3/01/2022

#147 Anna Górna - Kraina złotych kłamstw

#147 Anna Górna - Kraina złotych kłamstw

 Internetowe „ochy” i „achy” nad książkami nie robią na mnie żadnego wrażenia. Kiedy słyszę, że coś jest „najlepszym debiutem ostatnich lat”, to zwykle uśmiecham się z politowaniem i sięgam po cokolwiek innego. Jestem czytelnikiem wymagającym, lubiącym myśleć podczas lektury, odnajdującym luki fabularne i nieścisłości. Na internetowych polecajkach przejechałam się już tyle razy, że obecnie w nie najzwyczajniej w świecie nie wierzę. Powodów może nie będę wymieniać, bo to nie czas i miejsce, ale niewiele brakowało, żebym tej książki nie przeczytała. I byłaby to wielka strata!



Anna Górna - Kraina złotych kłamstw


Piotr Sauer to były gliniarz, który prosto z polskiej policji trafił do szwajcarskiej korporacji, gdzie siedząc za biurkiem klepie - bezsensowne według niego - prezentacje w power poincie. Nie była to jego decyzja, kierowało nim jednak dobro jego rodziny. Mężczyzna jest nieszczęśliwy, nie spełnia się zawodowo, a każdy kolejny dzień w biurze traktuje jak karę.


W pewnym momencie wszystko się jednak zmienia. Jego przyjaciel, Adam, dyrektor zarządzający w dobrze prosperującej firmie PR-owej, prosi go o pomoc. Zaginęła jego wspólniczka, Isabelle, a mężczyzna wierzy, że to właśnie Piotr będzie w stanie ją znaleźć.


Z niespodziewaną pomocą jednej z praktykantek z firmy, w której pracuje, Piotr zaczyna przyglądać się sprawie zaginięcia kobiety. Okazuje się, że była ona partnerką byłego angielskiego aktora, którego poprzednia partnerka… również zaginęła.


Czy cała ta sprawa może być tak prosta, jak się wydaje, a jej rozwiązanie tak oczywiste?







Najlepszy debiut ostatnich lat?


Górna w swoim debiucie postawiła na bardzo rozbudowane wątki, mnogość postaci i dość powolny rozwój akcji. Nie jest to jednak wadą tej historii, a jej zaletą. „Kraina złotych kłamstw” to nie jest książka dla osób lubiących „mięso”, czyli szybką akcję i jeszcze szybsze, najlepiej szokujące, zakończenie.


O nie! Anna Górna zdaje się delektować przeciąganiem tej historii, dając czytelnikowi możliwość poznania jej bohaterów i ich przeszłości. Jest to opowieść z wielkiego „O”. Taka mająca swój początek, środek i zakończenie. Wszystko wyważone i w odpowiednich proporcjach. Nic tu nie jest zrobione po łebkach, a autorka z wyczuciem dawkuje informacje niezbędne zarówno do rozwiązania sprawy teraźniejszej, jak i tej z przeszłości. Tu i ówdzie zarzuci także haczyk na czytelniczą ciekawość i nawet informacje o przeszłości głównych bohaterów nie są podane na tacy w jednym miejscu, a są raczej subtelnie wplatane w wydarzenia związane z główną intrygą. 


Bohaterowie „Krainy złotych kłamstw” są ludźmi z krwi i kości. Mają swoje zalety, ale także wady. Nikt tu nie jest nieomylny, nie ma osób nie popełniających błędów. Nie zawsze słuchają intuicji, nie zawsze też zachowują się logicznie. Mają swoje rozterki i problemy, nie żyją wyłącznie jednym tematem. Co bardzo ważne: nie ma tu też żadnego śledczego-geniusza, co w tego typu powieściach jest dość częstym zjawiskiem. Jednym słowem - są prawdziwymi ludźmi, a nie wydmuszkami stworzonymi do popychania fabuły do przodu. 


