Ninny i Cleo

Threadgoode. Nigdy nie znałam bardziej uroczego chłopca. Z przykrością przekazuję Wam również wiadomość o tym, że żona Jessiego R. Scrogginsa złożyła pozew o rozwód. Znowu. Fatalnie. Mam nadzieję, że jednak się pogodzą. Niedawno doszły mnie słuchy, że Sipsey Peavey ostatnio czuje się nie najlepiej i zamieszkała ze swoim synem, Dużym George’em, i jego żoną Onzell. Jedenastego lutego Sipsey skończy dziewięćdziesiąt osiem lat, więc jeśli możecie, koniecznie wyślijcie jej kartkę z życzeniami. Ile lat przepracowała w kawiarni Idgie i Ruth? Co najmniej dwadzieścia pięć. Co byście dali za talerz jej smażonych zielonych pomidorów? Ja bym dała milion dolarów, gdybym tylko miała tyle.


Fragment powieści Powrót do Whistle Stop Fannie Flagg. Przeł. Ilona Możdżyńska. Wydawnictwo Literackie.


_


_

8/08/2021

#137 Jane Sanderson - Wszystkie piosenki o miłości

#137 Jane Sanderson - Wszystkie piosenki o miłości

 Muzyka jest bardzo ważna w moim życiu. Towarzyszy mi każdego dnia - czasem gra cicho, w tle, innym razem moi sąsiedzi słuchają jej razem ze mną. W mojej pamięci zaszyta jest cała masa utworów wywołujących u mnie konkretne emocje, a także takich, które kojarzą mi się z konkretnymi wspomnieniami, miejscami czy osobami. Dlatego bardzo lubię książki, w których muzyka jest istotnym elementem. Nie mogłabym więc nie sięgnąć po „Wszystkie piosenki o miłości” - choćby ze zwykłej ciekawości, jakimi utworami będzie ta powieść wybrzmiewać.



Jane Sanderson - Wszystkie piosenki o miłości


Choć „Pump it up” Elvisa Costello & The Attractions raczej nie zostałby przez nikogo określony jako utwór romantyczny, to właśnie on połączył dwoje nastolatków. Daniel i Alison zakochali się w sobie po uszy, a muzyka była nieodłącznym elementem ich wspólnego świata. Wydawać by się mogło, że nikt ani nic nie może ich rozłączyć  - nawet tajemnice skrywane przez Alison. Pewnego dnia jednak dziewczyna znika bez słowa.


Trzydzieści lat później Daniel trafia przypadkiem na konto Alison na Twitterze. Wspomnienia powracają wraz z wciąż nurtującym go pytaniem: dlaczego Alison go wtedy zostawiła? Nie wiedząc, jak po tylu latach nawiązać z nią kontakt, Daniel wysyła do Alison wiadomość w formie, o której wie, że Alison na pewno zrozumie: przesyła jej link do piosenki. I tak zaczyna się powrót do przeszłości…


_



_


Stara miłość nie rdzewieje


Jane Sanderson zdaje się mieć w swojej powieści jeden cel, a jest nim ukazanie mocy pierwszej miłości. Cała powieść jest właściwie peanem na jej cześć. Choć główni bohaterowie są naprawdę wiarygodnie wykreowani, ich rozterki są zrozumiałe, a świat przedstawiony przez autorkę pokazuje, że życie nie jest czarno-białe i nie otrzymamy tu wizji tak cukierkowej, jak mógłby sugerować tytuł, to jednak nie do końca jestem tą historią usatysfakcjonowana.


Owszem, jest to naprawdę przyjemna lektura, a lekkie pióro autorki sprawia, że przez karty tej powieści mknie się z prędkością światła, jednak to, co tutaj nieco zgrzyta, to postaci drugoplanowe, które są w tej fabule niezwykle istotne. Autorka jednak traktuje je nieco po macoszemu, a sytuacja, w której nagle znajdują się wszyscy bohaterowie, a nie tylko pierwszoplanowi, zasługuje na nieco więcej uwagi. Zdaję sobie sprawę, że to tylko powieść fabularna, jednak pewne kwestie na poziomie kreacji psychologicznej bohaterów są dla mnie zwyczajnie niewiarygodne.


A skoro już o piosenkach mowa, to choć muzyka jest tu bardzo ważna, a na kartach tej powieści znajdziemy masę naprawdę świetnych tytułów, to jednak jest ona tylko tłem dla historii miłosnej, a miejscami odnosi się wrażenie, że jest wymówką dla autorki do dorzucenia większej ilości znaków… Niestety to wrażenie towarzyszyło mi przez większą część tej lektury. Jedynie fragmenty, w których autorka zabiera czytelnika do przeszłości, faktycznie wybrzmiewały wspominanymi utworami.


Nie mogę powiedzieć, że to zła książka, nie powiem także, że jej nie polecam. Myślę, że to jeden z tych tytułów, po które po prostu trzeba sięgnąć i sprawdzić samemu. Całość na pewno bardzo dobrze się czyta, fabułę jednak każdy musi ocenić samodzielnie.


Tytuł: Wszystkie piosenki o miłości

Autor: Jane Sanderson

Wydawnictwo: Znak Literanova

Data wydania: 5 lipca 2021


Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu:




Copyright © 2016 la reine margot , Blogger