Nawet najciekawsza fabuła nic jednak nie znaczy, jeśli autor nie ma daru opowiadania. Weźmy takiego Stephena Kinga za przykład - nie każda jego opowieść mnie faktycznie interesuje, ale nawet jego najgorsze książki czytam z zapartym tchem, bo facet jest po prostu niesamowitym bajarzem i ma dar do opowiadania w taki sposób, że to się po prostu chce czytać. Nawet jeśli opisywane wydarzenia zupełnie nas nie przekonują. U Górnej, choć broń boże nie porównuję jej do Kinga, jest podobnie. „Kraina złotych kłamstw”, choć fabularnie naprawdę bardzo intrygująca, nie czytałaby się tak dobrze, gdyby była inaczej napisana. Górna potrafi w budowanie klimatu, jest świetna w opisywaniu miejsc, a jej bohaterom nie można odmówić wiarygodności psychologicznej. Wszystko tu gra tak, jak powinno. Choć głównym motywem jest tu wątek kryminalny, autorka nie zapomniała o warstwie obyczajowej, która jest tutaj naprawdę bardzo rozbudowana. I bynajmniej nie jest to wadą tej powieści. Dzięki temu zabiegowi czytelnik może naprawdę dobrze poznać bohaterów, a co za tym idzie - przywiązać się do nich. Nie jest to może kluczowa kwestia w przypadku powieści kryminalnych, osobiście jednak lubię wiedzieć, jakie są motywacje bohaterów, co nimi kieruje i jakie mają demony w swoich głowach.


Największą zaletą tej powieści jest jednak to, że… nie jest ona polska. Choć autorka jest Polką, główny bohater i jego rodzina są z Polski, to sama powieść z powodzeniem mogłaby mieć na grzbiecie zagraniczne nazwisko i nikt by się nie zorientował. Nie dość, że akcja dzieje się tu w Szwajcarii, to cały klimat jest bardzo „niepolski”. Nie ma tu smutnej, szarej rzeczywistości, która zazwyczaj występuje w polskich kryminałach. Główny bohater, choć zmaga się z problemami rodzinnymi, piętrzącymi się kłamstwami, pod którymi ukrywa swoje zaangażowanie w sprawę zaginięcia Isabelle, choć ma „wspólniczkę”, z którą sprawę rozwiązuje, jest człowiekiem samotnym i zagubionym, nie wiedzącym, co począć z własnym życiem. Nie doświadczymy tu jednak depresyjnych opisów, Górna nie serwuje nam również informacji o stanie psychicznym jej bohatera wprost. „Kraina złotych kłamstw” to powieść na poziomie światowym, wykraczająca daleko ponad to, co serwuje nam większość naszych rodzimych autorów. Konstatuję to z przykrością, ale niestety naprawdę dobre kryminały zdają się być gatunkiem wymierającym, wypieranym przez te absurdalne, niedopracowane, napisane grafomańskim językiem i stylem, a także wypełnione obrzydliwymi opisami, byle tylko zaszokować, a tym szokiem przykryć to, jak bardzo niedopracowaną książkę czytelnik trzyma w rękach. Górna całe szczęście poszła inną drogą i chwała jej za to, bo pozwala to mieć nadzieję, że polski kryminał może jednak dostarczyć jeszcze wymagającemu czytelnikowi coś ciekawego.


Nie powiem, że był to najlepszy debiut, jaki w życiu czytałam, bo nie byłoby to prawdą. Jest to jednak na pewno bardzo udany start i rzecz naprawdę warta przeczytania. A mówię to ostatnimi czasy coraz rzadziej.


Tytuł: Kraina złotych kłamstw

Autor: Anna Górna

Wydawnictwo: Czwarta Strona Kryminału

Data wydania: 26 stycznia 2022



1/31/2022

#146 Ellery Lloyd - Influencerka

#146 Ellery Lloyd - Influencerka

 O mediach społecznościowych napisano już chyba wszystko. O ich dobrych stronach. I o tych złych. O sztuczności, udawaniu, reżyserowanych scenkach. I o ogromnych pieniądzach, jakie przychodzą wraz ze wzrostem popularności. A mimo to wszyscy wciąż w tym tkwimy. W czasach pandemii tym bardziej. „Influencerka” jest zatem oczywistym wyborem lektury dla kogoś, kto tapla się na co dzień w instagramowej rzeczywistości. Bo, teoretycznie, dotyka tego, do czego wszyscy mamy dzisiaj dostęp. Z jednej strony niby to znamy, a z drugiej nie do końca. Nie każdy miał bowiem do czynienia z ogromną rozpoznawalnością, setkami darmowych giftów i… hejterami. Czytelnika do tej ksiażki przyciągnie zatem ciekawość.



Influencerka - Ellery Lloyd


Emmy Jackson ma na Instagramie milion obserwujących. Zbudowała swoją popularność na - jak sama mówi - „szczerości w byciu mamą”. Jest ona bowiem influencerką parentingową i zebrała społeczność składającą się z innych mam, które potrzebują zobaczyć, że nie tylko one sobie ze wszystkim nie radzą.


Ta masa obserwatorów nie ma jednak bladego pojęcia, że mało która anegdota opowiadana przez Emmy jest stuprocentowo prawdziwa. Nie wiedzą o tym, że wszystko, co Emmy publikuje, jest przez nią skrupulatnie zaplanowane. Kobiety traktują ją jak guru parentingu i ślepo słuchają wszystkiego, co kobieta ma do powiedzenia.


I właśnie to może doprowadzić Emmy do zguby. 


Jest bowiem ktoś, kto uważnie śledzi każdy jej ruch. Ktoś, komu Emmy wyrządziła krzywdę. I ten ktoś chce, żeby instagramowa Najnajmama zapłaciła za to najwyższą karę.



Zapowiadało się dobrze...


Za pseudonimem Ellery Lloyd kryje się dwójka autorów - Collette Lyons i Paul Vlitos. Sądzę, że miało to niemały wpływ na formę powieści, która w głównej mierze skupia się na dwóch perspektywach - Emmy oraz jej męża, Dana. I to jest zdecydowanie najciekawsza część tej książki, bowiem autorom udało się skonstruować opowieści wzajemnie się uzupełniające, a jednocześnie… wzajemnie sobie przeczące. O ile jednak Dan jest postacią z głębią psychologiczną, który przechodzi jakąkolwiek przemianę, o tyle Emmy jest postacią dość jednowymiarową i… płytką. 


_


the pretty art

_


Wątek kryminalny, który rzekomo miał wprowadzać do fabuły napięcie, jest najbardziej żenującą częścią tej książki. Autorzy wprowadzili trzecią narrację pierwszoosobową (drukowaną na dodatek kursywą, żebyśmy my, czytelnicy, przypadkiem nie przegapili tego, że czytamy narrację książkowego „złola”), która jest skonstruowana tak łopatologicznie, że inteligentny czytelnik może się poczuć traktowany jak idiota. Ja w każdym razie tak właśnie się poczułam. Nie dość, że ta osoba zwraca się w swoich wywodach bezpośrednio do głównych bohaterów, roztaczając w głowie żałosne wizje wymierzenia sprawiedliwości i kary za własną krzywdę, to na dodatek w pewnym momencie następuje długi wykład nie tyle o powodach własnego postępowania, ile o tym, jak zamierza ową sprawiedliwość osiągnąć. Krok po kroku. Jak dla debila.


Poziom żenady rośnie z rozdziału na rozdział, a raczej wraz z kolejnymi rozdziałami, w których śledzimy myśli (?) tej osoby. Bo o ile jeszcze warstwa obyczajowa jest tutaj naprawdę interesująca i z rosnącym zaciekawieniem śledzi się losy popularnej instagramerki „od zaplecza”, zagląda do jej życia rodzinnego, zauważa napięcie pomiędzy małżonkami, o tyle wątek, który miał najbardziej zachęcać do lektury tej powieści, najbardziej ją pogrążył. 


Powody osoby odpowiedzialnej za „całe zło” w życiu Emmy z jednej strony mogą być zrozumiałe, drugiej jednak - są totalnie absurdalne. Chciałabym napisać więcej, ale nie pozwala mi żelazna zasada nie umieszczania w recenzjach spoilerów. Niemniej podkreślę, że ja kompletnie tego wątku nie kupiłam, a książkę doczytałam do końca wyłącznie dlatego, że autorzy zrobili kawał dobrej roboty w przedstawieniu działań w social mediach od drugiej strony. I choć wszystko to opisane jest w sposób nieco banalny i boleśnie prosty, to czyta się to dość przyjemnie. 


Dla mnie jest to thriller klasy B. Tanie sztuczki pisarskie, stopniowanie napięcia na poziomie szkoły  średniej, a antagonista pozbawiony wiarygodności. Niemniej jestem przekonana, że fanom BA Paris czy JP Delaney „Influencerka” może się spodobać.


Otwarte zakończenie sugeruje możliwość kolejnej części.

Ja dziękuję, postoję.


Tytuł: Influencerka

Autor: Ellery Lloyd

Wydawnictwo: Marginesy

Data wydania: 12 stycznia 2022

1/18/2022

#145 John Grisham - Czas zapłaty

#145 John Grisham  - Czas zapłaty

 Jeśli nie czytaliście „Czasu zabijania” Johna Grishama, czyli pierwszej powieści autora, w której pojawia się Jake Brigance, to musicie koniecznie zrobić dwie rzeczy. Pierwszą z nich jest natychmiastowe zaprzestanie lektury niniejszej recenzji po pierwszym akapicie. A drugą - sięgnięcie po książkę. Albo nawet lepiej: obejrzenie filmu. To jedna z tych nielicznych sytuacji, w których to film robi lepszą robotę niż literacki pierwowzór. Serio: nie czytajcie tej recenzji dalej, jeśli chodzi Wam po głowie zapoznanie się z „czasowym” cyklem Grishama.


la reine margot


Nie mogę sobie odmówić porównywania tych dwóch powieści. Bo tak - „Czas zabijania” zarówno oglądałam, jak i czytałam. Film zrobił na mnie nieporównywalnie większe wrażenie, dlatego podczas lektury drugiego tomu, którym jest „Czas zapłaty”, Jake Brigance miał dla mnie twarz Matthew McConaughey’a, a i znaczna większość pozostałych bohaterów miała już w mojej głowie odpowiedni wygląd. I właśnie między innymi z tego powodu jestem tą lekturą nieco rozczarowana. Ale do tego jeszcze wrócimy.


Najpierw parę słów o fabule. 


Akcja dzieje się w latach 80. ubiegłego wieku w Missisipi. Minęło już kilka lat od głośnego procesu Carla Lee Hailey’a - czarnoskórego mężczyzny, który dokonał samosądu na dwóch białych, którzy zgwałcili, torturowali i próbowali zabić jego dziesięcioletnią córkę. Jake Brigance wygrał tę sprawę, a Hailey został uniewinniony.


Zdawać by się mogło, że tak spektakularne zwycięstwo otworzy mu drzwi do wielkiej prawniczej kariery. Tymczasem kilka lat później Brigance ledwie wiąże koniec z końcem. Nie stać go nawet na odbudowanie domu, który został spalony przez Ku Klux Klan podczas procesu Hailey’a.

Niespodziewanie do jego rąk trafia list człowieka, którego Jake Brigance nigdy nawet nie spotkał, a który w owym liście wyznacza go jako adwokata, który ma zająć się sprawą sądowego zatwierdzenia testamentu dołączonego do listu. List dociera do Brigance’a dzień po tym jak jego autor popełnia samobójstwo.


I choć samobójca zadbał o wszystkie prawne szczegóły, zatwierdzenie testamentu wcale nie będzie takie proste. Chodzi bowiem o olbrzymie pieniądze, które… zostały zapisane czarnoskórej gosposi. A takie rzeczy na Południu są przecież nie do pomyślenia!


Jake staje zatem przed zadaniem udowodnienia przed sądem i ławą przysięgłych, że autor testamentu był w pełni sił umysłowych i doskonale wiedział, co robi. Po drugiej stronie barykady znajdzie się wielu przeciwników. Chętnych do sięgnięcia po fortunę jest bowiem wielu…



Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wciśnięcie do tej fabuły Jake’a Brigance’a było ze strony autora zwyczajnym chwytem marketingowym. Bo choć schemat powieści jest taki sam, jak w przypadku „Czasu zabijania”, to niestety ani nie jest tak interesująca, ani nie niesie ze sobą takiego ładunku emocjonalnego. Nie wspominając o tym, że jest miejscami zwyczajnie nudna, a finałowi brak elementu zaskoczenia.


W „Czasie zabijania” Grisham postawił przed czytelnikiem nie lada dylemat moralny. Na jednej szali mieliśmy ojca, któremu bestialsko zgwałcono dziecko, a na drugiej morderstwo. I choć każdy empatyczny człowiek będzie stawał po stronie ojca, to jednak będzie miał świadomość tego, że opowiada się za mordercą. Nie „domniemanym mordercą”, a za człowiekiem, o którym się wie, że zabił z zimną krwią. Grisham dodatkowo podsyca ogień dokładając do fabuły bardzo rozbudowaną społeczną otoczkę: głęboko zakorzeniony w Missisipi rasizm, napady, bomby, pobicia, podpalenia i wszystko, czego dopuszczał się KKK. To wszystko zebrane do kupy zbudowało naprawdę świetny thriller. 


Tymczasem „Czas zapłaty” jest trochę odcinaniem kuponów od tamtego sukcesu. Nie uświadczymy tu żadnych sensacji, a jedyny sensacyjny wątek jest przewidywalny do bólu. To, co Grisham tu serwuje, zasługuje raczej na miano prawniczej powieści obyczajowej. Dużo jest tu bowiem o ciężkim życiu czarnoskórych na południu Stanów i o tym, z jakimi bolączkami codzienności się zmagają. Mało tu za to emocji. No bo jasne, że czytelnik chce, żeby gosposia dostała pieniądze - w końcu zostały jej świadomie zapisane przez ich właściciela, a dzisiaj większości czytelników jest już zupełnie obojętne, jaki gosposia ma kolor skóry. Zresztą Grisham stosunkowo mały nacisk kładzie na problemy rasizmu. Niby się to pojawia, ale w zupełnie innym wymiarze niż w „Czasie zabijania”.


Być może wynika to z faktu, że „Czas zabijania” Grisham wydał w 1992 roku, tymczasem „Czas zapłaty” pojawił się ponad dwadzieścia lat później, kiedy rasizm w Stanach choć nadal występuje, to jednak przejawia się zupełnie inaczej. Odnoszę wrażenie, że Grisham chciał grać na tych samych skrzypcach, co wcześniej, tylko trochę zapomniał, jak się tego instrumentu używa. 


Nie jest to bynajmniej zła książka (gdyby taka była, to bym jej nie skończyła), jednak nie sprostała moim oczekiwaniom. Ani to kryminał, ani to sensacja, ani to thriller. Spodziewałam się po prostu czegoś zupełnie innego. I choć Jake Brigance nadal ma twarz młodego Matthew McConaughey’a, to brakuje mu jego ikry i pasji. 


Szkoda, że Grisham tak potraktował swojego młodego, zdolnego prawnika. Mógł on mieć naprawdę świetlaną przyszłość.


Tytuł: Czas zapłaty

Autor: John Grisham

Wydawnictwo: Albatros

Data wydania: 1.04.2014


Książkę w nowej odsłonie graficznej można kupić tutaj


Copyright © 2016 la reine margot , Blogger